Nowość:
„Hejterka”
Natasza Socha
Za możliwość przeczytania
Nowość:
„Hejterka”
Natasza Socha
Za możliwość przeczytania
Nowość:
„Rosą pisane”
Urszula Gajdowska
Nim po burzy zaświeci słońce czasem
mija trochę czasu. Niektórzy niepewnie patrzą w niebo i wypatrują ciemnych
chmur, a cienie biorą za znak, że zaraz lunie. Dopiero po dłuższej chwili są w
stanie spojrzeć w górę bez obaw. Jeśli ktoś poda im parasol zaniepokojenie
ustępuje, bo niekiedy wystarczy pomocna dłoń by uwierzyć w lepszą przyszłość.
Azyl daje schronienie wszystkim tym,
którzy tego potrzebują. Zwierzętom, ale również ludziom. Edyta zna to uczucie
bezradności, wie aż za dobrze jak smakuje strach i jak dużym wyzwaniem jest
nadzieja, że w końcu jest bezpieczna. Jej dzieci także poznały emocje, jakie
nie powinny być ich udziałem. Na skraju Puszczy Knyszyńskiej mają swój nowy
dom, gdzie także schronienie znalazły zwierzęta, które również zostały
skrzywdzone przez ludzi. Eryk i Weronika stworzyli miejsce, gdzie wszyscy potrzebujący
mogą zaleczyć swoje rany, poczuć co znaczy spokój i otrzymać przede wszystkim
pomoc oraz dach nad głową. Edyta wraz z bratem i jego żoną mają ręce pełne
roboty, ale dla kobiety to lek na lęki związane z przeszłością, do jakiej klucz
wciąż ma w rękach jej były mąż. Ona nie chce komplikacji i jakichkolwiek rewolucji
w swoim i jej dzieci życiu. Jednak spotkanie z Dawidem nie pozostaje bez echa.
Ten mężczyzna stara się pogrzebać własne demony, a Azyl stwarza warunki by to,
co było przestało kłaść się cieniem na teraźniejszości. Tych dwoje ma więcej ze
sobą wspólnego niż sądzą, ale nie tak łatwo zapomnieć o wcale nie tak dawnych
wydarzeniach i zaufać jeszcze raz…
Czasem trzeba grać życiowymi kartami,
jakie nie do końca wybraliśmy sami i stawiać czoła rzeczywistości dalekiej od
tej, jakiej pragnęliśmy. „Rosą pisane” nie są prostą opowieścią o nowych
początkach, odnajdywaniu siebie i z hollywoodzkim szczęśliwym zakończeniem,
chociaż te wątki jak najbardziej są obecne, lecz dużo bardziej pogłębione niż zazwyczaj,
opisane bardzo osobiście i równocześnie z różnych perspektyw. Urszula Gajdowska
pisze o trudnych momentach i okresach w życiu z naciskiem na ukazanie szerszego
kontekstu, gdyż dosięgają one nie tylko pojedynczych ludzi, lecz i ich bliskich.
Bohaterowie dostają głos, by własnymi słowami przekazali swoją historię i
pokazali poszukiwania drogi do przyszłości, gdzie nie ma już dawnego raniącego
mroku. „Rosą pisane” jest książką, w jakiej jak na dłoni widać ile znaczy
okazana pomoc i wsparcie, oferowane z uwagi na własne doświadczenia oraz po prostu
ludzką solidarność. Autorka przeplata jasne i mroczniejsze życiowe strony oraz
łączy je z losami postaci, po przejściach, z przeszłością, jednak walczący,
niekiedy dosłownie, o spokój i niezgadzający się na zło wokół siebie. Puszcza
Knyszyńska jest doskonałym tłem dla historii o ludziach, jacy właśnie otwierają
nowy rozdział i stawiają czoła temu, co rani boleśnie, ale nie zawsze widocznie.
Nowość:
„Przeklęte klejnoty.
Opowieść o
miłości, zdradzie i chciwości”
Ana Trigo
Nowość:
„Dzieci wierzby”
Małgorzata Stasiak
Prawda ma to do siebie, że w końcu
daje o sobie znać. Zbyt długo skrywana wybiera najmniej spodziewany moment by
pokazać się, czasem jedynie w fragmencie, lecz i tak często niesie z sobą
chaos, zdezorientowania i niestety ból. Za nią idzie przełom w życiu,
relacjach, czy oczyszczający? Z pewnością niejednokrotnie przemeblowujący
wiele, niektórym daje wolność, inni uwalniają się od starych lęków.
