wtorek, 20 lipca 2021

Bliżej niż ktokolwiek sądzi

„Z dala od świateł”

Tana French

 

Spokój i cisza bywa przereklamowany albo też człowiek przyzwyczajony do ciągłego ruchu i dźwięków szuka znajomego klimatu. Czy da się go znaleźć w wiosce jak z folderu turystycznego? Gdzie jak nie w takim miejscu można zapomnieć o dawnym życiu i spróbować otworzyć nowy rozdział. Tylko czy to nie iluzja?

 

Kamienne lub białe domki, owce swobodnie pasące się na zielonych łąkach, małe sklepy gdzie nie tylko można wszystko kupić, ale i poznać najnowsze informacje oraz plotki z okolicy, puby, w których kwitnie miejscowe życie towarzyskie. Czy do takiego krajobrazu pasuje jakiekolwiek przestępstwo? Gdzieś dalej, w większym mieście i owszem, ale nie w takich punktach. Cal Hooper nie jest marzycielem ani zbytnim optymistą, ale po ponad dwudziestu latach pracy w chicagowskiej policji czuje różnice. Spokojna emerytura wydaje się mu się dokładnie tym czego pragnął, a stary dom na irlandzkiej prowincji gwarantuje to w dużym stopniu. Sąsiedzi nie są kłopotliwi, może ciut wścibscy, lecz to w końcu to urok małych mieścin, w jakich każdy zna każdego. Dlaczego więc miałoby coś dziwnego w wyjeździe nastolatka z tego miejsca? Jakoś nie było o tym głośno, lecz rodzeństwo, a zwłaszcza jedno z nich nie wierzy w to. Cal wydaje się mu najlepszą by wyjaśnić to zniknięcie. Podobno gdy raz się zostaje policjantem to już na zawsze będzie się nim. Hooper dla świętego spokoju zaczyna przyglądać się tej sprawie, ale to nie Chicago, nawet nie Dublin. Co więc stało się z młodym Reddy`m? Nic nie wskazuje, że cokolwiek fatalnego spotkało go, ale policyjna intuicja coś podpowiada, a gdy tak lepiej przyjrzeć się, popytać, poobserwować to jakoś nic nie znaczące elementy zaczynają się układać w niepokojący obraz. Coś się wydarzyło, pod dobrotliwą warstwą miało miasteczkowej codzienności kryje się niejedna tajemnica, a ten kto chce je poznać może ściągnąć na siebie uwagę i to w bolesny dla siebie sposób. Jednak dla Cala to jedynie potwierdzenie, że zmierza w dobrym kierunku, do czego go to doprowadzi? W pewnych okolicznościach sprawiedliwość, przypadek i spokój tworzą do niebezpieczną mieszankę.

 

Niby spokój, niby dobroduszni ludzie, niby nic się nie dzieje, no właśnie czy to nie jedynie złudzenie? Irlandzka prowincja, malownicze góry i nie ustępujące mu miasteczka oraz wioski i emerytowany detektyw. To na pewno nie będzie prosta historia, w jakiej z góry da się określić dobrych i złych oraz dostrzec, biel oraz czerń. Tana French fantastycznie oddała klimat miejsca, w jakim przysłowiowo diabeł mówi dobranoc, oddalonym od metropolii, żyjącym we własnym rytmie, pozwalającym żyć w zgodzie ze sobą. To ostatnie jak się okazuje do pewnego momentu, bo dobrotliwość i nieszkodliwość mogą mieć i drugie oblicze. W takim entourage`u zło wydaje się mieć stępione pazury i po prostu być rzadko występującym zjawiskiem, ale to bardzo mylące założenie. Pisarka doskonale pokazała jak łatwo ulec złudzeniu, że to, co nas niepokoiło i najgorsze pozostawiliśmy daleko za sobą. Na pozór nic nie wskazuje, iż cokolwiek złego wydarzyło się, wszystko jest takie jak zawsze i od zawsze, lecz ktoś kto przez lata odkrywał co i rusz najgorsze strony człowieka widzi więcej od innych. Pojedyncze sygnały jeszcze o niczym nie świadczą, lecz kiedy zbiera się ich coraz więcej daje to do myślenia. Jednak Tana French nie podaje niczego na tacy, zamiast przekombinowanego suspensu swój pomysł na niego osadza w doskonale skomponowanym tle i łączy go z nim więzami widocznymi dopiero w finale. Nie oznacza to wcale zbyt szybkiego odkrycia kart, wprost przeciwnie, bo w „Z dala od świateł” nic nie dzieje się bez przyczyny, a ta nie od razu jest widoczna, bohaterowie, krok po kroku, zbliżają się do niej, przy okazji odkrywają co wokół nich dzieje się. Wyrafinowane metody dochodzeniowe, skomplikowane motywy to nie ten przypadek, zresztą byłyby na wyrost, tu liczy się stara dobra praca u podstaw, poznanie okoliczności, nie czas jest ważny a efekt czyli odkrycie kto i dlaczego. Pozostaje jeszcze zakończenie, dalekie od typowego, zaskakujące i skłaniające do zastanowienia się co znaczy dla nas sprawiedliwość, ile zależy od przypadku i co kryje się pod definicją sprawiedliwości.

