czwartek, 7 maja 2026

Tam, gdzie diabeł mówi dzień dobry

Nowość:

„Mamuna”

Krystian Stolarz

 

Mur milczenia i pogodzenie się z tym, co wydarzyło się. Czy ktoś odważy wyłamać się z tego schematu? Małe społeczności nie lubią, gdy ktokolwiek zaczyna się nimi interesować oraz ingerować w sprawy, o których nie mówi się głośno. Jednak czasem to jedyna droga do prawdy, jakakolwiek by nie była.

Nawidów jest jednym z tych punktów na mapie, jakie rzadko, kto zauważa, a ich mieszkańcy są z tego zadowoleni, chociaż właściwiej byłoby powiedzieć pogodzeni. Co w takim prowincjonalnym miejscu będzie miał do roboty komisarz Sokół? Wyzwań dla siebie raczej nie znajdzie, bo i jakie mogą one być? No cóż jak zawsze pozory mogą mylić, podobnie zresztą jak i pierwsze wrażenie. Tutaj większość jest po przejściach i z przeszłością, tyczy się to również jego podwładnych w komisariacie. Zło ma się tu dobrze, zwłaszcza, iż ma doskonałą przykrywkę, tłumaczącą wszystko i wszystkich. Legendy, dokładnie rzecz mówiąc słowiańską Mamunę, ona ma stać za mroczną stroną Nawidowa. Czy Sokół uwierzy w taką wersję rzeczywistości? Długo była wygodna, stanowiła też doskonałą wymówkę dla dramatycznych zdarzeń. Tyle, że nowy komendant miejscowego posterunku właśnie zaczyna podkopywać mur milczenia, chroniący zbrodniarza. Obcych tutaj nie lubią, oni są poza nawiasem społeczności, silnie związanej strachem, kłamstwami i zbrodnią… Czy uda się poznać prawdę, jaka by ona nie była?

Hermetyczna społeczność. Obcy. Zaginięcia dzieci. Śledztwo, które ma rozbić mur milczenia i strachu. W tej historii lęk miesza się ze słowiańskimi mitami, a prawdy zdaje się, że nikt nie chce poznać. To z pewnością nie jest prosta zagadka kryminalna i od początku czytelnicy są tego świadomi. Tak samo jak i tego, iż właśnie ktoś rzuca wyzwanie status quo, jakie ma bardzo głębokie i rozłożyste korzenie. Kto kryje się za tytułową „Mamuną”? Droga do tej informacji jest długa, kręta i przede wszystkim pełna detali, znaczących, lecz dostrzeganych przez nielicznych. Z kolejnymi stronami i rozdziałami zagłębiamy się w historię gdzie współczesność splata się z legendami w hermetycznej społeczności, w jakiej obcym nie mówi się nic. Tajemnica okazuje się mieć więcej warstw niż czytający mogli początkowo przypuszczać, równocześnie są one częścią większej całości i samodzielnymi bytami. Każdy z nich to osobna zagadka, jakiej wyjaśnienie rozjaśnia odrobinę mrok, w której skrywa się tytułowa Mamuna, legenda i rzeczywistość, istniejące równolegle i przenikające się. Policyjne śledztwo skupia się na faktach, lecz towarzyszące mu nastroje mieszkańców oraz atmosfera w lokalnym komisariacie nie da się i nie powinno się od nich oddzielać. Czasem tam gdzie zawodzi logika trzeba sięgnąć do tego, co podpowiada intuicja. Krystian Stolarz konfrontuje czytelników z kryminałem, w jakim niepokój jest stałym elementem, sekrety to zwykły element codzienności, a lokalna wspólnota nie wzbudza zaufania, lecz zarazem wydaje się być uwięziona w pajęczynie zła, z której nie potrafi lub też nie chce się wydostać.


                                     Za możliwość przeczytania

 książki 

dziękuję:



niedziela, 3 maja 2026

Koniec i początek

Nowość:

„Cymanowski Młyn”

Magdalena Witkiewicz

Stefan Darda

Czasem nim będzie lepiej jest o wiele gorzej. Czy zło zostawia ślad na tych, którzy je przetrwali? Najtrudniej jest zostawić za sobą przeszłość i nie pozwolić by rzucała cień na przyszłość, ale nie każdemu jest to dane.

