sobota, 7 marca 2026

Nienawiść

Nowość: 

„Hejterka”

Natasza Socha


Słowa ranią, pozostają w pamięci i rozbrzmiewają echem jeszcze długo, gdy już ich nie słychać. Nie da się ich łatwo zapomnieć, odsunąć od siebie. To, co dla jednych bywa błahą sprawą, jakiej nie warto poświęcać czasu, drugim sprawia wypala ślady w nich. Wystarczy zdanie rzucone bezmyślnie albo w chwili złości by komuś dokuczyć, ale są też takie wypowiedzi, które mają jeden cel – uderzyć tak aby zabolało. Naumyślnie, precyzyjnie i wielokrotnie…

Uciec, zniknąć, wymazać się. Zasnąć…
Helena ma oko do szczegółowe, oddawania emocji ludzi, kilkoma kreskami potrafi dostrzec to, co inni dopiero zauważają po chwili lub gdy ktoś im wskaże. Nie wyróżnia się w grupie rówieśniczej, ale dobrze jej z tym. Ma swój świat, hobby, żyje trochę na uboczu, lecz nikomu to nie przeszkadza. Anka należy do jej małego grona znajomych, znają się ze szkoły i nie tylko z niej. Kiedy Helena zaczyna niepokoić się jednym z komentarzy pod jej postem mediach społecznościowych koleżanka nie widzi w nim po problemu, po prostu ktoś coś głupiego napisał i tyle. Jednak to dopiero początek całej serii nieprzyjemnych sytuacji, do tej pory dziewczyna była zadowolona ze swojego życia, toczyło się znajomym rytmem, pozwalając na bycie sobą. Jak to więc możliwe, że stała się obiektem nienawistnych wpisów? Komu zależy by uprzykrzyć egzystencję nastolatce, spokojnej i nie rzucającej się zbytnio w oczy? Anonimowość w Internecie zdaje się dodawać źle pojętej odwagi tym, którzy zaczynają coraz mocniej dręczyć Helenę. Czy uda się jej wyjść z tej otchłani zła? O jednym zdają się nie myśleć stojący za tymi atakami, że i oni mogą być na miejscu hejtowanej dziewczyny… Jaki będzie finał tego dramatu?

Hejt to obraźliwy lub agresywny komentarz zamieszczony w Internecie, ale ta definicja ma o wiele mroczniejsze drugie dno czyli ból, strach i przede wszystkim ogrom emocji, negatywnych i odbijających się jeszcze długo echem. Produkt naszych czasów czy też poczucie bezkarności w internecie i siła źle pojmowanej anonimowości? Kojarzymy ze znanymi osobami, lecz równie często uderza w tak zwanych zwykłych ludzi. Ma w sobie niewiarygodnie niszczącą siłę i dopiero gdy już zaistnieje zostaje zauważany, co nie oznacza, iż następuje natychmiastowa odpowiednia reakcja. Bywa lekceważony, niezauważany, a nie tak rzadko pozostaje wstydliwą tajemnicą ofiary. Natasza Socha w swojej najnowszej książce obnaża jedną z odsłon trudnej prawdy, gdzie kłębi się wiele emocji, kontrastowych, wcale nie jedynie czarno – białych, co wcale nie oznacza obrony sprawców i umniejszania bólu skrzywdzonej. To nie jest zerojedynkowa historia, bo autorka nie skupia się tylko na efekcie końcowym czyli hejcie, chociaż mamy go z tylu głowy przez całą lekturę, dostrzegamy go między wierszami. On nie rodzi się w sekundę, poprzedza go mniej lub więcej zdarzeń, z jakich buduje się właśnie agresja i mowa nienawiści. Czytelnik rozdział po rozdziale widzi z czego on w tym konkretnym przypadku powstaje, rozwija i jak można utracić nad nim kontrolę. Ktoś powie to jedynie książka, wymyślona opowieść. Nie. Za „Hejterką” stoją tysiące podobnych historii, głośnych, cichych, jednak dramat ofiary jest ten sam i zawsze ma on też motyw. Może nim być zazdrość, źle pojęte przywództwo w grupie, poprawienie własnej oceny siebie kosztem kogoś innego, przypisanie winy komuś niewinnemu, premedytacji w działaniu, negatywnej siły grupy i poczucia anonimowej bezkarności. Natasza Socha pokazuje z detalami jak tworzy się spirala nienawiści, nakręca się, a potem to już efekt kuli śnieżnej i eksplozja, po której pozostają zgliszcza… Nie tak łatwo pomóc hejtowanemu człowiekowi, na jeden krok do przodu nie rzadko przypada kilka do tyłu i to również widać w „Hejterce”, a rany nie tak szybko goją się. Zresztą blizny przypominają o tym, co było. No i pozostaje lęk, w końcu wspomnienia trudno wymazać i powracają w najmniej spodziewanych chwilach.


                                                  Za możliwość przeczytania 

książki 

dziękuję:

czwartek, 5 marca 2026

Tam gdzie jest nadzieja

Nowość:

„Rosą pisane”

Urszula Gajdowska

 

Nim po burzy zaświeci słońce czasem mija trochę czasu. Niektórzy niepewnie patrzą w niebo i wypatrują ciemnych chmur, a cienie biorą za znak, że zaraz lunie. Dopiero po dłuższej chwili są w stanie spojrzeć w górę bez obaw. Jeśli ktoś poda im parasol zaniepokojenie ustępuje, bo niekiedy wystarczy pomocna dłoń by uwierzyć w lepszą przyszłość.