 


            
                    Za możliwość przeczytania książki 
    
       dziękuję 
 
  wyd. Albatros

 

poniedziałek, 19 lipca 2021

Zapowiedź: "Trik"

 Zapowiedź:

 


 

Wielki Zabbatini, czarodziej sceny, prestidigitator, gwiazda „czarnej magii”, siedzi zgorzkniały w swoim domu w Los Angeles i oczekuje już tylko tego, co nieuniknione. Dawno utracił wiarę w magię życia.

Na drugim końcu miasta jedenastoletni Max wymyka się przez okno swojego pokoju, by odnaleźć wielkiego czarodzieja. Chłopiec wierzy, że tylko mag ze swoimi czarami może sprawić, by jego rodzice się nie rozwiedli…

Czy przeznaczenie połączy dwóch bohaterów i nada sens ich życiu?

 

niedziela, 18 lipca 2021

Mała opowieść o wielkich sprawach

 


Przedpremierowo:

 

„O mrówkach i dinozaurach”

Cixin Liu

 

Jak powstają potężne sojusze? Czasem zupełnie przypadkowo i wcale nie zapowiadają swej ważności, wprost przeciwnie, zdają się być jedynie jednostkowym incydentem. Jednak gdy takich zdarzeń jest coraz więcej wiadomo już, że te skromne początki mogą być zapowiedzią czegoś o wiele większego. Potem wszystko zaczyna nabierać siły i prędkości, aż do spektakularnego sukcesu, jakiego nikt nie zakładał u zarania.

 

To spotkanie mogło zakończyć się tragicznie dla pewnych mrówek, ale do odważnych świat należy. Tyranosaurus Rex nawet nie przypuszczał, że drobna niedogodność może stać się genezą współpracy o jakiej nikt wcześniej nie pomyślał, a która wprost zmieniła dzieje, przynajmniej na jakiś czas. Duży krok dla owadów i ogromny dla dinosaurów, a wszystko rozpoczęło się od nasycenia i głodu, niby dwóch wykluczających się uczuć, lecz w tym przypadku zaistniałych w tym samym czasie oraz pozwalających na zaistnienie niezwykłej symbiozy. Od czego mrówcza ciekawość i pracowitość oraz gadzia inwencja? Od tego by ruszyć Ziemię w posadach i rozpocząć pierwszą złotą erę, w której nic nie będzie niemożliwe. Przesuwanie granic wcale nie jest takie trudne, zwłaszcza jeśli biorą się za to mrówki i jaszczury, różnice tylko napędzają tę niezwykłą cywilizację by sięgała dalej, wyżej, głębiej. Co jeśli zajdzie za daleko, zbyt wysoko i za głęboko? Ktoś będzie musiał zrobić kilka kroków wstecz, a jeśli powie nie? No cóż środki przymusu bezpośredniego mają długą historię i kto wie czy właśnie wówczas nie zrodziły się? Jaki będzie wynik tej chyba dość szorstkiej przyjaźni? Na pewno nie taki jakiego ktokolwiek spodziewa się, zwłaszcza najbardziej zainteresowani!

 

Bajka nie bajka, traktat filozoficzny i jednocześnie prehistoryczny steam-punk, ale również swoista satyra oraz fantastyka naukowa najwyższej jakości. To wszystko w jednej powieści, w której wyobraźnia autora zdaje się nie mieć granic, tak samo jak i liczba symboli i subtelnych nawiązań. „O mrówkach i dinozaurach” nie jest jednorazową lekturą, a z rodzaju tych, które odkrywają przed czytelnikami nowe niuanse przy kolejnym sięgnięciu po nią. Sam tytuł już sugeruje głównych bohaterów, tak kontrastowych jak tylko się da, ktoś mniejszy od liliputa i większy od olbrzyma. Przeskalowanie w pierwszym momencie wydaje się zbyt ogromne, ale już po chwili jest to szczegół nie tyle mało istotny, ile wprost genialnie wykorzystany w fabule, stający się punktem wyjścia dla niej, ale czy też i zakończenia? Jedno jest pewne Cixin Liu znowu zaskoczył mnie swoją wizją świata, perspektywą z jaką patrzy na rzeczywistość i wprost mistrzowskiego użycia różnorodnych gatunków do przedstawienia niezwykłej historii. Minimalizm i gigantyzm są w niej na porządku dziennym, tak samo jak i zadbanie o niesamowity rozmach, lecz także skupienie się na detalach. Wydawałoby się, że każdy z tych elementów wzajemnie wyklucza się, a jako mieszanka stanowi jedynie chaos, z jakiego nikt nic nie wynika. Nic podobnego w przypadku tej konkretnej powieści zagrał każdy możliwy składnik, nawet to, co wydawałoby się, iż nigdy nie będzie do siebie pasować tutaj znajduje swoje miejsce i idealnie komponuje się z resztą. W prostej na pierwszy rzut oka opowieści kryją się kolejne warstwy, odsłaniające nowe punkty widzenia, ale też jak rodzi się potęga, do czego prowadzi wiara w nią i jak może upaść. Cixin Liu nie wszystko mówi wprost, niekiedy posługuje się metaforą, korzysta z karykatur i ironii oraz równocześnie skłania do refleksji i spojrzenia na naszą rzeczywistość. Tak naprawdę pisać o tym konkretnym tytule można by długo, a i tak każdy z nas pewnie dostrzeże jeszcze coś, czego ja nie zauważyłam. „O mrówkach i dinozaurach” lekko mówi o ważnych problemach, co nie jest ani łatwe ani proste, co więcej w niczym nie spłyca przekazu pisarza.

 

 Premiera:

27 lipca





Za możliwość przeczytania książki
 dziękuję 
wyd. Rebis

 

 

sobota, 17 lipca 2021

Spadająca gwiazda

„Pocałunek gwiazdy”

A.L. Jackson

 

Miłość trudno zaplanować, najczęściej pojawia się niespodziewanie i w najmniej oczekiwanym momencie. Przynosi z sobą wiele emocji, niekiedy sprzecznych i jeszcze mocniej komplikujących i tak niełatwą życiową sytuację. Można do niej odwrócić się plecami, spróbować zbudować wokół siebie mur, uciec, ale czasem człowiek nie jest w stanie powiedzieć nie i podejmuje ryzyko.

 

Ostatnie czego Leif teraz potrzebował to jakiekolwiek więzi z ludźmi. Przez ostatnie lata udawało mu się pozostawać na uboczu i nie rzucać się w oczy nikomu, sobie samemu również. Jednak pewnym propozycjom trudno odmówić, zwłaszcza, że dzięki nim na chwilę może uda się zapomnieć o tym, co było i pozostawiło po sobie widoczne blizny i wciąż otwartą ranę w sercu. Mia chciała dwóch rzeczy, nawet nie dla siebie, ale dla swych dzieci, spokoju i szczęścia. Dla jednego i drugiego jest zdolna wiele poświęcić, samą siebie stawia w cieniu. Kiedy tych dwoje spotyka się wydaje im się, że nie mają sobie nic do zaproponowania oprócz trudnej przeszłości i niepewnej teraźniejszości. Ale wbrew lękom coś ich ku sobie pcha, a los okazuje się bardziej zdecydowany od nich. Co będzie gdy na chwilę lub trochę dłużej zapomną o swoich obawach? Nie liczą na dużo, a może wprost przeciwnie? Stracili już chyba zbyt wiele by docenić tego uczucia, które pojawiło się nagle, nie proszone, lecz jest czymś, co może być dla nich nowym rozdziałem w życiu.

 

Para ludzi na zakręcie, niepewna przyszłość i bolesna przeszłość plus muzyczne tło pozwalają na skonstruowanie ciekawej historii. A.L. Jackson ciekawie wykorzystała te elementy, dodając do wplatając pomiędzy nie wiele emocji i bohaterów, mających za sobą trudne doświadczenia, osią powieści staje się miłość, obarczona wieloma wątpliwościami, lecz nie pozwalająca przejść obok siebie obojętnie. Autorka dodała do tego sekrety, jedne poznajemy szybciej, inne prawie do samego końca towarzyszą postaciom niczym mroczny cień. Rockowa nuta nadaje całości rockandrollowego twistu, a konfrontacja gwiazdorskiego blichtru i kulisów, gdzie nie tylko muzyka jest na pierwszym miejscu jest również ciekawym wątkiem. Książka A.L. Jackson jest opowieścią o dwójce ludzi, jacy nie są gotowi na nową miłość, tym bardziej jakikolwiek związek, wciąż zbyt dobrze pamiętają o tym, co ich zraniło. Dla jednego z nich wspomnienia są ciągle czymś więcej niż tylko czasem przeszłym, to wciąż część obecnej rzeczywistości. Nie spotkali się oni w połowie drogi, raczej gdzieś na swoich życiowych wirażach, ostrych, pełnych wybojów. Jeden z możliwych scenariuszy znalazł się w "Pocałunku gwiazdy".

 




Książkę przeczytałam dzięki 
uprzejmości
Wydawnictwu MUZA

 

czwartek, 15 lipca 2021

Kulisy zdrady


 „Zdrada”

Lilja Sigurdardottir

 

Zdrada nie zawsze uderza otwarcie, niekiedy atakuje wpierw prawie niezauważalnie, skrywając się pod maską. Kiedy już poczuje się pewnie rozwija swoją sieć i osacza ofiarę, a ta nie może być pewna kiedy znów przyjdzie się z nią zmierzyć. Towarzyszą jej kłamstwa i niedopowiedzenia, strach staje się sprzymierzeńcem zdrady, ale gdy dojrzy się skrawek tego, co jest skrywane wcale tak dużo nie trzeba by pokazać jej prawdziwe oblicze.

 

Piastowanie stanowiska ministra w islandzkim rządzie wydaje się Ursuli oazą spokoju po ostatnich latach życia, jakie prowadziła. Zamiast misji pokojowych i humanitarnych w najbardziej zapalnych punktach świata praca za biurkiem. Zasady, przepisy i zwyczaje sprawiają wrażenie mało niebezpiecznych w porównaniu do życia w ciągłym zagrożeniu, ale komuś takiemu jak ta kobieta łatwo wejść na drogę, która prowadzi w rejony równie niebezpieczne. Ursula nie zamierza być marionetką, chociaż niezbyt czuje się w polityczno-urzędniczym świecie, chce zrobić najwięcej jak się da dla obywateli. To, co inni zamiatają pod dywan ona wydobywa spod niego. Nie działa z wyrachowania, nie ma nic do stracenia w tej grze lub przynajmniej tak się jej zdaje. Czy anonimowe pogróżki i ujawnienie prywatnych rozmów mają coś wspólnego z bezkompromisowością z jaką zajęła się pewnym przestępstwem? A może to konsekwencje wejścia do polityki, nie tolerującej chodzenia swoimi ścieżkami, dalekimi od interesów innych? Ursula z dnia na dzień przekonuje się jak niebezpieczne jest posiadanie własnego zdania, lecz czy to ją powstrzyma? Ktoś nie docenił jej, ona też nie była świadoma co oznacza przyjęcie ministerialnej teki. Zdrada bywa bolesną lekcją, nie tylko pani minister o tym się przekona, zatacza ona bowiem szeroki krąg, jednych wzmacniając, drugich popychając do czynów ostatecznych …

 

Do szpiku kości skandynawski thriller, a nawet więcej, nie da się ani na moment zapomnieć gdzie rozgrywa się jego akcja i to nie tylko za sprawą tła, lecz przede wszystkim poprowadzenia wątków. Część kryminalna jest równie ważna jak warstwa psychologiczna, a łączy je motyw społeczny. Lilja Sigurdardottir doskonale wykorzystała zimową aurę, nie w postaci idyllicznej zimy, ale surowej pogody, szybko zapadających ciemności i swoistego osamotnienia. Brak naturalnego światła i mrok, z gatunku wszechobecnego,  wzmacniają uczucie niepokoju, jakiego źródła nigdzie nie widać, ale ono wzmaga się z każdym rozdziałem. Zagrożenia nie widać, lecz czytelnicy wiedzą, że czai się wszędzie, a każdy kolejny krok bohaterów może go uwidocznić. Autorka pozornie nie skupia się złu jako takim, ono nie pojawia się od razu wprost, jest nieokreślone do momentu kiedy nie zostaje przez bohaterów dokładnie zdefiniowane i uświadomione sobie oraz innym. Gdzie w tym jest miejsce dla tytułowej „Zdrady”? Tutaj również pisarka nie stosuje bezpośredniości, w miejsce tego pozwala czytającym na własne opinie i konfrontuje je z wyborami postaci. Nie od razu też my i oni jesteśmy świadomi tego, co dzieje się wokoło, to jeszcze silniej urealnia fabułę. No i pozostaje jeszcze wątek political fiction, znowu genialnie trafiający w samo sedno, odsłaniający wszystko to, co tak usilnie miało pozostać ukryte i sterować zza kulis wydarzeniami i ludźmi, ale i pokazujący kolejne oblicze zdrady. Ta ostatnia jest odmieniana przez wszystkie przysłowiowe przypadki, zawoalowanie i bez ogródek. Książka Lilji Sigurdardottir to nie tylko kolejny rasowy,  skandynawski, dreszczowiec, lecz o wiele dalej i głębiej sięgająca historia, ukazująca nie tylko meandry ludzkiej osobowości, ale i jej ciemniejszej strony, do której rzadko kiedy przyznajemy się, lecz często korzystamy gdy jest nam to na rękę.

 

 

Za możliwość przeczytania
książki
dziękuję: