
Zakupy z marca odebrane w kwietniu ...

+ "donos sąsiedzki" ...


Kontynuacje mają to do siebie, że oczekiwania wobec nich są zawsze duże, może nawet większe niż wobec pierwowzorów. Z jednej strony pada na nie blask poprzedników, ale z drugiej strony też są porównywane do nich bezlitośnie. Najczęściej komentarze wytykają, że nie tego się spodziewano, bo zbyt są podobne do pierwowzoru lub brak w nich wyraźnych nawiązań. I tak źle i tak niedobrze dla sequela. Dodatkowo gdy kontynuacja jest pisana przez innego autora konfrontacja w przeważającej części skupia się na wskazywaniu elementów, które nie są zgodne z tym czego oczekiwano. To obiektywne czy subiektywne spojrzenie? W końcu "ciąg dalszy" ma prawo do autonomii i rozwijania wątków zgodnie z zamysłem jej autora.
Od kilku lat niesłabnącą popularnością u twórców i literackich i filmowych cieszą się historie, gdzie głównym wątkiem jest poszukiwanie mniej lub bardziej mitycznego skarbu. Raz są to próby udane, raz są kalką swoich poprzedników. Czy kolejna historia spod znaku poszukiwaczy zaginionego symbolu wiary czy też historycznego ma łatwiej przy swej premierze czy trudniej? Odbiorcy skuszą się pod wpływem wcześniejszych doświadczeń, a może będą znudzeni kolejnym pomysłem? To zależy od każdego z osobna. W końcu sięganie do historii lub mitów ma swą tradycję jeszcze w starożytności, druga sprawa to zalew podobnych sobie opowieści, jaki ostatnio wysyp można zaobserwować. Jednak najlepiej ocenić samemu, nie kierując się uprzedzeniami lub skrótem z okładki książki.
Z czym kojarzy się Kanada? Z syropem klonowym, dwujęzycznością, europejską atmosferą tak różną od amerykańskiej kultury, Vanquever i Toronto, ale z jednym jakoś nie mam skojarzeń ze zbrodnią i sławnym śledczym. A jednak historie wykreowane przez Maureen Jennings nie odbiegają niczym od kryminałów Agathy Christie czy Arthura Conan Doyle`a. Słowa na wyrost? Nie! Autorka zdobyła już uznanie czytelników na całym świecie, teraz czas również na Polskę. To tyle tytułem wstępu, dalej jest jeszcze bardziej interesująco. Doskonałe rozeznanie w tle historycznym, oddające ducha epoki, dodaje tylko smaku lekturze. Każdy element pasuje do snutej opowieści, tak, że łatwo napływają przed oczy obrazy, czy będące tożsame z zamysłem autorki? To już raczej subiektywna ocena. Intryga kryminalna doskonale wykorzystuje realia końca XIXw., osadzona jest wśród problemów, które były na porządku dziennym ówczesnych czasów i jednocześnie stanowiły tajemnicę poliszynela. Więc co z tym wątkiem kryminalnym? Jest obecny od pierwszej do ostatniej strony. W końcu motywy zbrodni aż tak bardzo nie zmieniają się pomimo upływu lat - chciwość, chęć ukrycia prawdy, sekrety, zawsze wzbudzają silne emocje. Jeżeli do tego dodać obawę przed utratą dobrej opinii, źródła morderstwa już tryskają z pełną mocą. Zbrodnicza intryga zahacza i o wyższe klasy społeczne i o niższe, nikt nie jest tu bez winy, ma ona te same korzenie gdy dotyczy ludzi bogatych i ustosunkowanych jak i tych z nizin społecznych. Śmierć jednej kobiety odsłania sekrety starannie chronione przez inne panie, które chciały je ukryć przed otoczeniem. Śledztwo powoli pnie się w górę drabiny społecznej by zaraz gwałtownie opaść, ujawniając i skrywane tajemnicy rodziny sędziego jak i śpiewaczki kabaretowej. Kto zabił? To już należy odkryć samemu, chociaż odpowiedź nie jest jednoznaczna. Nie można zapomnieć też o doskonale przedstawionych realiach końca XIXw., gdzie już można ujrzeć zapowiedź zmian społeczno-kulturowych, ale nadal wszechobecne są surowe zasady moralne królowej Wiktorii. Bohaterowie są jak najbardziej wiarygodni, ich charaktery i postępowanie jest dopasowane do czasów, w których toczy się akcja książki. Wszystkie elementy układają się w doskonały kryminał z interesującymi postaciami, doskonale osadzony w Toronto na przełomie wieków, w którym to inteligencja detektywa gra pierwsze skrzypce.
Quo vadis Unio Europejska a może quo vadis człowieku? Co nas czeka za lat kilkadziesiąt? Oaza szczęśliwości dla swych mieszkańców czy totalitarny ustroj, gdzie oderwane od życia dyrektywy wprowadzają tylko chaos i zamęt? "Katharsis Futurum" nie ukazuje optymistycznej przyszłości zjednoczonej Europy, a raczej taką spod znaku gdzie trup ściele się gęsto, a prawo jest tylko na papierze. Chociaż z drugiej strony unifikacja i zjednoczenie powiodło się, tylko czy taką wizję mieli unijni "ojcowie"? Z takiej sytuacji wynika właśnie wątek sensacyjny powieści - by przestępstwo mogło być ścigane musi zostać zgłoszone policji. Brak zgłoszenia to brak śledztwa i wszystko zgodne z prawem, jednak czy sprawiedliwe? W końcu kto powiedział, że prawo jest słuszne? Przynajmniej brak obłudy albo jest już ona posunięta do granic możliwości. Jednak ustawodawstwo to jest tylko punktem wyjścia historii kryminalnej, chociaż Polska z przyszłości dużo nie odbiega od swojskiej atmosfery teraźniejszości i przeszłości - dużo krzyku, mało efektu, a prowizorek najwięcej. Przejdźmy jednak do samej opowieści, gdzie atmosfera niezadowolenia z wymiaru sprawiedliwości też wydaje się znajoma, semantyką są tylko jej źródła. Widoczna jest bezradność ofiar i śmiałość sprawców, którym fory daje samo prawo. W końcu to ofiara musi zgłosić, że popełniono przestępstwo na niej, nawet gdy jej się zmarło w jego wyniku. "CRH" tylko trzy litery albo aż trzy litery, to one decydują czy winny poniesie karę i czy policja w ogóle podejmie śledztwo. W końcu ktoś musi powiadomić stróżów prawa, że robota czeka na nich, nic nie przychodzi bez wysiłku. Wizja futurystycznego świata przedstawia się mało przyjaźnie, przynajmniej na polskiej ziemi - chamstwo, złośliwość, brak perspektyw, wszystko to i o wiele więcej wyolbrzymione, a może tylko obnażone? Z czego się więc "oczyszczać" i kto powinien to zrobić? Obywatel czyli jednostka, ogół czyli społeczeństwo, a może jakaś określona jego cząstka, system to państwo czy zjednoczona Europa? Może wystarczy zacząć od siebie samego, swojego życia, pracy, łatwiej powiedzieć niż wykonać, zawsze stanie coś na przeszkodzie ... Katharsis w jakiej formie? Najprostszej - życia zgodnie z własnym sumieniem czy krucjaty wobec otoczenia ... Tylko po co uwalniać się od tego co nas rani lub ograniczać, a jeśli wystarczy dotrzeć do źródeł cierpienia i zlikwidować je w zarodku? Kolejne pytanie i wiele możliwych odpowiedzi, niekończący się labirynt z nieskończoną ilością wyjść, właściwych lub nie. A pośród tego bohater, który nie jest ani ostatnim sprawiedliwym ani nie zamierza dalej kroczyć utartą drogą życiową, mniej lub bardziej uczciwą.
Kobieta, samotna, ale nie sama. Ma rodzinę, męża i dziecko, jednak ludzie, którzy powinni być jej najbliżsi, nie są. Pragnie ich miłości, ale jednocześnie sama nie umie pokochać nikogo. Chociaż kiedyś kochała, a może wspomnienie tego uczucia jest tylko wygodną wymówką dla jej niezadowolenia ze swojej egzystencji? W końcu cień miłości sprzed lat towarzysz jej ciągle, wszystko co dzieje się w jej życiu jest związane z mężczyzną sprzed lat. Może tak wygodniej iść przez życie, kiedy nic nie może się równać czy na plus czy na minus z tym co było, a jedyne wyjście to porównania do tego co było i nie wróci. Kobieta jednocześnie oskarża siebie i broni, to co było największym szczęściem w jej życiu jest też jej najgorszym doświadczeniem. Nie jest to rozpatrywanie jednego wydarzenia z różnych stron tylko ciągłe powracanie do niego i w zależności od samopoczucia oskarżanie przeszłości lub jej gloryfikowanie. Jej teraźniejszość mogłaby być nawet szczęśliwa, gdyby nie to co czuła i myśli, że czuje nadal - to jest dla niej bardziej realne niż życie, które prowadzi. Czy rozmowy z samą sobą dają jej ukojenie? Nie, to tylko wzmaga tęsknotę za tym co było i ból z tego co obecnie jest. Przeszłość wciąż jest przywoływana, obojętnie czy szczęśliwa czy nie, tak samo rani. To w ucieczce przed nią wyszła za mąż, jednak nie można uciec przed samym sobą. Nikt nie może dać szczęścia drugiej osobie jeżeli sam nie umie go poczuć. Jednak niektórzy wolą do końca żyć w kłamstwie, oszukiwać samych siebie niż rozliczyć się z tym co było i w końcu iść naprzód. Bo tak właściwie całym światem bohaterki są wspomnienia. Czy jest ona niespełniona życiowo? Czy jej marzenia o wielkiej miłości mogą się ziścić? Gdzieś pomiędzy litanią skarg, oskarżeń, usprawiedliwień przemykają chwile zadowolenia, więc nie do końca kobieta zaprzepaściła swoje szanse na spełniony byt. A wielkie uczucie? Może było w przeszłości, może jest niedostrzeżone obok niej albo dopiero przed nią - jednak sama buduje wokół siebie mur odgradzający ją od niego, bo w końcu nie umie otworzyć się na coś nowego. Takich ludzi spotykamy nie tylko na prowincji, chyba, że mamy na myśli prowincję życiową i nie są to jedynie kobiety. Lektura "Rebeki" może dać impuls do zastanowienia się nad tym czy doceniamy to co osiągnęliśmy, co jest dla nas ważne i czy czasem nie pozwalamy na to by naszym życiem kierowało coś co dawno powinno odejść.