 

Azyl daje schronienie wszystkim tym, którzy tego potrzebują. Zwierzętom, ale również ludziom. Edyta zna to uczucie bezradności, wie aż za dobrze jak smakuje strach i jak dużym wyzwaniem jest nadzieja, że w końcu jest bezpieczna. Jej dzieci także poznały emocje, jakie nie powinny być ich udziałem. Na skraju Puszczy Knyszyńskiej mają swój nowy dom, gdzie także schronienie znalazły zwierzęta, które również zostały skrzywdzone przez ludzi. Eryk i Weronika stworzyli miejsce, gdzie wszyscy potrzebujący mogą zaleczyć swoje rany, poczuć co znaczy spokój i otrzymać przede wszystkim pomoc oraz dach nad głową. Edyta wraz z bratem i jego żoną mają ręce pełne roboty, ale dla kobiety to lek na lęki związane z przeszłością, do jakiej klucz wciąż ma w rękach jej były mąż. Ona nie chce komplikacji i jakichkolwiek rewolucji w swoim i jej dzieci życiu. Jednak spotkanie z Dawidem nie pozostaje bez echa. Ten mężczyzna stara się pogrzebać własne demony, a Azyl stwarza warunki by to, co było przestało kłaść się cieniem na teraźniejszości. Tych dwoje ma więcej ze sobą wspólnego niż sądzą, ale nie tak łatwo zapomnieć o wcale nie tak dawnych wydarzeniach i zaufać jeszcze raz…

 

Czasem trzeba grać życiowymi kartami, jakie nie do końca wybraliśmy sami i stawiać czoła rzeczywistości dalekiej od tej, jakiej pragnęliśmy. „Rosą pisane” nie są prostą opowieścią o nowych początkach, odnajdywaniu siebie i z hollywoodzkim szczęśliwym zakończeniem, chociaż te wątki jak najbardziej są obecne, lecz dużo bardziej pogłębione niż zazwyczaj, opisane bardzo osobiście i równocześnie z różnych perspektyw. Urszula Gajdowska pisze o trudnych momentach i okresach w życiu z naciskiem na ukazanie szerszego kontekstu, gdyż dosięgają one nie tylko pojedynczych ludzi, lecz i ich bliskich. Bohaterowie dostają głos, by własnymi słowami przekazali swoją historię i pokazali poszukiwania drogi do przyszłości, gdzie nie ma już dawnego raniącego mroku. „Rosą pisane” jest książką, w jakiej jak na dłoni widać ile znaczy okazana pomoc i wsparcie, oferowane z uwagi na własne doświadczenia oraz po prostu ludzką solidarność. Autorka przeplata jasne i mroczniejsze życiowe strony oraz łączy je z losami postaci, po przejściach, z przeszłością, jednak walczący, niekiedy dosłownie, o spokój i niezgadzający się na zło wokół siebie. Puszcza Knyszyńska jest doskonałym tłem dla historii o ludziach, jacy właśnie otwierają nowy rozdział i stawiają czoła temu, co rani boleśnie, ale nie zawsze widocznie.


Za możliwość przeczytania książki
książki 

dziękuję:


niedziela, 1 marca 2026

Mroczne i pożądane

Nowość:

„Przeklęte klejnoty. 

Opowieść o miłości, zdradzie i chciwości”

Ana Trigo

 



Podobno diamenty są najlepszym przyjacielem dziewczyny i nie tylko jej. A co jeśli mają ponurą sławę i towarzyszy im klątwa? Przeklęte, z rzuconym urokiem, pechowe i jednocześnie drogocenne oraz piękne. Klejnoty ze złą sławą nie dają o sobie zapomnieć, a to, co dzieje się z nimi, wokół nich przechodzi do historii na równi z nimi samymi. Ale co jest prawdą, co jedynie mitem?



Złoto, platyna, srebro czyli metale, diamenty, brylanty, rubiny, szafiry i szmaragdy – kamienie. Do jednych i drugich dodaje się przymiotnik szlachetne, rozpalają ludzkie pragnienie posiadania, nawet jeśli nie mają formy pięknych przedmiotów czy też biżuterii. A kiedy już zostaną przetworzone ręką mistrza stają się nie tylko bardziej wartościowe, lecz jeszcze mocniej pożądane. Jednym zła sława zaczyna już towarzyszyć gdy jeszcze są nieprzetworzonym surowcem, drugim dopiero ta łątka zostaje przypięta później, kiedy już cieszą oko człowieka swoim pięknem. Co stoi za tym lub raczej kto? Ana Trigo odkrywa przed czytelnikami kulisy tajemnice, jakie stoją za słynnymi i zarazem przeklętymi klejnotami. Ich barwna historia jest interesująca, lecz tak naprawdę ukazanie jej od samego początku dopiero pokazuje co stoi za rozgłosem wokół nich. Egzotyczne pochodzenie, łut szczęścia i zalążki legendy gotowe, jednak dalsze dzieje są także istotne, te często przebijają wstęp. Rewolucja, zabójstwa, tajemnicze zgodny oraz oczywiście uczucia, intrygi i pazerność. Czy to mało by stworzyć mit, zwłaszcza jeśli a w sobie tragedię?



Koh-i-noor, La Peregrina, naszyjnik królowej Marii Antoniny, to jedynie trzy z kilkunastu opowieści o przeklętych klejnotach zawartych w książce Any Trigo. O jednych słyszeliśmy, inne są dla nas odkryciem, lecz wszystkie mają niezwykłą przeszłość, a i teraźniejszość niekiedy dokłada swoją cegiełkę do mrocznej renomy. Każdy rozdział poświęcony jest dla jednego z nich, ale to nie jest krótki opis, a swego rodzaju biografia, wiodąca nas po kontynentach, dekadach i wiekach oraz również ukazująca ludzi, jacy się z nimi zetknęli. To nie są zdawkowe informacje, powtarzanie obiegowych opinii, a wnikliwe wiadomości, potwierdzone i oparte o niejeden dokument. Jednak coś jeszcze wyróżnia tę książkę, bo sama wiedza podana jako suche fakty, nawet z kilkoma ciekawostkami nie czyni jeszcze ją wyjątkową. Co więc sprawia, że tak jak temat przyciąga uwagę i zwiększa zaciekawienie podczas lektury? Kompleksowość, to nie tylko co bardziej interesujące fragmenty, lecz przede wszystkim całość znanych informacji, ludzie, kontekst dziejowy, także towarzyszące zagadki i możliwe odpowiedzi na nie. Rzetelna prawda, nie domysły, która okazuje się bardziej intrygująca niż niebezpieczna otoczka, niekiedy niepotwierdzona dowodami, lecz pogłoskami i zbiegiem okolicznościami. „Przeklęte klejnoty. Opowieść o miłości, zdradzie i chciwości” jest podróżą przez czas, kroniki i w towarzystwie niezwykłych przedmiotów, jakie od lat rozpalają ludzkie umysły.

  Za możliwość przeczytania książki

 dziękuję:



piątek, 27 lutego 2026

W gałęziach wierzby

Nowość:

„Dzieci wierzby”

Małgorzata Stasiak

 

Prawda ma to do siebie, że w końcu daje o sobie znać. Zbyt długo skrywana wybiera najmniej spodziewany moment by pokazać się, czasem jedynie w fragmencie, lecz i tak często niesie z sobą chaos, zdezorientowania i niestety ból. Za nią idzie przełom w życiu, relacjach, czy oczyszczający? Z pewnością niejednokrotnie przemeblowujący wiele, niektórym daje wolność, inni uwalniają się od starych lęków. Niezamknięte drzwi do przeszłości otwierają niekiedy drzwi do przyszłości…

 

Niektórzy wbrew wszystkim i wszystkiemu, nawet samym sobie, po prostu ogarniają rzeczywistość. Dlaczego nie dają sobie spokoju z tym i nie skupią się na sobie? Może tkwi to w ich DNA albo po prostu bardzo wcześnie wzięli na swoje barki ciężar, bo nikt inny tego nie zrobił? Karolina nie potrafi odciąć się od swojej rodziny, nie to, co Kuba, chociaż i on wraca, kiedy wymaga tego sytuacja. Nic nie jest prostego w ich życiu, jakoś próbują pogodzić codzienność z kolejnymi trudnymi sprawami, jakie raz za razem pojawiają się, kiedy myślą, że już widzą światełko w krętym tunelu, zwanym dorosłością i dojrzałością. Tyle, że to drugie bardziej dotyczy ich niż bliskich. Czy w takich okolicznościach da się zauważyć coś, co pojawia się niespodziewanie i kiełkuje na mało żyznej ziemi oraz najmniej sprzyjających warunkach? Problemów nie ubywa, a tych dwoje zaczyna dostrzegać, że oprócz całego chaosu wokół nich, jaki nieustannie próbują ogarnąć, ważni są też oni sami. Tyle, że los lubi zaskakiwać, a prawda wpisuje się doskonale właśnie w takie niespodziewane i mało chciane dary. Czy da się napisać całkiem nowy rozdział, kiedy znowu okazało się, iż jest pod górkę zamiast z górki?

 

Zaskakująca, nieoczywista i przede wszystkim bez lukru, upiększania, za to pełna prawd, od jakich zbyt często odwracamy głowę, bo są trudne i wymagają stawiania czoła trudnym sytuacjom. Zamiast ucieczki branie się za barki z życiem, dalekim od ideału, a nawet tego, co uważamy za szarą rzeczywistość. „Dzieci wierzby” to nie kolejna powieść obyczajowa, przed lekturą można mieć niejedne skojarzenie, lecz lektura szybko weryfikuje i to na ogromny plus nasze oczekiwania. To nie jest prosta historia, sięga daleko i głęboko, wyciąga na światło dzienne tłumione emocje, niechciane uczucia, ostre słowa i bolesne wspomnienia. Tylko lub aż tyle, odsłania tak dużo w stosunkowo niedługim czasie, ale nie jest przeładowana i równocześnie nie jest stonowana. Małgorzata Stasiak po prostu pokazuje swoich bohaterów bez upiększeń, bez niedomówień, takimi jacy są. Dalecy od ideału i po prostu ludzcy, mający za sobą niejeden błąd i z pewnością przed sobą także, radzący sobie na tyle ile potrafią lub mogą z siebie dać w danej chwili. „Dzieci wierzby” to historia o rodzinie, z krwi i wyboru, gdzie jedni są ratownikami i opiekunami codzienności, drudzy uciekinierami w mniejszym lub większym stopniu. W tym nieidealnym świecie pojawia się też uczucie, które dodaje odwagi, ale i przynosi z sobą kolejną porcję prawdy, znów niełatwej, czy doda ona siły, a może odbierze resztkę nadziei? Jaki będzie finał tej nieszablonowej sagi rodzinnej, gdzie spokój pojawia się na chwilę przed przysłowiową burzą, która odkrywa staranne kłamstwa i zmusza by w końcu być szczerym z samym sobą, bliskimi i zaprzestać ucieczki.

 


                                     Za możliwość przeczytania książki

 dziękuję:
 

wtorek, 24 lutego 2026

Książęcy sekret


Przedpremierowo:

„Tajemnice Tumskiej Góry”

Jacek Ostrowski

 

To, co codziennie mijamy, nie poświęcając nawet jednego uważniejszego spojrzenia, kryje dużo więcej niż spodziewamy się. Jednak niekiedy nadchodzi odpowiedni moment albo splot okoliczności i dostrzegamy coś, co wcześniej pozostawało niezauważone lub może właśnie teraz dało o sobie znać. Czy znaleźliśmy się w odpowiedniej chwili i miejscu czy tez wprost przeciwnie?

 

Wyjaśnienie zabójstwa oznacza, iż trzeba odnaleźć sprawcę i motyw, ale bywa to nierzadko utrudnione i prowadzi do zaskakujących tropów. Jak się okazuje Płock kryje niejedną tajemnicę, dobrze chronione albo po prostu niezauważalne. Na straży niektórych z nich stoi Zbigniew, książę okryty niesławą i pomimo upływu wieków wcale nie jest jedynie wyblakłą sylwetką utrwaloną na zapomnianych pergaminach. Spotkanie z nim oznacza nie tylko ujrzenie legendy, lecz też rzuca całkiem nowe światło na to, co właśnie ma miejsce. Niejedną teorię trzeba będzie zweryfikować i nie będzie to wcale łatwe zadania, bo płockie podziemia nie zawsze bywają bezpieczne, a i szukania odpowiedzi na pytania wiąże się z ogromnym ryzykiem. Czyżby przeszłość miała większy wpływ na teraźniejszość niż ktokolwiek przypuszcza? Co kryją dawno zapomniane komnaty, wąskie korytarze i oślepiony książę? Czasem ktoś musi przejść przez cienką granicę pomiędzy tym, co znane oraz  co stanowi sekret by wydobyć na światło dzienne prawdę. Pytanie tylko jaką cenę przyjdie mu zaq to zapłacić?

 

Legendy o duchach pobudzają wyobraźnię i niejednokrotnie są atrakcją, niekiedy na skalę dużo dalszą niż lokalną. Zawierają więcej niż ziarno prawdy, jakby nie było dotyczą często postaci historycznych oraz ich losów, chociaż też niemało w nich przyuczeń, uproszczeń oraz fantazji. A jakby tak wykorzystać rodzime motywy i krajobrazy? Równie interesujące, ale nie tak znane lub raczej nie tak rozreklamowane. Jacek Ostrowski połączył kilka elementów w jednej opowieści gdzie nuda nie gości za to zaskoczenie, zwroty akcji oraz intrygujące nawiązania do dziejów Polski już jak najbardziej. Swojskie klimaty okazują się być ciekawym tłem dla tajemniczych wydarzeń, w jakich odnajdujemy kilka gatunków literackich powiązanych z sobą nieszablonowo, co gwarantuje zaskakującą lekturę w przenośni i dosłownie równocześnie. Czytelnicy niejednokrotnie przekonują się, że założenia jakie poczynili przed momentem szybko mogą stać się nieaktualne. Autor doskonale wie jak podtrzymać napięcie i oczywiście je stopniować, kiedy dokonać zwrotu akcji i wcale na tym nie poprzestać. No i pozostają nam jeszcze bohaterowie, jacy intrygują i wielokrotnie pokazują, że wiele o nich nie wiemy, a spodziewać powinniśmy się po nich dużo więcej niż jesteśmy w stanie przypuszczać.



Za możliwość przeczytania książki
książki 

dziękuję:


czwartek, 19 lutego 2026

Dlaczego?

Nowość:

„Ostatni upadek”

Magdalena Zimniak

 

Zamknąć drzwi do przeszłości, odciąć się od tego, co złe i rozpocząć jeszcze raz od nowa. Jednak czy da się w ten sposób postąpić, jeżeli wciąż nachodzą nas wspomnienia i czujemy, że nasze życie to oszustwo? Jak żyć dalej z taką świadomością i równocześnie budować kolejny rozdział na kruchych fundamentach z bólu, lęków i tajemnic?

Kiedy wszystko zaczyna się układać, a wyczekiwana poprawa powoli staje się faktem nadchodzi niespodziewany koniec. Adrianna Leman robi duży krok w swoim życiu, przeprowadzka, macierzyństwo, nowe wyzwania i przede wszystkim wiele wskazuje na to, że przeszłość w końcu zostawiła za sobą. Szczęśliwe zakończenie trudnego etapu nie jest już jedynie nadzieją, a urzeczywistnia się. Zamiast wątpienia w siebie i w swoje osiągnięcia, zadowolenie z małych, codziennych, osiągnięć. Jednak coś poszło Ne tak jak powinno. Na budowie zostaje odkryte ciało kobiety, a jej córeczka zostaje uznana za zaginioną. Co kryje się za śmiercią i gdzie jest dziecko? Skomplikowane życie ofiary dostarcza pewnych tropów, ale czy to właściwy kierunek śledztwa i pomoże w poszukiwaniach? Nadkomisarz Krystyna Farkas zdaje sobie sprawę, że musi jak najszybciej mieć punkt zaczepienia, a wszelkie domniemywania powinny potwierdzić się solidnymi dowodami. Jednak im więcej informacji zdobywa tym trudniejsze wydaje się zadania, jakie ma przed sobą. Gdzie kryje się prawda o Adriannie Leman i okolicznościach jej śmierci? Jaką rolę odegrała przeszłość i jak to wiąże się z zaginięciem córeczki? Czas płynie, a odpowiedzi niewyraźnie rysują się, ale czy okażą się prawdą? Ktoś nie zawahał się gdy decydował o przyszłości młodej matki…

Podobno kiedy rozum śpi budzą się demony, a jeśli one nigdy nie zasnęły, a jedynie przyczaiły się? Ludzki umysł kryje niejedno, nie zawsze świadomie, lecz niektórzy potrafią wykorzystać najbardziej jego destrukcyjne mechanizmy do swoich potrzeb. Lęk przed tym, co było i radość co dopiero będzie, kontrast doskonale widoczny, a pomiędzy tym morze wątpliwości, kilka tajemnic, zbrodnia, zaginięcie i bezbronne dziecko. Magdalena Zimniak nie wybiera łatwych tematów do swoich książek, każdy z motywów doskonale wypełniłby samodzielnie fabułę, lecz gdy wypełniają jedną fabułę wysoko ustawiają poprzeczkę twórcy. „Ostatni upadek” pokonuje ją ze sporym zapasem, ale to dociera do czytelników dopiero dobrą chwile po tym gdy zakończymy czytać. Dlaczego? Powodów jest wiele, najistotniejsze, to te, iż to nie „tylko” kryminał, thriller psychologiczny i dramat rodzinny nie tyle w jednym, ile każdy z tych gatunków wybrzmiewa samodzielnie mając jednocześnie za tło pozostałe. Oczywiście wszystkie łączą się w opowieści gdzie nie bardzo szybko dociera do nas, że nie ma co tracić czasu na przypuszczenia, bo i tak autorka w przysłowiowym najmniej spodziewanym momencie dokona zwrotu akcji. W tej książce nie ma jakichkolwiek skrótów, omijania niewygodnych elementów, unikania wnikliwych obserwacji i wygładzania ostrych brzegów. „Ostatni upadek” odsłania niepokój, lęki, zło i manipulację, lecz również zagubienie, a przede wszystkim granice, za którymi czai się zło czynione świadomie.