Niezamknięte drzwi do przeszłości otwierają niekiedy drzwi do przyszłości…
Niektórzy wbrew wszystkim i
wszystkiemu, nawet samym sobie, po prostu ogarniają rzeczywistość. Dlaczego nie
dają sobie spokoju z tym i nie skupią się na sobie? Może tkwi to w ich DNA albo
po prostu bardzo wcześnie wzięli na swoje barki ciężar, bo nikt inny tego nie
zrobił? Karolina nie potrafi odciąć się od swojej rodziny, nie to, co Kuba,
chociaż i on wraca, kiedy wymaga tego sytuacja. Nic nie jest prostego w ich
życiu, jakoś próbują pogodzić codzienność z kolejnymi trudnymi sprawami, jakie
raz za razem pojawiają się, kiedy myślą, że już widzą światełko w krętym
tunelu, zwanym dorosłością i dojrzałością. Tyle, że to drugie bardziej dotyczy
ich niż bliskich. Czy w takich okolicznościach da się zauważyć coś, co pojawia się
niespodziewanie i kiełkuje na mało żyznej ziemi oraz najmniej sprzyjających warunkach?
Problemów nie ubywa, a tych dwoje zaczyna dostrzegać, że oprócz całego chaosu
wokół nich, jaki nieustannie próbują ogarnąć, ważni są też oni sami. Tyle, że
los lubi zaskakiwać, a prawda wpisuje się doskonale właśnie w takie
niespodziewane i mało chciane dary. Czy da się napisać całkiem nowy rozdział,
kiedy znowu okazało się, iż jest pod górkę zamiast z górki?
Zaskakująca, nieoczywista i przede
wszystkim bez lukru, upiększania, za to pełna prawd, od jakich zbyt często
odwracamy głowę, bo są trudne i wymagają stawiania czoła trudnym sytuacjom. Zamiast
ucieczki branie się za barki z życiem, dalekim od ideału, a nawet tego, co
uważamy za szarą rzeczywistość. „Dzieci wierzby” to nie kolejna powieść
obyczajowa, przed lekturą można mieć niejedne skojarzenie, lecz lektura szybko
weryfikuje i to na ogromny plus nasze oczekiwania. To nie jest prosta historia,
sięga daleko i głęboko, wyciąga na światło dzienne tłumione emocje, niechciane
uczucia, ostre słowa i bolesne wspomnienia. Tylko lub aż tyle, odsłania tak
dużo w stosunkowo niedługim czasie, ale nie jest przeładowana i równocześnie
nie jest stonowana. Małgorzata Stasiak po prostu pokazuje swoich bohaterów bez
upiększeń, bez niedomówień, takimi jacy są. Dalecy od ideału i po prostu
ludzcy, mający za sobą niejeden błąd i z pewnością przed sobą także, radzący
sobie na tyle ile potrafią lub mogą z siebie dać w danej chwili. „Dzieci
wierzby” to historia o rodzinie, z krwi i wyboru, gdzie jedni są ratownikami i
opiekunami codzienności, drudzy uciekinierami w mniejszym lub większym stopniu.
W tym nieidealnym świecie pojawia się też uczucie, które dodaje odwagi, ale i przynosi
z sobą kolejną porcję prawdy, znów niełatwej, czy doda ona siły, a może
odbierze resztkę nadziei? Jaki będzie finał tej nieszablonowej sagi rodzinnej,
gdzie spokój pojawia się na chwilę przed przysłowiową burzą, która odkrywa
staranne kłamstwa i zmusza by w końcu być szczerym z samym sobą, bliskimi i
zaprzestać ucieczki.
Za możliwość przeczytania książki
„Tajemnice Tumskiej Góry”
Jacek Ostrowski
To, co codziennie mijamy, nie
poświęcając nawet jednego uważniejszego spojrzenia, kryje dużo więcej niż
spodziewamy się. Jednak niekiedy nadchodzi odpowiedni moment albo splot
okoliczności i dostrzegamy coś, co wcześniej pozostawało niezauważone lub może
właśnie teraz dało o sobie znać. Czy znaleźliśmy się w odpowiedniej chwili i
miejscu czy tez wprost przeciwnie?
Wyjaśnienie zabójstwa oznacza, iż
trzeba odnaleźć sprawcę i motyw, ale bywa to nierzadko utrudnione i prowadzi do
zaskakujących tropów. Jak się okazuje Płock kryje niejedną tajemnicę, dobrze
chronione albo po prostu niezauważalne. Na straży niektórych z nich stoi
Zbigniew, książę okryty niesławą i pomimo upływu wieków wcale nie jest jedynie
wyblakłą sylwetką utrwaloną na zapomnianych pergaminach. Spotkanie z nim
oznacza nie tylko ujrzenie legendy, lecz też rzuca całkiem nowe światło na to,
co właśnie ma miejsce. Niejedną teorię trzeba będzie zweryfikować i nie będzie
to wcale łatwe zadania, bo płockie podziemia nie zawsze bywają bezpieczne, a i
szukania odpowiedzi na pytania wiąże się z ogromnym ryzykiem. Czyżby przeszłość
miała większy wpływ na teraźniejszość niż ktokolwiek przypuszcza? Co kryją
dawno zapomniane komnaty, wąskie korytarze i oślepiony książę? Czasem ktoś musi
przejść przez cienką granicę pomiędzy tym, co znane oraz co stanowi sekret by wydobyć na światło
dzienne prawdę. Pytanie tylko jaką cenę przyjdie mu zaq to zapłacić?