 

Spokojna agroturystyka w jesiennym sezonie powinna być odpowiednia na urlop dla małżeństwa, na co dzień żyjącego w biegu i coraz bardziej oddalającego się. Czy ten pomysł ma szansę na powodzenie? Monika i Maciej mają okazję by się o tym przekonać, sami pewnie nie wybraliby tego miejsca, ale co szkodzi skorzystać z tajemniczego zaproszenia? Z daleka od codzienności mogą odbudować swój związek. Wydaje się, że ten wyjazd okaże się punktem zwrotnym w ich życiu, ale jak bardzo tego jeszcze nie wiedzą. Las wokoło skrywa niejeden sekret, zresztą nie jedynie on, chociaż na pierwszy rzut oka to spokojna okolica, z życzliwym właścicielem urokliwego pensjonatu. Jednak coś mrocznego wsącza się niedostrzegalnie. Jakieś złudzenia, podobieństwa do tego, co już było, tak jakby jakiś niezakończone sprawy dawały o sobie znać, ale to przecież niemożliwe… Może nie wszystko jest takie jak powinno być? Zło nawet po latach odbija się echem, niektóre miejsca są przysłowiową puszką Pandory i czekają tylko aż ktoś ją otworzy, niekiedy całkowicie nieświadomie…

 

Gdzie kończy się thriller, a zaczyna groza? Może dwa gatunki w jednym? Z pewnością „Cymanowski Młyn” wymyka się prostym podziałom. Niejedna granica zaciera się w tej historii i kilka tych nieprzekraczalnych zostaje przekroczonych. Początek nie sugeruje niczego, co wydarzy się później, chociaż gdy już poznamy całość to dostrzegamy lub tak nam się wydaje pierwsze mroczne cienie. Jednak kluczem do wszystkiego jest tu tajemnica, a raczej ich liczba mnoga. Od niej zaczyna się i jej ślady odczuwalne są również na końcu. Niejedne oblicze mają i nikt nie jest on od nich wolny, stają się także podstawą wątków. Mroczny klimat narasta z każdym kolejnym sekretem i poznanymi detalami wcześniejszych. Nikt i nic nie przygotowuje czytelników na to, co z sobą niosą i jaki będzie ich wpływ na bohaterów. W pewnym momencie, nieprzypadkowym, to, co już miało miejsce zazębia się z teraźniejszymi wydarzeniami, tworząc oczywiście nowe tajemnice. Coraz szybciej zaczyna się nakręcać spirala niepokoju, kłamstw i zatajania prawdy, czy osiągnie punkt krytyczny? W przypadku tej opowieści odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczne. Czasem maski nie opadają całkowicie albo też zakładane są nowe. „Cymanowski Młyn” łączy w sobie przeszłość z przyszłością, a to, co dzieje się na naszych oczach jest korytarzem z drzwiami do nich, których nie da się zamknąć do końca. Czy da się rozpocząć coś nowego na fundamentach stworzonych rzez złe decyzje? A może czasami da się zło wykorzystać do zbudowania drogi, wiodącej do dobra?

                                        Za możliwość przeczytania książki

książki 

dziękuję:


piątek, 1 maja 2026

Prawda i krew

Nowość:

„Zatruta krew”

Marta Reich

 

Pozory mogą ukryć naprawdę dużo, zwłaszcza jeśli komuś zależy by prawda nie wyszła jaw. Jej iluzja bywa realniejsza od rzeczywistości i na pierwszy rzut oka wszystko się w niej zgadza. Pod jednym warunkiem wszakże warunkiem, że ktoś nie przyjrzy się wszystkiemu z bliska i nikt nie zada sobie trudu by sprawdzić fakty.

 

Tej tragedii nic nie zapowiadało. Wprost przeciwnie wszyscy byli pewni, że to prawdziwa bajka, taka współczesna, gdzie dwoje młodych ludzi darzy się uczuciem, zakłada rodzinę i potem już pozostaje „i żyli długo oraz szczęśliwie”. Jednak czy naprawdę tak było? W grudniowy poranek lekarka pogotowia ratunkowego stwierdza śmierć Małgosi, nagłą, w domu, bez wyraźnej przyczyny. Dramatyczny splot okoliczności i nic więcej, rzadko, lecz zdarza się, chociaż czy na pewno? Bartek obudził się obok martwej żony, niczego nie zauważył, nie było żadnego znaku ostrzegawczego, zresztą zauważyłby go bez trudu, jako ratownik medyczny i student medycyny. Niestety nie tym razem, tak bywa czasami, ale rodzina zmarłej ma pytania i nie chce zadowolić się odpowiedziami, które jej udziela się. Pierwsze rysy na idealnym portrecie rodzinnym czy po prostu ból po stracie córki? Prokurator i lekarka nie zadawalają się tym, co mówią wszyscy i szukają prawdy, rzeczywistej, a nie tej, w jaką wierzy większość. Co wydarzyło się w spokojnym domu na przedmieściach w małżeństwie jak z reklamowego obrazka?

 

Pozory i prawda. To pierwsze zręczne, przemyślane i wiarygodne, natomiast czy drugie jest takie jak wygląda? Łatwo można skrzywdzić kogoś posądzeniami, jakie nie mają pokrycia w rzeczywistości, natomiast pozostawienie tego, co wzbudza podejrzenia bez weryfikacji może okazać się ogromnym błędem. Dylemat trudny do rozstrzygnięcia, a do tego dochodzi jeszcze aspekt moralny i czasem także kryminalny, co jeszcze komplikuje już i tak niełatwą sytuację. „Zatruta krew” inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami, gdzie właśnie między inny takie wątki są poruszane, ale to wstęp do skomplikowanej historii, w której wyrachowanie i złudne poczucie bezpieczeństwa są na pierwszym planie. Tym bardziej uderza myśl, iż akcja książki sięga do tego, co realnie miało miejsce. Sfabularyzować taką historię oznacza skonfrontować z sobą dwie różne perspektywy i równocześnie pokazać kulisy, lecz nie w dokumentalnej formie z podziałem na czerń i biel, a z wszystkimi niuansami oraz całym wachlarzem emocji od pewności, poprzez zawahanie się, aż do dojścia do prawdy. Do tego dodajmy ogrom detali składających się na drugi i trzeci plan, oddanie głosu bohaterom, nie wymyślonych, lecz mających odbicie w rzeczywistości. Marta Reich każdy z tych elementów wprowadziła do fabuły i jednocześnie uzupełniła znakomicie wszelkie luki. Czytelnicy podczas lektury konfrontowani są z faktami, ale nie suchymi albo kolejnymi stronami policyjnych akt, a z wydarzeniami, w których widać ich wielowarstwowość i przede wszystkim ludzkim czynnikiem. To on jest w centrum kryminalnego śledztwa, sięgającego osobistych doświadczeń, które nie pozostają bez znaczenia, w końcu niekiedy jedynie upór człowieka prowadzi do poznania prawdy. Ona nie zawsze jest widoczna, czasem potrzebna jest determinacja by dostrzegli ją inni...     


                                    Za możliwość przeczytania

 książki 

dziękuję:





                      

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Zbrodnicza sztuka

Nowość:

„Malarz”

Piotr Chomczyński

 

Misterna intryga obliczona na efekt bywa bardziej zdradziecka niż się zdaje. Przekaz, jaki za nią kryje się, nie jest zauważalny dla wszystkich. Nieliczni widzą to, co zostało przebiegle ukryte jednocześnie na oczach i przed nimi.

 

Kunszt i zbrodnia wydają się być połączeniem nie na miejscu. Jednak w najnowszym dochodzeniu, w przebieg, którego zaangażował się Marcin Koch, jedno i drugie występuje równocześnie. Morderca rozgrywa jedynie sobie znaną grę z pełną bezwzględnością. Jeśli liczył, że zrobi wrażenia na policjantach to efekt z pewnością osiągnął, lecz wzbudził w nich nie podziw, a pragnienie jak najszybszego ujęcia go. Jednak nie tak łatwo odgadnąć, co kryje się za zbrodniczą zagadką, nawet pomoc kryminologa może być niewystarczająca. Ktoś jeszcze mógłby wspomóc swoją wiedzą śledczych, lecz czy warto sięgnąć po jego pomoc? Na to pytanie Koch musi odpowiedzieć sobie sam, cena nie będzie niska, ale stawka jest równie wysoka. Mrocznego klimatu obrazów Beksińskiego nie da się tak łatwo wymazać z pamięci i nie tylko z niej. Komuś zależy na tym, by Marcin nie pozostał obojętny na to, co widzi. Czy zagrożenie ma więcej twarzy niż myślą wszyscy zaangażowani w tę sprawę? Wielka sztuka wpływa na odbiorców, tym razem w sposób, jakiego nikt lub raczej prawie nikt nie brał pod uwagę…

 

Nieprzypadkowość. Detale. Śledcza intuicja. Malarstwo. Najnowsza książka Piotra Chomczyńskiego to dużo więcej niż bardzo dobry rasowy kryminał. Od pierwszych do ostatnich stron naprawdę mocny i to pod każdym względem czyli zbrodni, bohaterów, zwrotów akcji oraz oczywiście samej akcji. Wszystkie elementy gatunku wyostrzone są tutaj do granic, od samego początku czytelnik wyczuwa, że dosłownie wszystko ma tutaj znaczenie, prędzej czy później uzupełni morderczą szaradę lub jej fragment. Na wstępie również dostrzegamy, że przed nami dochodzenie, lecz prowadzone i widziane z perspektywy nie policjanta, ale kogoś, kto stoi pomiędzy teorią oraz praktyką, wykorzystując jedno i drugie. Co więcej strona zawodowa i osobista splatają się w pełne napięcia śledztwo. Pozostaje jeszcze ciemna strona sztuki, przerażająca tym, do czego została użyta i równocześnie nawiązująca do największych dzieł malarstwa. Czytający wraz z postaciami wchodzą w świat, gdzie nic nie jest takie jakie wydaje się, lecz by to dostrzec wpierw trzeba zauważyć najmroczniejszy punkt. „Malarz” jest historią gdzie w jednej zagadce kryje się następna, a w niej kolejna i na tym jeszcze nie koniec. Prawdziwy kryminalny majstersztyk, gdzie zbrodnia i sztuka tworzą wspólny motyw, przekładający się na wielowarstwowe wątki, w jakich łączą się dwa kontrastowe tematy, a spoiwem są bohaterowie oraz ich przeszłość.


                                      Za możliwość przeczytania

 książki 

dziękuję:


 

sobota, 25 kwietnia 2026

Dziedziczka

Nowość:

„Siedem obrączek”

Nora Roberts

 

Słowa mają moc. Raz rzucone w przestrzeń niekiedy trwają w czasie i rzucają cień na kolejne pokolenia. Nie każdy wie o ich istnieniu, lecz skutki bywają już odczuwalne. Takie dziedzictwo bywa nie tylko kłopotliwe, ale stanowi zagrożenie dla przyszłości dopóki ktoś nie przerwie zaklętego kręgu dawnej klątwy.

 

Od wieków rodowa siedziba Poole`ów zmaga się z rzuconą klątwą. W dniu, jaki powinien być najszczęśliwszy dla nowej mieszkanki tego domu zostaje zamordowana, a z jej palca znika dopiero co nałożona obrączka. Nie takiego spadku spodziewała się Sonya MacTvish, ale wbrew pozorom przyjęła go ze wszystkimi blaskami oraz cieniami i nie zamierza poddać się. Jej plan jest prosty, zamierza przełamać rzuconą klątwę i oczywiście zadomowić się w miejscu, jakie pozwoliło młodej kobiecie rozpocząć nowy rozdział w życiu. W kolejnych dniach, tygodniach i miesiącach odkrywa sekrety, jakie kryje niezwykły budynek, którego jest teraz właścicielką. Smutne, radosne, intrygujące i niebezpieczne tajemnice ujawniają fragmenty niezwykłej prawdy, nie ma w niej prostych odpowiedzi na pytania Sonyi, a od ich poznania zależy tak dużo. Nadchodzi moment finalnego pojedynku z tym, co od stuleci zagraża Poole`om, ostatnia nadzieja w tej, która przyjęła trudną spuściznę i rzuciła wyzwaniu złu, roszczącemu sobie prawa do tego, co nie jego. Kto zwycięży w tej rozgrywce, gdzie stawką jest wszystko co było, jest i będzie?

 

Finał trylogii, w jakiej jest groza, nawiedzona rezydencja z widokiem na ocean i las, wiedźma oraz oczywiście śmiertelna klątwa. Kategoria czytania z tych jeszcze jeden rozdział, chociaż z góry było wiadome, że i tak będzie przeczytane od razu do końca, dawkowanie lektury dopiero może przy drugim czytaniu. No i oczywiście opowieść gdzie koniec przewidzimy, lecz wszystko po drodze będzie niespodzianką, a i sam finał będzie z tych spod szyldu Grande finale. Kilkaset stron, gdzie dzieje się naprawdę dużo, jednak zawsze czujemy siłę przyjaźni, rodzinnych więzi, jakie sięgają głęboko w czas i nabierają wraz z nim mocy oraz widzimy jak istotne mogą być korzenie, nawet jeśli nie jesteśmy ich świadomi. „Siedem obrączek” dało mi wszystko to, czego zawsze spodziewam się po książkach Nory Roberts i dużo więcej, bo poziom napięcia, intrygujących zwrotów akcji oraz zagadek na tle naprawdę plastycznie oddanego drugiego planu robi ogromne wrażenie. Autorka doskonale wie kiedy wyciszyć emocje, dać czytelnikowi oraz bohaterom chwilę na złapanie oddechu i rozrywkę, by zaraz potem uderzyć niespodziewanie. Poprzednie części odsłaniały kolejne części przeklętej układanki, a granica pomiędzy tym, co wydarzyło się, dzieje się i być może będzie miało miejsce bywa w tej historii płynna, tak samo jak i rzeczywistość czasem trochę oniryczna. To wszystko w sumie daje książki, których akcję śledzimy z zainteresowaniem i nieustannym pytaniem co jeszcze ujrzymy. „Siedem obrączek” to finałowy tom, w którym widać jaką podróż pokonali bohaterowie i jak się podczas niej zmienili, ale przede wszystkim zamknięcie drzwi do mrocznej części dziejów i otwarcie kolejnych, do przyszłości, gdzie nie ma mrocznego cienia dawnej klątwy.