 


                                            Za możliwość przeczytania książki

książki 

dziękuję:


poniedziałek, 16 lutego 2026

Klątwa, miłość i pewna winda

Nowość:

„Winda do miłości”

Magdalena Witkiewicz

Alek Rogoziński

 

Podobno miłość pokona wszystkie przeszkody. Niestraszna jest jej odległość i czas, ludzie, intrygi, lecz czasem… czasem bywają takie utrudnienia, jakie nie mieszczą się w zwykłych kategoriach i nikt oraz nic nie potrafi zdziałać na korzyść uczuć. A może to jedynie kwestia odpowiedniego momentu i osób?

 

Klątwa, nie klątwa, lecz na ulicy Miłosnej nie wszyscy doświadczają tej emocji z jakże uroczej nazwy, zwłaszcza mieszkańcy jednego z budynków. Co za tym stoi, a może kto? Tego nie wie nikt, jedynie co pozostaje to domysły, plotki, no i pewne fakty układające się w niepokojącą całość. Można kpić z klątwy, ale coś chyba jest na rzeczy bo liczba zdradzonych, zdradzających, opuszczonych i opuszczających jest większa na metr kwadratowy niż gdziekolwiek indziej. Dodajmy do tego kapryśne instalacje oraz windę, jakiej działania najlepszy wróż nie przewidzi. Co więc czeka na mieszkańców w takim miejscu? Z pewnością nie spokój i zwyczajna egzystencja, za to zagadki, uczuciowe perypetie i próby obejścia przekleństwa albo jego odwrócenia jak najbardziej. Kamienica przy Miłosnej niejeden sekret skrywa, czyżby nadszedł czas na ich poznanie? No i jaką rolę odegra w tym kapryśny dźwig osobowy?

 

Komedia romantyczna z tłem trochę jak z historii grozy, lecz w końcu odpowiednie tło jedynie podkreśla to, co jest jej motywem. Duet pisarski Magdaleny Witkowicz i Alka Rogozińskiego gwarantują doskonałą rozrywkę, niestroniącą od wzruszeń, ciętych dialogów oraz bohaterów, z których każdy jest więcej niż charakterystyczny. Oczywiście to dopiero wstęp, a z każdą stroną jest jeszcze ciekawiej i tajemniczo, bo co jak co, ale zagadek nie brakuje. Naturalnie jest jeszcze tytuł, jaki okazuje się w stu procentach być adekwatny do kryjącej się za nim opowieści. Wszystko to jednak jedynie elementy książki, gdzie trudno zgadnąć co jeszcze wydarzy się, gdyż wyobraźnia autorów jest naprawdę ogromna. Co kryje kamienica przy ulicy Miłosnej? No cóż dużo więcej niż mieszkańcy i czytelnicy spodziewają się, a sploty okoliczności mogą przyprawić o gęsią skórkę, wybuchy śmiechu i stanowią niejeden znak zapytania. Podczas lektury „Windy do miłości” takie słowo jak nuda i monotonia nie pojawia się, natomiast barwne perypetie a i owszem, nieustannie, raz za razem. O uczuciach autorzy również nie zapomnieli i pojawiają się one niespodziewanie orz przynosząc z sobą nową porcję interesujących wątków.

 

 


Podobno miłość pokona wszystkie przeszkody. Niestraszna jest jej odległość i czas, ludzie, intrygi, lecz czasem… czasem bywają takie utrudnienia, jakie nie mieszczą się w zwykłych kategoriach i nikt oraz nic nie potrafi zdziałać na korzyść uczuć. A może to jedynie kwestia odpowiedniego momentu i osób?


Klątwa, nie klątwa, lecz na ulicy Miłosnej nie wszyscy doświadczają tej emocji z jakże uroczej nazwy, zwłaszcza mieszkańcy jednego z budynków. Co za tym stoi, a może kto? Tego nie wie nikt, jedynie co pozostaje to domysły, plotki, no i pewne fakty układające się w niepokojącą całość. Można kpić z klątwy, ale coś chyba jest na rzeczy bo liczba zdradzonych, zdradzających, opuszczonych i opuszczających jest większa na metr kwadratowy niż gdziekolwiek indziej. Dodajmy do tego kapryśne instalacje oraz windę, jakiej działania najlepszy wróż nie przewidzi. Co więc czeka na mieszkańców w takim miejscu? Z pewnością nie spokój i zwyczajna egzystencja, za to zagadki, uczuciowe perypetie i próby obejścia przekleństwa albo jego odwrócenia jak najbardziej. Kamienica przy Miłosnej niejeden sekret skrywa, czyżby nadszedł czas na ich poznanie? No i jaką rolę odegra w tym kapryśny dźwig osobowy?


Komedia romantyczna z tłem trochę jak z historii grozy, lecz w końcu odpowiednie tło jedynie podkreśla to, co jest jej motywem. Duet pisarski Magdaleny Witkowicz i Alka Rogozińskiego gwarantują doskonałą rozrywkę, niestroniącą od wzruszeń, ciętych dialogów oraz bohaterów, z których każdy jest więcej niż charakterystyczny. Oczywiście to dopiero wstęp, a z każdą stroną jest jeszcze ciekawiej i tajemniczo, bo co jak co, ale zagadek nie brakuje. Naturalnie jest jeszcze tytuł, jaki okazuje się w stu procentach być adekwatny do kryjącej się za nim opowieści. Wszystko to jednak jedynie elementy książki, gdzie trudno zgadnąć co jeszcze wydarzy się, gdyż wyobraźnia autorów jest naprawdę ogromna. Co kryje kamienica przy ulicy Miłosnej? No cóż dużo więcej niż mieszkańcy i czytelnicy spodziewają się, a sploty okoliczności mogą przyprawić o gęsią skórkę, wybuchy śmiechu i stanowią niejeden znak zapytania. Podczas lektury „Windy do miłości” takie słowo jak nuda i monotonia nie pojawia się, natomiast barwne perypetie a i owszem, nieustannie, raz za razem. O uczuciach autorzy również nie zapomnieli i pojawiają się one niespodziewanie orz przynosząc z sobą nową porcję interesujących wątków.


Za możliwość przeczytania książki
książki 

dziękuję:





czwartek, 12 lutego 2026

Niezwykłe spotkania

Nowość:

„Chibineko 

– niezwykła restauracja wspomnień”

Yuta Takahashi

 

Niekiedy strata najbliższej osoby przychodzi w najmniej spodziewanej chwili, a nawet jeśli wiemy, że czai się gdzieś za rogiem to i tak nigdy nie ma odpowiedniego momentu na nią. Jak żyć dalej, kiedy nie ma kogoś, kto do tej pory był tuż obok nas, już nie ma? Gdyby można było jeszcze raz porozmawiać, spotkać, zobaczyć…

 

Ktoś był i nagle go nie ma. Jak poradzić sobie ze stratą, jakiej nie akceptuje się? Kotoko wciąż na nowo przeżywa moment śmierci brata, nie potrafi pogodzić się z nią, pragnie go znowu zobaczyć. Mijają kolejne tygodnia, a dziewczyna wciąż zawieszona jest w przeszłości, a teraźniejszość jest przykrym obowiązkiem wobec rodziny. Ostatnie o czym myśli to wizyta w restauracji, lecz kiedy pojawia się w umówionym dniu dostaje szansę, która nie powinna się wydarzyć. Na pytanie „jak to możliwe?” nawet nie odpowiada sobie i innym, najważniejsze jest to, że spotyka swojego brata. Nie tylko ona dostaje taką szansę, ale czy wszyscy zobaczą jeszcze najbliższą osobę, która odeszła? Yoshio tęskni za żoną, dekady spędzone razem wcale nie są pocieszeniem, kiedy jej już nie przy nim. Jednak dania z restauracji Chibineko mogą być lekiem na ten ból, dają coś więcej niż wyśmienite potrawy, zaspakajają głód bliskości i pozwalają nacieszyć się kimś, kto odszedł i kogo brak. Wystarczy jedynie uwierzyć, lecz czy każdy to potrafi?

 

Wydawałoby się po opisie, że będzie to smutna historia lub raczej kilka historii i jedynie ten nastrój będzie dominował. Oczywiście jest on obecny, ale również stał się punktem wyjścia do bardzo indywidualnego odczuwania straty, podszytego gniewem, bólem, wspomnieniami. To są pierwsze wrażenia, wstęp do głębszej analizy emocji, lecz bez wielkich słów, za to z osobistymi detalami zahaczającymi o codzienność, bo w niej ukryta jest bliskość. Bohaterowie są w różnym wieku i momencie życia, lecz łączy ich pragnienie ponownego spotkania z bliską osobą. Niemożliwe życzenie do urzeczywistnienia i tutaj właśnie swoją rolę odgrywa tytułowa restauracja. Czy to jeszcze jawa czy też sen? Tego nikt nie wie, co innego jest istotne oraz kolejne wydarzenia, będące pokłosiem. Tam gdzie kończy się żal, chociaż smutek wciąż pozostaje, ale już innego rodzaju, zaczyna się kolejny rozdział, równocześnie nowy i będący pokłosiem straty. Rzeczywistość i lekka mgła oniryzmu doskonale współgrają i nie jest to jedynie wynik osadzenia fabuły w japońskiej kulturze. Autor stworzył uniwersalną i ponadczasową opowieść, podzieloną na kilka bohaterów, swoista powieść szkatułkowa, niosąca ogromny ładunek emocjonalny niedużej objętości słów, gdzie każde zdanie ma swoje znaczenie. Śmierć i żałoba nie zawsze przeżywane są tak samo, każdy z nas doświadcza ich na własny sposób, jednak niektórzy pisarze potrafią oddać niuanse wspólne dla nas wszystkich. Zamiast epickich i wzniosłych haseł w „Chibineko – niezwykła restauracja wspomnień” na pierwszym miejscu są ludzie, żyjący i ci, jacy odeszli, oraz więzi ich łączące. Yuta Takahashi pokazuje pokonywaną drogę od straty, bólu, braku ukochanej osoby po moment kiedy stawia się czoło temu wszystkiemu i pozwala się na zamknięcie pewnego rozdziału i otwarcie kolejnego ze świadomością, że pomimo tego, iż zostaliśmy sami to nie jesteśmy samotni.






Za możliwość przeczytania książki
 dziękuję 

wyd. Rebis

poniedziałek, 9 lutego 2026

Skraj zła

Przedmierowo:

„Wściekły”

Maciej Kaźmierczak


Pewne miejsca skupia pają jak w soczewce nie światło a mrok. Nie wszyscy to widzą, lecz wielu wyczuwa, jednak zbyt często brak odważnego, który przeciąłby zmowę milczenia, nawet tę niepisaną. Po prostu nie kala się własnego gniazda, aż do momentu, kiedy ktoś mówi dość i zaczyna odsłaniać brudne sekrety, nie patrząc na cenę, jaką przyjdzie nie tylku mu zapłacić.


Jedno ciało może być przypadkiem, ale już dwa wskazują na coś więcej niż zwykłe zabójstwa, jeżeli w ogóle tak można powiedzieć w tak zbrodniczym kontekście. Jeżeli do tego doda się ślady w postaci cyfr pozostawionych na skórze denatów to już wiadomo, że nie koniec, a początek. Teodor Okrutny chciałby się mylić, lecz dowody jasno wskazują, z czym ma do czynienia. Seryjny morderca. W innych okolicznościach zdziwienie policjanta mogłoby być większe, jednak do takiego punktu na mapie jak Skraj jakoś to pasuje. Nawet okoliczności zdają się wpisywać w lokalne środowisko. Ofiary zostały przebite tak jakby ktoś zabijał wampiry. Ktoś urządził sobie polowanie i nie jest to stwierdzenie na wyrost. Jakby tego mało również w życiu prywatnym aspiranta nie ma spokoju, a to już wznieca płomień gniewu lub raczej wściekłości oraz pragnienie zemsty. Jedno z drugim nie zapowiada śledztwa aż nadto zgodnego z procedurami. Skraj wyzwala w ludziach najczęściej to, co najgorsze, ale tym razem Okrutny zamierza wymierzyć sprawiedliwą karę, czy zgodną z prawem? Z pewnością z jego sumieniem! Nikt kto stoi za tymi zbrodniami nie powinien czuć się bezpiecznie, ale czy zbrodniarz powiedział ostatnie słowo?


Prawda bywa sekretem, jest także niewygodna, zbyt często wcale nie wyzwala i bywa niejednokrotnie zmanipulowana. Skraj jest miejscem spowitym mrokiem, zdającym oblepiać wszystko i prawie wszystkich, gdzie zło jakoś zdaje się być akceptowalne, oczywiście dopóki nie będzie zbyt widoczne lub nie znajdzie się ten jeden człowiek, który wyłamie się z ogólnie przyjętych zasad. Taki klimat aż się prosi by stać się świadkiem kolejnych zbrodni i Maciej Kaźmierczak doskonale wpisuje je w tło oraz splata z bohaterami. Wyczuwalna sieć zdaje się oplatać każdego, kto przekroczy granice miasta, a śmierć tak jakby wpisywała się w lokalny koloryt. Autor nie oferuje czytelnikom jednej zagadki, zamiast niej jest cały ciąg znaków zapytania, owianych jeszcze mgłą tajemnic, kłamstw sprzed lat i całkiem świeżych. W takim entourage`u zło może zostać zatarte, jednak we „Wściekłym” jest wyraźne i nie daje o sobie zapomnieć oraz odczuwalne. Nawet więcej jest spodziewane, lecz i tak swoją siłą wprawia w zdumienie. Czy w takich okolicznościach sprawiedliwość jest prosta i oczywista? Nie, zawiera w sobie gniew i chęć zemsty, dotkliwej. Pozostaje jeszcze prawo, w końcu ono jest jedną z podstaw śledztwa, lecz czy w Skraju nie nabierze całkiem innego wymiaru?


Za możliwość przeczytania książki
książki 

dziękuję:


piątek, 6 lutego 2026

Pomsta

Nowość:

„Mieszko. W ogniu pomsty”

Daniel Komorowski

 

Kto jest przyjacielem, a kto wrogiem? Czy ten zawsze wierny stojący u boku może zdradzić? A ci, będący nie tak dawno przeciwnikami mogą stać się sojusznikami? Pomsta na tych, którzy nie podporządkowali się prawowitemu władcy zdaje się nie mieć końca, przelana krew naznaczyła niejedno pole bitwy. Jak długo jeszcze trzeba będzie mieć miecze w pogotowiu?


Zdobycie władzy to jedno, ale jej utrzymanie to już dużo trudniejsza sztuka, zwłaszcza, jeśli wokoło niemało jest mało przychylnych osób. Walka o tron jeszcze nie skończyła się, ona właśnie wchodzi w decydującą fazę. Teraz każdy krok oznacza większe ryzyko, a kniaź Mieszko zawsze jest w samym centrum bitewnej wrzawy. Ile jeszcze będzie musiał udowadniać, iż jest godnym następcą swojego ojca i co istotniejsze prawowitym? Zbyt wielu marzy by być na jego miejscu i nie cofną się przez zdradą by osiągnąć swój cel. Jednak najbardziej trzeba się bać tych, którzy jedną rękę wyciągają na zgodę, a w drugiej dzierżą nóż i planują skrytobójczy cios.     Kto okaże się wrogiem za maską przyjaciela? A może zdrajca jest dużo bliżej niż ktokolwiek spodziewa się i już wdrożył niecny plan w życie? Uderzyć w najsłabszy punkt i sycić oczy bólem i męką wcale nie jest tak trudno, ale czy równie łatwo będzie patrzeć jak ogień pomsty dosięga sprawcę? Bez litości, bez prawa łaski, kara surowa, lecz czy wynagrodzi wyrządzone zło? A w tle wielka polityka i trudne wybory jakich Mieszkowi nie oszczędzi ktoś, kogo nie podejrzewałby nigdy…


Jak ożywić zamierzchłe dzieje, okryte mgłą minionego tysiąca lat, w jakiej wiele jest domysłów, hipotez, a fakty nie zapełniły jeszcze wszystkich białych plam? Widowiskowo, ale bez pomnikowości, spiżu i pompatycznych słów, za to z barwnie i obrazowymi scenami? Ożywienie legendy wcale nie jest prostym zadaniem, lecz jeśli jako kanwę wykorzysta się znaną historię i wplecie się w nią fabularne wątki to znane postacie ze stron podręcznika okazują nadzwyczaj interesujące. Daniel Komorowski w sadze o Mieszku nie tyle udowadnia, co po prostu przedstawia ciekawą postać historyczną od strony, o jakiej często zapominamy. Zamiast szacownego protoplasty rodu jest książę, pierworodny, wyklęty syn i w końcu kniaź. Do tego intrygi dynastyczno-polityczne, pragnienie władzy oraz postawania zrębów państwowości i to wszystko okraszone sporą dawką akcji. Jako tło nieprzebyte puszcze i drewniane grodziska żupanów oraz oczywiście Gniezno, gdzie niejedno zdarzenie miało swój początek i zapisało się w dziejowych annałach. „Mieszko w ogniu pomsty” to najnowsza odsłona niezwykłej sagi, w której splata się prawda historyczna z niezwykle bogatą wyobraźnią autora, a w efekcie końcowym czytelnicy otrzymują opowieść, która czyta się bez zbędnych przerw od pierwszej do ostatniej strony. A zakończenie staje się punktem wyjścia dla nowej odsłony dalszych losów kniazia Mieszka i jego księstwa.