Legendy o duchach pobudzają
wyobraźnię i niejednokrotnie są atrakcją, niekiedy na skalę dużo dalszą niż
lokalną. Zawierają więcej niż ziarno prawdy, jakby nie było dotyczą często postaci
historycznych oraz ich losów, chociaż też niemało w nich przyuczeń, uproszczeń
oraz fantazji. A jakby tak wykorzystać rodzime motywy i krajobrazy? Równie
interesujące, ale nie tak znane lub raczej nie tak rozreklamowane. Jacek Ostrowski
połączył kilka elementów w jednej opowieści gdzie nuda nie gości za to
zaskoczenie, zwroty akcji oraz intrygujące nawiązania do dziejów Polski już jak
najbardziej. Swojskie klimaty okazują się być ciekawym tłem dla tajemniczych
wydarzeń, w jakich odnajdujemy kilka gatunków literackich powiązanych z sobą
nieszablonowo, co gwarantuje zaskakującą lekturę w przenośni i dosłownie
równocześnie. Czytelnicy niejednokrotnie przekonują się, że założenia jakie
poczynili przed momentem szybko mogą stać się nieaktualne. Autor doskonale wie
jak podtrzymać napięcie i oczywiście je stopniować, kiedy dokonać zwrotu akcji
i wcale na tym nie poprzestać. No i pozostają nam jeszcze bohaterowie, jacy
intrygują i wielokrotnie pokazują, że wiele o nich nie wiemy, a spodziewać
powinniśmy się po nich dużo więcej niż jesteśmy w stanie przypuszczać.
Nowość:
„Ostatni upadek”
Magdalena Zimniak
Zamknąć drzwi do przeszłości, odciąć się od tego, co złe i rozpocząć jeszcze raz od nowa. Jednak czy da się w ten sposób postąpić, jeżeli wciąż nachodzą nas wspomnienia i czujemy, że nasze życie to oszustwo? Jak żyć dalej z taką świadomością i równocześnie budować kolejny rozdział na kruchych fundamentach z bólu, lęków i tajemnic?
Kiedy wszystko zaczyna się układać, a wyczekiwana poprawa powoli staje się faktem nadchodzi niespodziewany koniec. Adrianna Leman robi duży krok w swoim życiu, przeprowadzka, macierzyństwo, nowe wyzwania i przede wszystkim wiele wskazuje na to, że przeszłość w końcu zostawiła za sobą. Szczęśliwe zakończenie trudnego etapu nie jest już jedynie nadzieją, a urzeczywistnia się. Zamiast wątpienia w siebie i w swoje osiągnięcia, zadowolenie z małych, codziennych, osiągnięć. Jednak coś poszło Ne tak jak powinno. Na budowie zostaje odkryte ciało kobiety, a jej córeczka zostaje uznana za zaginioną. Co kryje się za śmiercią i gdzie jest dziecko? Skomplikowane życie ofiary dostarcza pewnych tropów, ale czy to właściwy kierunek śledztwa i pomoże w poszukiwaniach? Nadkomisarz Krystyna Farkas zdaje sobie sprawę, że musi jak najszybciej mieć punkt zaczepienia, a wszelkie domniemywania powinny potwierdzić się solidnymi dowodami. Jednak im więcej informacji zdobywa tym trudniejsze wydaje się zadania, jakie ma przed sobą. Gdzie kryje się prawda o Adriannie Leman i okolicznościach jej śmierci? Jaką rolę odegrała przeszłość i jak to wiąże się z zaginięciem córeczki? Czas płynie, a odpowiedzi niewyraźnie rysują się, ale czy okażą się prawdą? Ktoś nie zawahał się gdy decydował o przyszłości młodej matki…
Podobno kiedy rozum śpi budzą się
demony, a jeśli one nigdy nie zasnęły, a jedynie przyczaiły się? Ludzki umysł
kryje niejedno, nie zawsze świadomie, lecz niektórzy potrafią wykorzystać
najbardziej jego destrukcyjne mechanizmy do swoich potrzeb. Lęk przed tym, co
było i radość co dopiero będzie, kontrast doskonale widoczny, a pomiędzy tym
morze wątpliwości, kilka tajemnic, zbrodnia, zaginięcie i bezbronne dziecko.
Magdalena Zimniak nie wybiera łatwych tematów do swoich książek, każdy z
motywów doskonale wypełniłby samodzielnie fabułę, lecz gdy wypełniają jedną
fabułę wysoko ustawiają poprzeczkę twórcy. „Ostatni upadek” pokonuje ją ze
sporym zapasem, ale to dociera do czytelników dopiero dobrą chwile po tym gdy zakończymy
czytać. Dlaczego? Powodów jest wiele, najistotniejsze, to te, iż to nie „tylko”
kryminał, thriller psychologiczny i dramat rodzinny nie tyle w jednym, ile
każdy z tych gatunków wybrzmiewa samodzielnie mając jednocześnie za tło
pozostałe. Oczywiście wszystkie łączą się w opowieści gdzie nie bardzo szybko
dociera do nas, że nie ma co tracić czasu na przypuszczenia, bo i tak autorka w
przysłowiowym najmniej spodziewanym momencie dokona zwrotu akcji. W tej książce
nie ma jakichkolwiek skrótów, omijania niewygodnych elementów, unikania
wnikliwych obserwacji i wygładzania ostrych brzegów. „Ostatni upadek” odsłania
niepokój, lęki, zło i manipulację, lecz również zagubienie, a przede wszystkim
granice, za którymi czai się zło czynione świadomie.
Za możliwość przeczytania książki
Nowość:
„Winda do miłości”
Magdalena Witkiewicz
Alek Rogoziński
Podobno miłość pokona wszystkie
przeszkody. Niestraszna jest jej odległość i czas, ludzie, intrygi, lecz
czasem… czasem bywają takie utrudnienia, jakie nie mieszczą się w zwykłych
kategoriach i nikt oraz nic nie potrafi zdziałać na korzyść uczuć. A może to
jedynie kwestia odpowiedniego momentu i osób?
Klątwa, nie klątwa, lecz na ulicy
Miłosnej nie wszyscy doświadczają tej emocji z jakże uroczej nazwy, zwłaszcza
mieszkańcy jednego z budynków. Co za tym stoi, a może kto? Tego nie wie nikt, jedynie
co pozostaje to domysły, plotki, no i pewne fakty układające się w niepokojącą
całość. Można kpić z klątwy, ale coś chyba jest na rzeczy bo liczba
zdradzonych, zdradzających, opuszczonych i opuszczających jest większa na metr
kwadratowy niż gdziekolwiek indziej. Dodajmy do tego kapryśne instalacje oraz
windę, jakiej działania najlepszy wróż nie przewidzi. Co więc czeka na mieszkańców
w takim miejscu? Z pewnością nie spokój i zwyczajna egzystencja, za to zagadki,
uczuciowe perypetie i próby obejścia przekleństwa albo jego odwrócenia jak najbardziej.
Kamienica przy Miłosnej niejeden sekret skrywa, czyżby nadszedł czas na ich
poznanie? No i jaką rolę odegra w tym kapryśny dźwig osobowy?
Komedia romantyczna z tłem trochę jak
z historii grozy, lecz w końcu odpowiednie tło jedynie podkreśla to, co jest
jej motywem. Duet pisarski Magdaleny Witkowicz i Alka Rogozińskiego gwarantują
doskonałą rozrywkę, niestroniącą od wzruszeń, ciętych dialogów oraz bohaterów,
z których każdy jest więcej niż charakterystyczny. Oczywiście to dopiero wstęp,
a z każdą stroną jest jeszcze ciekawiej i tajemniczo, bo co jak co, ale zagadek
nie brakuje. Naturalnie jest jeszcze tytuł, jaki okazuje się w stu procentach
być adekwatny do kryjącej się za nim opowieści. Wszystko to jednak jedynie
elementy książki, gdzie trudno zgadnąć co jeszcze wydarzy się, gdyż wyobraźnia
autorów jest naprawdę ogromna. Co kryje kamienica przy ulicy Miłosnej? No cóż
dużo więcej niż mieszkańcy i czytelnicy spodziewają się, a sploty okoliczności
mogą przyprawić o gęsią skórkę, wybuchy śmiechu i stanowią niejeden znak
zapytania. Podczas lektury „Windy do miłości” takie słowo jak nuda i monotonia
nie pojawia się, natomiast barwne perypetie a i owszem, nieustannie, raz za
razem. O uczuciach autorzy również nie zapomnieli i pojawiają się one
niespodziewanie orz przynosząc z sobą nową porcję interesujących wątków.
Podobno miłość pokona wszystkie przeszkody. Niestraszna jest jej odległość i czas, ludzie, intrygi, lecz czasem… czasem bywają takie utrudnienia, jakie nie mieszczą się w zwykłych kategoriach i nikt oraz nic nie potrafi zdziałać na korzyść uczuć. A może to jedynie kwestia odpowiedniego momentu i osób?
Klątwa, nie klątwa, lecz na ulicy Miłosnej nie wszyscy doświadczają tej emocji z jakże uroczej nazwy, zwłaszcza mieszkańcy jednego z budynków. Co za tym stoi, a może kto? Tego nie wie nikt, jedynie co pozostaje to domysły, plotki, no i pewne fakty układające się w niepokojącą całość. Można kpić z klątwy, ale coś chyba jest na rzeczy bo liczba zdradzonych, zdradzających, opuszczonych i opuszczających jest większa na metr kwadratowy niż gdziekolwiek indziej. Dodajmy do tego kapryśne instalacje oraz windę, jakiej działania najlepszy wróż nie przewidzi. Co więc czeka na mieszkańców w takim miejscu? Z pewnością nie spokój i zwyczajna egzystencja, za to zagadki, uczuciowe perypetie i próby obejścia przekleństwa albo jego odwrócenia jak najbardziej. Kamienica przy Miłosnej niejeden sekret skrywa, czyżby nadszedł czas na ich poznanie? No i jaką rolę odegra w tym kapryśny dźwig osobowy?
Komedia romantyczna z tłem trochę jak z historii grozy, lecz w końcu odpowiednie tło jedynie podkreśla to, co jest jej motywem. Duet pisarski Magdaleny Witkowicz i Alka Rogozińskiego gwarantują doskonałą rozrywkę, niestroniącą od wzruszeń, ciętych dialogów oraz bohaterów, z których każdy jest więcej niż charakterystyczny. Oczywiście to dopiero wstęp, a z każdą stroną jest jeszcze ciekawiej i tajemniczo, bo co jak co, ale zagadek nie brakuje. Naturalnie jest jeszcze tytuł, jaki okazuje się w stu procentach być adekwatny do kryjącej się za nim opowieści. Wszystko to jednak jedynie elementy książki, gdzie trudno zgadnąć co jeszcze wydarzy się, gdyż wyobraźnia autorów jest naprawdę ogromna. Co kryje kamienica przy ulicy Miłosnej? No cóż dużo więcej niż mieszkańcy i czytelnicy spodziewają się, a sploty okoliczności mogą przyprawić o gęsią skórkę, wybuchy śmiechu i stanowią niejeden znak zapytania. Podczas lektury „Windy do miłości” takie słowo jak nuda i monotonia nie pojawia się, natomiast barwne perypetie a i owszem, nieustannie, raz za razem. O uczuciach autorzy również nie zapomnieli i pojawiają się one niespodziewanie orz przynosząc z sobą nową porcję interesujących wątków.
Nowość:
„Chibineko
– niezwykła restauracja wspomnień”
Yuta Takahashi
Niekiedy strata najbliższej osoby
przychodzi w najmniej spodziewanej chwili, a nawet jeśli wiemy, że czai się
gdzieś za rogiem to i tak nigdy nie ma odpowiedniego momentu na nią. Jak żyć
dalej, kiedy nie ma kogoś, kto do tej pory był tuż obok nas, już nie ma? Gdyby można
było jeszcze raz porozmawiać, spotkać, zobaczyć…
Ktoś był i nagle go nie ma. Jak
poradzić sobie ze stratą, jakiej nie akceptuje się? Kotoko wciąż na nowo
przeżywa moment śmierci brata, nie potrafi pogodzić się z nią, pragnie go znowu
zobaczyć. Mijają kolejne tygodnia, a dziewczyna wciąż zawieszona jest w
przeszłości, a teraźniejszość jest przykrym obowiązkiem wobec rodziny. Ostatnie
o czym myśli to wizyta w restauracji, lecz kiedy pojawia się w umówionym dniu
dostaje szansę, która nie powinna się wydarzyć. Na pytanie „jak to możliwe?” nawet
nie odpowiada sobie i innym, najważniejsze jest to, że spotyka swojego brata. Nie
tylko ona dostaje taką szansę, ale czy wszyscy zobaczą jeszcze najbliższą
osobę, która odeszła? Yoshio tęskni za żoną, dekady spędzone razem wcale nie są
pocieszeniem, kiedy jej już nie przy nim. Jednak dania z restauracji Chibineko
mogą być lekiem na ten ból, dają coś więcej niż wyśmienite potrawy, zaspakajają
głód bliskości i pozwalają nacieszyć się kimś, kto odszedł i kogo brak.
Wystarczy jedynie uwierzyć, lecz czy każdy to potrafi?
Wydawałoby się po opisie, że będzie
to smutna historia lub raczej kilka historii i jedynie ten nastrój będzie
dominował. Oczywiście jest on obecny, ale również stał się punktem wyjścia do bardzo
indywidualnego odczuwania straty, podszytego gniewem, bólem, wspomnieniami. To
są pierwsze wrażenia, wstęp do głębszej analizy emocji, lecz bez wielkich słów,
za to z osobistymi detalami zahaczającymi o codzienność, bo w niej ukryta jest
bliskość. Bohaterowie są w różnym wieku i momencie życia, lecz łączy ich pragnienie
ponownego spotkania z bliską osobą. Niemożliwe życzenie do urzeczywistnienia i
tutaj właśnie swoją rolę odgrywa tytułowa restauracja. Czy to jeszcze jawa czy
też sen? Tego nikt nie wie, co innego jest istotne oraz kolejne wydarzenia,
będące pokłosiem. Tam gdzie kończy się żal, chociaż smutek wciąż pozostaje, ale
już innego rodzaju, zaczyna się kolejny rozdział, równocześnie nowy i będący
pokłosiem straty. Rzeczywistość i lekka mgła oniryzmu doskonale współgrają i
nie jest to jedynie wynik osadzenia fabuły w japońskiej kulturze. Autor stworzył
uniwersalną i ponadczasową opowieść, podzieloną na kilka bohaterów, swoista
powieść szkatułkowa, niosąca ogromny ładunek emocjonalny niedużej objętości
słów, gdzie każde zdanie ma swoje znaczenie. Śmierć i żałoba nie zawsze
przeżywane są tak samo, każdy z nas doświadcza ich na własny sposób, jednak
niektórzy pisarze potrafią oddać niuanse wspólne dla nas wszystkich. Zamiast
epickich i wzniosłych haseł w „Chibineko – niezwykła restauracja wspomnień” na
pierwszym miejscu są ludzie, żyjący i ci, jacy odeszli, oraz więzi ich łączące.
Yuta Takahashi pokazuje pokonywaną drogę od straty, bólu, braku ukochanej osoby
po moment kiedy stawia się czoło temu wszystkiemu i pozwala się na zamknięcie
pewnego rozdziału i otwarcie kolejnego ze świadomością, że pomimo tego, iż
zostaliśmy sami to nie jesteśmy samotni.
Przedmierowo:
„Wściekły”
Maciej Kaźmierczak
Pewne miejsca skupia pają jak w
soczewce nie światło a mrok. Nie wszyscy to widzą, lecz wielu wyczuwa, jednak
zbyt często brak odważnego, który przeciąłby zmowę milczenia, nawet tę
niepisaną. Po prostu nie kala się własnego gniazda, aż do momentu, kiedy ktoś
mówi dość i zaczyna odsłaniać brudne sekrety, nie patrząc na cenę, jaką
przyjdzie nie tylku mu zapłacić.
Jedno ciało może być przypadkiem, ale
już dwa wskazują na coś więcej niż zwykłe zabójstwa, jeżeli w ogóle tak można
powiedzieć w tak zbrodniczym kontekście. Jeżeli do tego doda się ślady w
postaci cyfr pozostawionych na skórze denatów to już wiadomo, że nie koniec, a
początek. Teodor Okrutny chciałby się mylić, lecz dowody jasno wskazują, z czym
ma do czynienia. Seryjny morderca. W innych okolicznościach zdziwienie
policjanta mogłoby być większe, jednak do takiego punktu na mapie jak Skraj jakoś
to pasuje. Nawet okoliczności zdają się wpisywać w lokalne środowisko. Ofiary
zostały przebite tak jakby ktoś zabijał wampiry. Ktoś urządził sobie polowanie
i nie jest to stwierdzenie na wyrost. Jakby tego mało również w życiu prywatnym
aspiranta nie ma spokoju, a to już wznieca płomień gniewu lub raczej
wściekłości oraz pragnienie zemsty. Jedno z drugim nie zapowiada śledztwa aż
nadto zgodnego z procedurami. Skraj wyzwala w ludziach najczęściej to, co
najgorsze, ale tym razem Okrutny zamierza wymierzyć sprawiedliwą karę, czy
zgodną z prawem? Z pewnością z jego sumieniem! Nikt kto stoi za tymi zbrodniami
nie powinien czuć się bezpiecznie, ale czy zbrodniarz powiedział ostatnie
słowo?
Prawda bywa sekretem, jest także niewygodna, zbyt często wcale nie wyzwala i bywa niejednokrotnie zmanipulowana. Skraj jest miejscem spowitym mrokiem, zdającym oblepiać wszystko i prawie wszystkich, gdzie zło jakoś zdaje się być akceptowalne, oczywiście dopóki nie będzie zbyt widoczne lub nie znajdzie się ten jeden człowiek, który wyłamie się z ogólnie przyjętych zasad. Taki klimat aż się prosi by stać się świadkiem kolejnych zbrodni i Maciej Kaźmierczak doskonale wpisuje je w tło oraz splata z bohaterami. Wyczuwalna sieć zdaje się oplatać każdego, kto przekroczy granice miasta, a śmierć tak jakby wpisywała się w lokalny koloryt. Autor nie oferuje czytelnikom jednej zagadki, zamiast niej jest cały ciąg znaków zapytania, owianych jeszcze mgłą tajemnic, kłamstw sprzed lat i całkiem świeżych. W takim entourage`u zło może zostać zatarte, jednak we „Wściekłym” jest wyraźne i nie daje o sobie zapomnieć oraz odczuwalne. Nawet więcej jest spodziewane, lecz i tak swoją siłą wprawia w zdumienie. Czy w takich okolicznościach sprawiedliwość jest prosta i oczywista? Nie, zawiera w sobie gniew i chęć zemsty, dotkliwej. Pozostaje jeszcze prawo, w końcu ono jest jedną z podstaw śledztwa, lecz czy w Skraju nie nabierze całkiem innego wymiaru?
Nowość:
„Mieszko. W ogniu pomsty”
Daniel Komorowski
Kto jest przyjacielem, a kto wrogiem?
Czy ten zawsze wierny stojący u boku może zdradzić? A ci, będący nie tak dawno
przeciwnikami mogą stać się sojusznikami? Pomsta na tych, którzy nie
podporządkowali się prawowitemu władcy zdaje się nie mieć końca, przelana krew
naznaczyła niejedno pole bitwy. Jak długo jeszcze trzeba będzie mieć miecze w
pogotowiu?
Zdobycie władzy to jedno, ale jej
utrzymanie to już dużo trudniejsza sztuka, zwłaszcza, jeśli wokoło niemało jest
mało przychylnych osób. Walka o tron jeszcze nie skończyła się, ona właśnie wchodzi
w decydującą fazę. Teraz każdy krok oznacza większe ryzyko, a kniaź Mieszko zawsze
jest w samym centrum bitewnej wrzawy. Ile jeszcze będzie musiał udowadniać, iż
jest godnym następcą swojego ojca i co istotniejsze prawowitym? Zbyt wielu
marzy by być na jego miejscu i nie cofną się przez zdradą by osiągnąć swój cel.
Jednak najbardziej trzeba się bać tych, którzy jedną rękę wyciągają na zgodę, a
w drugiej dzierżą nóż i planują skrytobójczy cios. Kto okaże się wrogiem za maską przyjaciela? A może zdrajca jest
dużo bliżej niż ktokolwiek spodziewa się i już wdrożył niecny plan w życie?
Uderzyć w najsłabszy punkt i sycić oczy bólem i męką wcale nie jest tak trudno,
ale czy równie łatwo będzie patrzeć jak ogień pomsty dosięga sprawcę? Bez
litości, bez prawa łaski, kara surowa, lecz czy wynagrodzi wyrządzone zło? A w
tle wielka polityka i trudne wybory jakich Mieszkowi nie oszczędzi ktoś, kogo
nie podejrzewałby nigdy…
Jak ożywić zamierzchłe dzieje, okryte
mgłą minionego tysiąca lat, w jakiej wiele jest domysłów, hipotez, a fakty nie
zapełniły jeszcze wszystkich białych plam? Widowiskowo, ale bez pomnikowości,
spiżu i pompatycznych słów, za to z barwnie i obrazowymi scenami? Ożywienie
legendy wcale nie jest prostym zadaniem, lecz jeśli jako kanwę wykorzysta się
znaną historię i wplecie się w nią fabularne wątki to znane postacie ze stron
podręcznika okazują nadzwyczaj interesujące. Daniel Komorowski w sadze o
Mieszku nie tyle udowadnia, co po prostu przedstawia ciekawą postać historyczną
od strony, o jakiej często zapominamy. Zamiast szacownego protoplasty rodu jest
książę, pierworodny, wyklęty syn i w końcu kniaź. Do tego intrygi dynastyczno-polityczne,
pragnienie władzy oraz postawania zrębów państwowości i to wszystko okraszone sporą
dawką akcji. Jako tło nieprzebyte puszcze i drewniane grodziska żupanów oraz
oczywiście Gniezno, gdzie niejedno zdarzenie miało swój początek i zapisało się
w dziejowych annałach. „Mieszko w ogniu pomsty” to najnowsza odsłona niezwykłej
sagi, w której splata się prawda historyczna z niezwykle bogatą wyobraźnią
autora, a w efekcie końcowym czytelnicy otrzymują opowieść, która czyta się bez
zbędnych przerw od pierwszej do ostatniej strony. A zakończenie staje się
punktem wyjścia dla nowej odsłony dalszych losów kniazia Mieszka i jego
księstwa.
Przedpremierowo:
„Orkiestra szaleńca. Największe
kurioza w historii muzyki”
Edward Brooke – Hitching
Podobno gdy odrzuca się niemożliwe to,
co pozostaje musi być prawdą nawet jeśli wydaje się nieprawdopodobne. No cóż
czasem ta cała reszta i tak jest nie do uwierzenia, a jej źródło jest jedno.
Ludzka wyobraźnia przecież nie zna granic i muzyka również podlega tej
zasadzie.
Kilkanaście rozdziałów interesująco
zatytułowanych, ponad dwieście stron niecodziennych informacji, wiele ciekawych
ilustracji. W telegraficznym skrócie, jaki nie oddaje nawet w małym procencie
tego, co zawiera „Orkiestra szaleńca. Największe kurioza w historii muzyki”.
Lekturę można rozpocząć od pierwszych stron i sumiennie kontynuować kartkę po
kartce lub wybierać intrygujące części, chociaż mówiąc szczerze to opcja numer
dwa i tak skończy się tym, iż nie oprzemy się zaciekawieniu by zapoznać się od
razu z całością. Jedno jest pewna ta książka jest nie tylko dla fanów muzyka,
bez względu na gatunek, lecz dla każdego, kto lubi mało znaną wiedzę lub też
taką, wydającą się całkowitą nieprawdą. Jednak okazuje się, że świat muzyki
kryje wiele niezwykłych osobliwości, niekiedy ukrytych gdzieś w dziejowych
annałach albo o jakich nie wspomina się przy okazji oficjalnych biografii.
Spojrzenie na świat dźwięków z różnorodnych perspektyw i odszukanie w nim tego,
o czym zapomniano, co zaginęło lub też celowo ukryto odsłania nowe oblicza
znanej tematyki. Trzeba przyznać, że autor podszedł do muzycznej sfery w
szerokim ujęciu i nie zapomniał o detalach, również pod względem wizualnym. Ilustracje
stanowią doskonałe uzupełnienie słów, są nie tyle wyłącznie dodatkiem albo też
ozdobnikiem, a bardziej integralną częścią książki. Okazuje się, że tytuł nie
jest ani na wyrost, a ni tym bardziej nieadekwatny do tego treści, wprost
przeciwnie i stanowi doskonały wstęp do tego, czeka na nas podczas czytania lub
raczej poznawania innej twarzy muzyki.
Nowość:
„Przez milion burz”
Agata Czykierda - Grabowska
Czasem trudno dostrzec przysłowiowe
światełko w tunelu, a problemy pojawiają się w parach, czyli para za parą. Jak
się ich pozbyć jeśli wydaje się, że nie ma na to szansy? Może zostawić je i po
prostu znaleźć dla siebie inne miejsce, chociaż na trochę?
Dom dziadków kojarzył się Martynie z wakacjami, szczęściem, rodzinnym ciepłem. Teraz znalazła się w takiej sytuacji, w której potrzebuje przynajmniej namiastki spokoju i przede wszystkim oderwania się od kłopotów. Jednak nic nie przychodzi łatwo, starcie z nietoperzem nie zapowiada poprawy losu, a spotkanie kogoś, kto pozostawił po sobie słodko-gorzkie wspomnienia przypomina o przeszłości. To jeszcze nie wszystko, bo okazuje się, że stary dom kryje pewną tajemnicę, mogącą mieć coś wspólnego z ostatnimi niepokojącymi wydarzeniami. Spokój podobno jest przereklamowany, lecz niekiedy człowiek wiele by dał, by zdobyć ten jakże deficytowy stan ducha. Może obecność Huberta przyniesie więcej optymizmu i coś, czego obydwoje niespodziewaną się? Kiedyś dobrze im się rozmawiało i cenili sobie swoje towarzystwo. Nie widzieli się od lat, czyżby druga szansa rysowała się przed nimi? Ale czy tak łatwo pozbyć się problemów, zwłaszcza iż pewne sekrety przypominają o sobie?
Czasem nie
potrzeba dużo, wystarczy dobra książka z historią, która wywoła uśmiech na
ustach, nutę niepokoju i spowoduje, że będziemy trzymać kciuki za bohaterów.
Nie ze skomplikowanymi wątkami, ale taką trochę codzienna i równocześnie wcale
nie do końca zwyczajna. Po prostu taka, trafiająca do nas bez zbędnych pytań, z
kategorii tych, przy jakich odpoczywamy, ładujemy baterie i po prostu
uśmiechamy się do samych siebie i postaci. Ile razy uciekamy w przysłowiowe
Bieszczady, gdy jest nam źle? Raczej wybieramy dom, miejsce gdzie czujemy się
bezpiecznie oraz możemy być sobą i właśnie "Przez milion burz" daje
czytelnikom podobny komfort, lecz i dostarcza emocji. Agata Czykierda –
Grabowska oddała w ręce czytelników historię, gdzie niejednokrotnie śmieją się
na głos, a zaraz potem dostrzegają, że od wesołej atmosfery do problemów wcale
droga nie jest aż daleka jak mogłoby się wydawać. Dorzućmy do tego jeszcze
zdarzenia z przeszłości oraz teraźniejszość, w jakiej zaczyna być słychać echa
tej pierwszej i otrzymamy opowieść, która nie z pewnością nie pozostawia nas
obojętnych. A co z bohaterami? Oni stanowią centrum fabuły i ani na moment nie
tracimy ich z oczu oraz dla nich pochłaniamy kolejne strony. Towarzyszymy im w
lepszych i gorszych momentach, sprawiają, że uśmiechamy się lub wprost śmiejemy
się głośno oraz kibicujemy w rozterkach,
które towarzyszą ich wyborach.
Za możliwość przeczytania