wtorek, 18 września 2018

Gdzie śmierć mówi dobranoc


„Miasteczko Surrender”
Caleb Carr

Zbrodnia ma wiele twarzy, tak samo jak i masek pod jakimi się kryje. Czasem jest trudno ją dostrzec, a czasem wprost przeciwnie, ale i tak bywa lekceważona. Podobno nie ma idealnej, chociaż zdarza się, że odpowiedzialni unikają sprawiedliwej kary, natomiast jest ona wymierzana jedynie tym, którzy od samego początku byli przewidziani do tej roli. Jednak niekiedy udaje się wbrew wszystkim i wszystkiemu odkryć prawdę i co równie ważnie ujawnić ją.

Tych dwoje w ogóle nie powinno brać udziału w śledztwie, nawet zainteresowanie się nim jest przekroczeniem granic, lecz czy można przejść obojętnie jeśli widzi się tak jawnie partaczenie sprawy? Doktor Trajan Jones i jego współpracownik Mike Li nie należą do osób, które na pierwszym miejscu kierują się instynktem samozachowawczym. Gdyby tak było nie zbadali by miejsca zabójstwa i nie zagłębili się w jego niuanse, a następnie nie zrobiliby tego ponownie. Próbują trzymać się z boku, ale jakoś im to nie wychodzi, ich teoria niebezpiecznie zbliża się do prawdy, im więcej szczegółów pasuje do tej zabójczej układanki tym bardziej zagęszcza się sieć kłamstw, niedomówień i przede wszystkim brutalnych faktów. Te ostatnie zdają się nie przemawiać do odpowiedzialnych za oficjalne dochodzenie, chociaż coraz trudniej jest tuszować to co dzieje się w okolicach Surrender. Jones i Li nie zrażają się oporem ze strony władz, wciąż szukają dowodów na poparcie swojej teorii, ale komuś nie podoba się ich działalność i przekazuje to w mocno odczuwalny sposób. Niewygodny tok myślenia Trajana i Mike`a sprowadza nie tylko na nich zagrożenie, ale czy to może powstrzymać ten duet przed szukaniem rozwiązania i przede wszystkim odpowiedzialnych za to dzieje się wokół nich? W końcu już i tak zaryzykowali dużo, więc co mają do stracenia?  

Współcześni autorzy kryminałów nie tak często sięgają w swoich książkach po wątki, mające swe źródła w tradycyjnych metodach śledczych czyli opartych na błyskotliwych umysłach detektywów. Caleb Carr skorzystał z takiego schematu i jego „Miasteczko Surrender” zyskało na tym ogromnie. Historia wyróżnia się pod wieloma względami na tle innych powieści tego gatunku. Autor zadbał o klimat, drobiazgowo oddał atmosferę Stanów Zjednoczonych, ale nie w wielkich metropoliach, lecz małych miasteczkach, gdzie postindustrialny charakter  zderzył się z kryzysem sprzed kilku lat burząc społeczne zasady oraz niszcząc dotychczasową egzystencję ogromnej rzeszy Amerykanów. W takich warunkach zbrodnia mogłaby wydawać się niczym szczególnym, jednak ma ona całkiem inny wymiar niż początkowo czytelnik przypuszcza. Zresztą takich niespodzianek jest cały szereg, co nie jest niczym dziwnym gdyż „Miasteczko Surrender” ma wiele warstw lub raczej jest prawdziwym kryminalno-społecznym labiryntem, w jakim nie raz i nie dwa zabłądzimy. Caleb Carr podsuwa tropy, skłania do przypuszczeń, by po chwili obalić nasze teorie, bohaterowie skądinąd również borykają się z tą kwestią. W fabule nie ma nic oczywistego, a napięcie nie tyle jest budowane co odczuwalne na wysokim poziomie przez całą książkę. Pisarz wyposażył swoje postacie w intrygujące charaktery oraz dorównującą im przeszłość i umiejętnie wykorzystał to w prowadzonym przez nich dochodzeniu. To ostatnie opiera się nie na technice i technologii, one stanowią jedynie drugi i trzeci plan, lecz na inteligencji, doświadczeniu i przede wszystkim na ciągłym szukaniu prawdy przez bohaterów. „Miasteczko Surrender” wymaga od czytelnika ciągłej gotowości do kojarzenie szczegółów, porównywaniu informacji oraz śledzenia postępów czynionych przez niecodzienny zespół dochodzeniowy. Caleb Carr dołożył starań by oddać tę część rzeczywistości, która rzadko kiedy jest dostrzegana, oraz wykluczonych z „amerykańskiego snu”, na pierwszym miejscu postawił ludzi, tak od strony ofiar jak i zbrodniarzy, a także samych śledczych. 





Za możliwość przeczytania książki
 dziękuję 
wyd. Rebis