 

Za możliwość przeczytania książki
książki 

dziękuję:


niedziela, 1 lutego 2026

Muzyka i jej szalone kurioza

Przedpremierowo: 

„Orkiestra szaleńca. Największe kurioza w historii muzyki”

Edward Brooke – Hitching

 

Podobno gdy odrzuca się niemożliwe to, co pozostaje musi być prawdą nawet jeśli wydaje się nieprawdopodobne. No cóż czasem ta cała reszta i tak jest nie do uwierzenia, a jej źródło jest jedno. Ludzka wyobraźnia przecież nie zna granic i muzyka również podlega tej zasadzie.


Kilkanaście rozdziałów interesująco zatytułowanych, ponad dwieście stron niecodziennych informacji, wiele ciekawych ilustracji. W telegraficznym skrócie, jaki nie oddaje nawet w małym procencie tego, co zawiera „Orkiestra szaleńca. Największe kurioza w historii muzyki”. Lekturę można rozpocząć od pierwszych stron i sumiennie kontynuować kartkę po kartce lub wybierać intrygujące części, chociaż mówiąc szczerze to opcja numer dwa i tak skończy się tym, iż nie oprzemy się zaciekawieniu by zapoznać się od razu z całością. Jedno jest pewna ta książka jest nie tylko dla fanów muzyka, bez względu na gatunek, lecz dla każdego, kto lubi mało znaną wiedzę lub też taką, wydającą się całkowitą nieprawdą. Jednak okazuje się, że świat muzyki kryje wiele niezwykłych osobliwości, niekiedy ukrytych gdzieś w dziejowych annałach albo o jakich nie wspomina się przy okazji oficjalnych biografii. Spojrzenie na świat dźwięków z różnorodnych perspektyw i odszukanie w nim tego, o czym zapomniano, co zaginęło lub też celowo ukryto odsłania nowe oblicza znanej tematyki. Trzeba przyznać, że autor podszedł do muzycznej sfery w szerokim ujęciu i nie zapomniał o detalach, również pod względem wizualnym. Ilustracje stanowią doskonałe uzupełnienie słów, są nie tyle wyłącznie dodatkiem albo też ozdobnikiem, a bardziej integralną częścią książki. Okazuje się, że tytuł nie jest ani na wyrost, a ni tym bardziej nieadekwatny do tego treści, wprost przeciwnie i stanowi doskonały wstęp do tego, czeka na nas podczas czytania lub raczej poznawania innej twarzy muzyki.

 


Premiera:

10 lutego 2026





Za możliwość przeczytania książki
 dziękuję 

wyd. Rebis

sobota, 31 stycznia 2026

Wtedy i teraz

Nowość:

„Przez milion burz”

Agata Czykierda - Grabowska

 

Czasem trudno dostrzec przysłowiowe światełko w tunelu, a problemy pojawiają się w parach, czyli para za parą. Jak się ich pozbyć jeśli wydaje się, że nie ma na to szansy? Może zostawić je i po prostu znaleźć dla siebie inne miejsce, chociaż na trochę?


Dom dziadków kojarzył się Martynie z wakacjami, szczęściem, rodzinnym ciepłem. Teraz znalazła się w takiej sytuacji, w której potrzebuje przynajmniej namiastki spokoju i przede wszystkim oderwania się od kłopotów. Jednak nic nie przychodzi łatwo, starcie z nietoperzem nie zapowiada poprawy losu, a spotkanie kogoś, kto pozostawił po sobie słodko-gorzkie wspomnienia przypomina o przeszłości. To jeszcze nie wszystko, bo okazuje się, że stary dom kryje pewną tajemnicę, mogącą mieć coś wspólnego z ostatnimi niepokojącymi wydarzeniami. Spokój podobno jest przereklamowany, lecz niekiedy człowiek wiele by dał, by zdobyć ten jakże deficytowy stan ducha. Może obecność Huberta przyniesie więcej optymizmu i coś, czego obydwoje niespodziewaną się? Kiedyś dobrze im się rozmawiało i cenili sobie swoje towarzystwo. Nie widzieli się od lat, czyżby druga szansa rysowała się przed nimi? Ale czy tak łatwo pozbyć się problemów, zwłaszcza iż pewne sekrety przypominają o sobie?                                                              

Czasem nie potrzeba dużo, wystarczy dobra książka z historią, która wywoła uśmiech na ustach, nutę niepokoju i spowoduje, że będziemy trzymać kciuki za bohaterów. Nie ze skomplikowanymi wątkami, ale taką trochę codzienna i równocześnie wcale nie do końca zwyczajna. Po prostu taka, trafiająca do nas bez zbędnych pytań, z kategorii tych, przy jakich odpoczywamy, ładujemy baterie i po prostu uśmiechamy się do samych siebie i postaci. Ile razy uciekamy w przysłowiowe Bieszczady, gdy jest nam źle? Raczej wybieramy dom, miejsce gdzie czujemy się bezpiecznie oraz możemy być sobą i właśnie "Przez milion burz" daje czytelnikom podobny komfort, lecz i dostarcza emocji. Agata Czykierda – Grabowska oddała w ręce czytelników historię, gdzie niejednokrotnie śmieją się na głos, a zaraz potem dostrzegają, że od wesołej atmosfery do problemów wcale droga nie jest aż daleka jak mogłoby się wydawać. Dorzućmy do tego jeszcze zdarzenia z przeszłości oraz teraźniejszość, w jakiej zaczyna być słychać echa tej pierwszej i otrzymamy opowieść, która nie z pewnością nie pozostawia nas obojętnych. A co z bohaterami? Oni stanowią centrum fabuły i ani na moment nie tracimy ich z oczu oraz dla nich pochłaniamy kolejne strony. Towarzyszymy im w lepszych i gorszych momentach, sprawiają, że uśmiechamy się lub wprost śmiejemy się głośno oraz  kibicujemy w rozterkach, które towarzyszą ich wyborach.

 


                                              Za możliwość przeczytania 

książki 

dziękuję: