wtorek, 7 czerwca 2011

To co najważniejsze

"Krew i lód"

Wydarzenia II wojny światowej są poruszane z różnej perspektywy, powstają filmy dokumentalne i fabularne, książki historyczne, biograficzne. Temat jest wiecznie żywy, raz pokazany z punktu widzenia ofiar, raz oprawców, zwycięzców i pokonanych. Książka Leo Kesslera "Krew i lód" podejmuje temat żołnierzy Waffen SS, najbardziej elitarnej formacji w hitlerowskiej armii. Autor bierze jako cel ostatnie dni wojny, kiedy "świetność" tego rodzaju oddziałów odeszła już w przeszłość, podobnie jak idea nazizmu. Członkowie tego ugrupowania ze ścigających stali się ściganymi.Jednak działania wojenne wciąż trwają, ludzie giną nadal w imię idei, w którą coraz mniej wierzą, chociaż nadal wśród nich zdarzają się fanatycy, żywią przekonanie w zwycięstwo nazistów. W takiej sytuacji znalazł się wraz ze swym batalionem sierżant Schulze, pozbawiony iluzji co do przyszłości, lecz ciągle słuchający rozkazów. Każda, nawet najmniejsza iluzja, że dawne dni powróciły, traktowana jest tak jakby był to powrót do starych "dobrych" czasów. Nawet gdy łatwo zauważyć, że złudzenie podtrzymywane jest kosztem młodych mężczyzn, a tak naprawdę nastolatków, którzy po szybkim przeszkoleniu są kierowani bezpośrednio na front. Ich śmierć podtrzymuje mit jednego człowieka i rzeszy fanatycznie wierzących mu ludzi. Ci bardziej realnie patrzący na  rozgrywające się wydarzenia tylko we własnych myślach wyrażają swoje prawdziwe zdanie, na zewnątrz karnie przytakują temu, w co już przestali pokładać nadzieje. Jednostka w tej rozgrywce nie liczy się, jest tylko jednym z wielu istnień poświęconych nadaremnie. Nie tylko niemieccy żołnierze są karmieni ideologiczną papką, tak samo są traktowani ich radzieccy odpowiednicy, nie walczą oni tylko przeciwko zbrodniczej idei, lecz również w imię ustroju, traktującego ich także jedynie jako środek do osiągnięcia celu i nie jest to tylko zwycięstwo wojenne, lecz również wykazanie wyższości jednych nad drugimi.
Dwóch ludzi, dwóch wrogów, każdy z nich zdeterminowany by pokonać siebie nawzajem i ukazać wielkość idei, którym są fanatycznie wierni, pod ich rozkazami oddziały żołnierzy wiernych nie wahających się przed poświęceniem własnego życia. To co podwładni uznają za fanatyzm i szaleństwo ma drugie dno, bardziej osobiste i związane z chęcią przejścia do historii, za wszelką cenę, bez oglądania się na innych. Ale i oni są pionkami grze, gdzie dowódcy wykorzystują podwładnych by za chwilę być na miejscu wykorzystywanych. A gdzieś pomiędzy tymi wewnętrznymi rozgrywkami ludzka chciwość i wola przetrwania sprzymierzają się by uciec z oblężonego miasta.

Zaczynając czytać książkę "Krew i lód" spodziewamy się fabularyzowanej opowieści z końca II wojny światowej, gdzie narratorem jest niemiecki sierżant z oddziałów SS. Z jego perspektywy dni chwały narodu niemieckiego dawno już minęły, jednak lata posłuszeństwa wobec idei faszystowskiej nie pozwalają mu się poddać. Walczy więc chociaż zdaje sobie sprawę, że jest przegranym. Z drugiej strony są ukazane te same walki z perspektywy radzieckich żołnierzy. Jednak w trakcie lektury dochodzi kolejny wątek - ucieczki Żydów ze śmiertelnej pułapki, jakim stał się dla nich Budapeszt. Prześladowcy  mają być teraz ochroniarzami ofiar - ironia losu, a może triumf tylko ludzkiej natury? W tej książce nikt nie wskazuje kto jest zbrodniarzem, a kto ich sprawiedliwym żołnierzem. Ukazany jest człowiek, który obojętnie od wyznawanej religii, ideologii, noszonego munduru, ma jeden cel - przeżyć i to jest najważniejsze, bez względu na przeszłość i przyszłość. Liczy się tylko uratowanie własnego życia i każdy sposób jest dobry.


Książka przekazana przez portal Sztukateria
i Instytut Wydawniczy ERICA za co Dziękuję

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Prawdziwe twardzielki

"Jak to robią twardzielki"


Twardzielka brzmi ostro, dumnie, narzuca dystans? To zależy od osobistych doświadczeń, chociaż początkowo może wydawać się, że obiegowa opinia potwierdza, ale nic bardziej mylnego, w końcu słowo to może odnosić się do każdej kobiety, nawet gdy nie potwierdza typowego portretu. Jedno jest pewne Brysia, Gosia i Sabina są nimi i co więcej zdają sobie z tego sprawę. Każda z nich może zawsze liczyć na przyjaciółki czy w wyciąganiu z dołka emocjonalnego, czy w momencie gdy trzeba sprowadzić na ziemię psiapsiółkę a nawet gdy należy chronić przed własną rodzicielką. Policjantka, dziennikarka i wykładowczyni, trzy odmienne kobiety, ale mające wiele wspólnego, a w najbliższej przyszłości czeka je - ujawnić prawdę o prawdziwej pracy Brysi, odszukać pewnego znawcę koni oraz zidentyfikować wroga zwanego potocznie Wieśmakiem no i pomóc oswoić matkę przyszłej panny młodej, tak by ta ostatnia nie uciekła z własnego ślubu. Jednak najpierw są zmusozne przeżyć wystawę piesków, traktowaną jak tajną akcję i możliwość zrobienia reportażu z "targowiska próżności", oczywiście w ramach zobowiązań rodzinno-przyjacielskich. Okazuje się, że konkurencja na psim festiwalu piękności jest ogromna i czasem brutalna, mordercze zapędy niektórych opiekunów czworonogów można rozpoznać bo błyskach w oczach i nie tylko.
Jako, że los lub wtrącać swoje trzy grosze do spraw ludzi, to poradzenie sobie z problemami nie pójdzie przyjaciółkom aż tak szybko jak było to zaplanowane. Niełatwo jest przyznać się, że zamiast samarytańską pielęgniarką jest się policjantką, do tego mistrzynią kickboxingu ... Upiorna mamusia robi ogromne wrażenie na przyszłym zięciu, a narzeczonej wpada w oko pewien żołnierz, spotkany w chwili malutkiego załamania. No i współpracownik Gosi prezentuje się nad wyraz dobrze, a Wieśmak jakby zszedł na razie na drugi plan. Jednak przeciwności są po to by je zwyciężać, a twardzielki pod byle pretekstem nie poddadzą się. Po pierwsze spacyfikować demoniczną rodzicielkę i to częściowo udaje się, chociaż upiór jakoś nie chce odpuścić, a i narzeczony jakoś nadal wpatrzony nie w tę kobietę co potrzeba. Teraz czas na wielbiciela koni, który niepokojąco długo nie dzwoni do dziarskiej dziennikarki, a to z powodu byłej żony - trucicielki, ale przynajmniej artykuł wyszedł udany. Najgorzej ma się sprawa Brysi, bo idealny mężczyzna okazał się oszustem, którego szukała ... No, ale dziewczyny nie odpuszczają, w końcu gdy nie ma się szczęścia w miłości zawsze można liczyć na przyjaciółki, które pomogą zawsze i wszędzie.

"Jak to robią twardzielki" to 100% komedia, nie spod znaku czarnego kąśliwego humoru, ale kolorowych fajerwerków śmiechu. Obfituje w bohaterów przedstawionych z przymrużeniem oka, ale w jak najbardziej pozytywnym świetle. Dzięki lekkiemu przerysowaniu ich perypetii autorka stworzyła grupę osób, które lubi się od momentu poznania aż do ostatniej strony, a nawet dłużej. W końcu każdy zna osoby, które świetnie wpisują się w konwencję tytułowych twardzielek, no i kto by nie chciał być jedną z nich ;) Każdy powinien mieć okazję poznania wspaniałej historii o przyjaźni i zwykło-niezwykłych przygodach trzej przyjaciółek i ich znajomych.




Książka została przekazana w ramach akcji "Włóczykijki"

Po kobiecemu ;)


Jakiś czas temu miałam przyjemność przeczytać książkę Beaty Szymury "Okaleczony anioł", a moja recenzja ukazał się również na Kobiecych pasjach, za co dziękuję :)

dużeKa i ja :)

Podobno jaki poniedziałek taki cały tydzień ... Czy coś w tym jest przekonam się w ciągu kolejnych sześciu dni, a na dobry początek moja recenzja do książki "Spójrz na mnie" Yrsy Sigurdardottir na portalu dużeKa


niedziela, 5 czerwca 2011

Człowiek człowiekowi wilkiem

"Spójrz na mnie"

Pędzący samo
chód zmienił na zawsze życie co najmniej dwóch rodzin, jedna z nich straciła córkę, a druga "zyskała" ducha opiekującego się chłopcem, którym miała się dziewczyna opiekować. Sprawcy wypadku nie znaleziono, a rodzice musieli się zmierzyć z czymś co wydawało się nieprawdopodobne - opiekunka wracała by pilnować swego podopiecznego? Prawda czy tylko urojenia? Prolog jak z książek Stephena Kinga, właściwy początek ma miejsce dwa lata później i dotyczy sprawy niepełnosprawnego Jacoba, który trafił do zakładu zamkniętego dla osób z zaburzeniami psychicznymi, po tym jak skazano go za podpalenie ośrodka gdzie przebywał i śmierć w jego wyniku kilkunastu osób. Rewizji wyroku chce człowiek również przebywający wraz z nim zakładzie. Bezinteresowna pomoc czy może coś innego stoi za tym gestem? Szczególnie, że hojny darczyńca jest pedofilem i tylko stwierdzeniu choroby psychicznej zawdzięcza pobyt w tego typu miejscu zamiast w więzieniu. Prawniczka, mająca podjąć się tej sprawy, ma wiele wątpliwości i stara się odradzić matce Jacoba wznowienie postępowania. Jednak ta widzi wreszcie szansę na rehabilitację syna, uważa, iż padł on ofiarą systemu, podobnie jak wcześniej gdy odebrano go jej i umieszczono w ośrodku, pomimo, iż inni bardziej kwalifikowali się na jego miejsce. Nadopiekuńczość rodzicielska czy może ta sprawa ma drugie dno? Kolejny wątek to skomplikowane życie prywatne pani adwokat, która ma poprowadzić wznowienie dochodzenia. Jej rodzice liczą, że córka pomoże im w kłopotach finansowych i udzieli schronienia pod swoim dachem. I co może oznaczać sms " w ciazy"? I chociaż prawniczka nadal nie jest przekonana co do podjęcia się sprawy zaczyna się zagłębiać w historię pożaru, którego sprawcą był Jacob. Jest kilka znaków zapytania - dlaczego świadkowie zostali oznaczenie jako pan X, pani B i gdzie jest szósty pensjonariusz ośrodka, który podobnie jak sprawca przeżył ogień? Wizyta na pogorzelisku nasuwa kolejne pytania - kto był ojcem dziecka dziewczyny w śpiączce? Czy inni pensjonariusze mogli być także zamieszani w rozniecenie pożaru? Kolejny sms znowu podsuwa wskazówkę, która nie zostaje potraktowana poważnie. Była dyrektorka ośrodka wydaje się osobą związaną na tyle blisko z miejscem tragedii i jej ofiarami, że jej wiedza pozwoli na wyjaśnienie pierwszych zauważonych niejasności, chociaż nie wydaje się ona zadowolona z zainteresowania przeszłością. Dzięki rozmowie zostaje przybliżona sprawa ciąży podopiecznej ośrodka oraz zatuszowanie gwałtu na niej, jedynie co potwierdzono, to to, że nikt z mężczyzn, czy to pracowników czy to pensjonariuszy, nie był sprawcą tego czynu. Jednak dochodzenie już nie miało swego ciągu dalszego, pomimo iż była to sprawa ścigana z urzędu. Były obrońca Jacoba i jednocześnie jego obecny kurator "przeoczył" ciążę i jak wynika z jego słów nie przyłożył się do całej sprawy, swego klienta traktował jako idiotę. W ten sposób oskarżenie zyskało pomoc w swoim postępowaniu u człowieka, który powinien działać na rzecz swego klienta, a nie przeciwko niemu. Co ciekawe adwokat nie pamięta kto mu zlecił sprawę, a matka sprawcy twierdzi, że to on sam się do niej zgłosił. Kolejny znak zapytania, a akta sprawy nie pomagają odpowiadać na pojawiające się co i rusz pytania. Czy osoba, którą Jacob widział w noc pożaru i nazywa aniołem jest faktycznym podpalaczem? I dlaczego psycholog będący podczas przesłuchania nie przeprowadził analizy zeznania tylko zgodził się za uznanie tego za kłamstwo? Jak na razie tylko ojciec jednej z ofiar oferuje pełną pomoc, ten sam człowiek wcześniej tuszował sprawę ciąży podopiecznej, tak dba o innych czy to tylko maska? Jego żona przedstawia podobną wersję, ale już córka opowiada historię całkowicie przeczącą rodzicom. Podobny obraz rysuje kamerzysta, który kręcił film o ośrodku. I co z całą sprawą ma wspólnego zbitek liczb i cyfr pojawiający się na oknie domu chłopca, którym miała się zabita opiekunka i ten sam napis widniej na rysunkach jednej z ofiar pożaru?

Jednak na razie prawniczka Jacoba próbuje dotrzeć do tego co faktycznie miało miejsce w ośrodku, który miał dla niego i jego współmieszkańców domem i jednocześnie flagową instytucją, a stał się zgoła czymś innym. Akta sprawy wiele przemilczały lub przedstawiały w całkiem innym świetle. Wiele osób dopiero po pewnym czasie przyznawało, że oskarżenie i skazanie za podpalenie właśnie Jacoba było błędem. Jednak to za mało jeszcze by wnosić o rewizje wyroku, chociaż wina wydaje wydaje się coraz bardziej mało prawdopodobna. Jak na razie wychodzi na jaw coraz więcej niedociągnięć ze strony pomocy społecznej, władz ośrodka i jego personelu. A do tego dziwne powiązania pomiędzy kierowniczką spalonego ośrodka i ojcem jednej z ofiar, dlaczego tak zależy mu by informacje o jego synu zostały zniszczone lub w ukryciu? Może zamiłowanie do ognia ma z tym coś wspólnego? Ważniejszym wydaje się jednak rozmowa z jedyną osobą, która była pensjonariuszem ośrodka i której tylko przez zbieg okoliczności nie było wtedy na miejscu pożaru. Kobieta porozumiewa się tylko za pomocą wskazań oczu, ona także była ofiarą. Teraz już nie można zatuszować wykorzystywania mieszkanek, ale osoba sprawcy nadal jest nieznana? Może to jedna z osób odwiedzających ośrodek? I czy śmierć jednego z nowych podejrzanych ma z tą sprawą wspólnego? Pojawiająca się grupa liczb i liter ma wspólny mianownik - ojca jednej z ofiar, to jego syn umieszczał je na swoich rysunkach i na oknach w domu jego współpracowniczki zostały napisane, jaka jest jego rola? Może taka, że od początku wiedział jaka była prawda i by chronić swoją reputację doprowadził do skazania niewinnego człowieka. Nie mógł tylko przewidzieć, że pedofil osadzony w zamkniętym ośrodku dostanie do naprawy jego komputer służbowy, a w nim znajdzie maile, które doprowadziły nie tylko do niesłusznego oskarżenia Jacoba, ale i jego samego. Odziedziczony spadek pozwolił na zemstę w majestacie prawa i z ujawnieniem tego co naprawdę wydarzyło się w ośrodku, mającym zastąpić dom osobom niepełnosprawnym.

"Spójrz na mnie" ma początek jak historia grozy, zagłębiając się w lekturę atmosfera się nie zmienia, tylko groza przyjmuje inny charakter. Strach budzą nie duchy, lecz ludzie i ich postępowanie. To co oparte jest o rzeczywisty świat jest bardziej przerażające niż upiory atakujące po północy. Człowiek, nie mający szansy by udowodnić swoją niewinność ze względu na swoje kalectwo jest przedstawiony jako ofiara systemu, tego samego który miał go chronić i dać mu opiekę. Poraża bezradność bohatera, któremu odebrano wszystko co dla niego ważne wpierw w imię dbania o niego, a później oskarżano go bo najlepiej nadawał się do obciążenia winą za zbrodnie innych. Oprócz wątku sensacyjnego i moralnego jest również przedstawiony obraz jak kryzys ekonomiczny odbija się na społeczeństwu.



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości
Wydawnictwo MUZA

sobota, 4 czerwca 2011

Uważaj o czym śnisz

"Pożeracz snów"



Sny odchodzą wraz przebudzeniem, czasem pamiętamy je trochę dłużej, gdy były przyjemne uśmiechamy się w momencie gdy wypłyną wśród wspomnień, a odganiamy od siebie gdy są koszmarem. Niektórzy mają sny prorocze lub wracają w nich do ważnych chwil ze swego życia. Co jednak gdy to co pojawia się w naszym umyśle niepokoi, powtarza się i staje się rzeczywistością? Ale nim główna bohaterka "Pożeracza snów" doświadczyła potęgi sennych obrazów jej życie uległa ogromnej zmianie.

Wioska gdzieś na skraju cywilizacji, miejsce zesłania i do tego jeszcze nawiedzone - tak widzi nowe miejsce zamieszkania Elie. Przeprowadzka z wielkiego miasta bez zapytania jej o zdanie uważa za karę. Entuzjazm rodziców nie zaraził dziewczyny, nie pomaga też w zawiadomieniu się tęsknota za przyjaciółmi i chłopakiem, który był kandydatem do pierwszego wielkiego uczucia. Na takich podstawach ma zbudować swoje życie, a przynajmniej dotrwać do matury, później świat będzie stał dla niej otworem. Jednak na razie musi brać udział w grze pt. "Cieszymy się z przeprowadzki". Już podczas pierwszego weekendu jest świadkiem pojawienia się nieprawdopodobnej zjawy, to co widzi kładzie na karb zmęczenia i gry światła. Może legendarna miejscowa postać - jeździec bez głowy jest tylko mitem, ale inny tajemniczy jeździec czający się w mrokach pobliskiego lasu raczej urojeniem nie jest... A do tego wszystkiego sny o dziecku, które nie odchodzą w niepamięć wraz z przebudzeniem się, ale zostają w myślach przypominając na jawie o swoim istnieniu. Wiosna - początek nowego życia w przyrodzie, może także coś nowego czeka na Ellie ...?

Kim tak naprawdę jest Colin Blackburn, spotkany przypadkowo na sali gimnastycznej, podczas poszukiwania komórki? Tajemniczy jeździec i trener sztuk walki wie nadspodziewanie dużo o nowej mieszkance Riedderdorfu, tak jakby znał ją, ale przecież ona dopiero co przyjechała w to miejsce. Niektóre zdarzenia są dla niej jakby deja vu, jednak przecież to niemożliwe, prawda? Tak samo jak kojący głos słyszany przez dziewczynę zawsze gdy tego potrzebuje. Tylko dlaczego sen nie przynosi odpoczynku, lecz wręcz przeciwnie, to co się pojawia w jego czasie jeszcze wzmacnia uczucie niepokoju i nieprzystosowania do nowego miejsca zamieszkania?

Wraz nadejściem wczesnego lata Elie zdaje się być wciągana w coś czego sama nie jest świadoma. Sen staje się dla niej na poły ucieczką od rzeczywistości na poły koszmarną pułapką. Nie jest dla niej wytchnieniem, a raczej projekcją dawno zapomnianych obrazów, wspomnień - lecz czy należących do niej? Ma też okazję bliżej poznać tajemniczego Colina, który zaczyna ją coraz bardziej interesować i to z wzajemnością. Czy przyciąga ją do niego odmienność od miejscowych rówieśników czy coś co tkwi o wiele głębiej i jest bardziej niebezpieczne? Wydaje się, że chłopak zjawia się zawsze wtedy kiedy dziewczyna jest najsłabsza, może to tylko przypadek, bo jeżeli nie to jaki miałby cel? I czy tylko on ma tajemnice?

Wystarczy przypadkowo zasłyszany urywek rozmowy by ziarno niepewności zostało zasiane. Może przeprowadzka nie była związana tylko ze zmianą pracy ojca, ale czymś jeszcze co ma swe źródła w przeszłości. Jednak najważniejszym jest poznanie co ukrywa Colin, dlaczego jego twarz zmienia się w różnych porach dnia. Jest coś jeszcze - sen, w którym pojawiło się dziecko ma swój ciąg dalszy, a Elie jest biernym jego obserwatorem, chociaż głos w tle ostrzega, że to "nie jej świat i nie jej czas". Wraz ze zbliżaniem się do ruin gdzie po raz pierwszy dostrzegła Colina odczuwa coraz większą senność. Tak jakby myślenie o nim było jednoznaczne z potrzebą zaśnięcia. Dlaczego ojciec Elie reaguje gniewem i wyrzuca Colina ze swojego domu? A chwilę przed tym incydentem dziewczyna zauważyła, że obaj mężczyźni nawzajem w sobie odkryli, a raczej wyczuli coś co jej umknęło. Jedno jest pewne ojciec kłamie wyjaśniając powód swojej złości, a Colin wie coś na temat jej rodziny co zmieni wszystko. Świat, który znała już nigdy nie będzie taki sam po tym gdy poznaje prawdę - ojciec jest pół demonem, pół człowiekiem, nie chciał przejść na ciemną stronę, teraz walczy z nią. Jak żyć z taką prawdą, gdy bliska osoba przedstawia swoją wersję - logiczną, opartą na diagnozie lekarskiej, lecz która jest oszustwem, a to co powinno być fantazją czy też zmyśleniem ma wszystkie znamiona realności? W innym świetle wygląda teraz też odejście starszego brata Elii i zerwanie kontaktu z rodziną matki, wszystko powoli zaczyna się układać w całość - nowy obraz prawdziwej rzeczywistości otaczającej dziewczynę.
To co można by uznać za sen staje się dla niej jawą, to co wydawało się realne okazało się kłamstwem, w dobrej wierze i dla ochrony, jednak oszustwem. Jeden sekret wyjaśnił się, ale to co chowa przed Elie i światem Colin nadal pozostaje ukryte, a i rodzice do końca nie odsłonili swoich tajemnic. Zagrożenie, które wydawałoby się, że istnieje tylko w czasie snu jest równie groźne na jawie, tym bardziej gdy chce się pośredniczyć pomiędzy dwoma światami, z których do jednego nie można już wrócić, a do drugiego nie chce się wejść. Takie życie wybrał ojciec Elie, jednocześnie jest to także wybór dla jego rodziny, niełatwy i przynoszący ból. A dzięki istocie, którą uważa za wroga, jego córka umie zrozumieć to co go dręczy. Jednak upór by poznać prawdę ma swoją cenę - oddalenie się od ludzi, którzy mogli stać się przyjaciółmi i odrzucenie przez osobę, którą obdarzyło się uczuciem.Wraz z nadejściem jesieni kończy się to zaczęło się pewnego wiosennego wieczoru, a co nie miało prawa zaistnieć. Jednak koniec jednego jest początkiem czegoś innego, może lepszego, może gorszego, lecz dla człowieka mającego nadzieję jest iskierką światła w najgorszych chwilach.

Książka "Pożeracz snów" to historia dziewczyny i chłopaka, czujących się wyobcowanymi, jednak tak jak inni z ich otoczenia pragnący miłości i poczucia akceptacji, takimi jakimi są, bez udawania kogoś kim nie są. Jest też wątek tajemnicy rodzinnej, której ukrycie powoduje niezrozumienie i rozłam w rodzinie. Zmory są znane z ludowych przypowieści, jako istoty dręczące ludzi we śnie, wręcz je duszące, karmiące się koszmarami lub je zsyłające. Co jednak gdy potrzebują pozytywnych snów, marzeń sennych do życia i zewnętrznie mało się różnią od ludzi, którym skradają to co daje siły, chociaż ofiary nie zdają sobie z tego sprawy? Autorka sięgnęła po opowieści trochę zapomniane, jednak równie interesujące co legendy paranormalne.


Książka została przekazana przez wydawnictwo Znak

piątek, 3 czerwca 2011

Lwowska matematyka

"Liczby Charona"

Lwów w książkach Marka Krajewskiego nie ma uroku rodem z filmów o Szczepciu i Tońciu, w końcu to nie komedie tylko kryminały, w zamian za to czytelnik dostaje obraz miasta, gdzie na pierwszym planie są nie zabytki i widoki turystyczne, lecz ciemniejsza strona ludzkiej natury. Autor bierze to co potrzebne z klimatu przedwojennego Lwowa by czytelnik mógł poczuć jego klimat, ale nie zapomina, że najważniejsza jest intryga i bohaterowie z nią związani. To te dwa elementy są siłą książek Marka Krajewskiego, tak jak w cyklu o Eberhardzie Monku, tak i w serii "lwowskiej" mamy głównego bohatera - Jerzego Popielskiego, którego trudno uznać za typowego przedwojennego stróża prawa, jednak doskonale pasuje do do drugiego planu jakim jest nie tylko samo miasto, lecz również okres historyczny - lata trzydzieste XX w. oraz mieszanka kulturowo-społeczna przedwojennej Polski.

Początek lat trzydziestych nie jest zbyt łaskawy dla byłego policjanta Jerzego Popielskiego nie tylko pod względem finansowym, ale i zawodowym. Udzielanie korepetycji gimnazjalistom, niedoceniającym korepetytora i nieliczne wykłady są poniżej ambicji intelektualnych, jednak z czegoś trzeba żyć, a gdy innych alternatyw brak nie można być wybrednym. Niemniej bohater nie przyjmuje tego z pokorą, nie liczy na powrót do policji, może prelekcja w uniwersyteckim kole filologicznym  będzie początkiem nowej kariery? Niestety, przedstawione teorie nie zyskują uznania w oczach szacownego grona profesorskiego, jednak tam odnajduje go była uczennica, która ma dla niego pewną misję. Jako quasi prywatny detektyw ma odnaleźć zaginioną hrabinę, pracodawczynią znajomej Popielskiego. Takie zadanie byłoby obraźliwe, lecz nuta sympatii do młodej kobiety powoduje, że podejmuje się rozwiązania tej zagadki. Niestety początek nie jest zachęcający, wręcz przeciwnie przypomina przykre wydarzenia z okresu wojny. W tym samym czasie kolega z ławy szkolnej i byłego miejsca pracy zaczyna prowadzić śledztwo, gdzie pojawia się hebrajski tekst przy ofierze- taki rodzaj zbrodni byłby raczej w guście eks policjanta i przyjaciela. Gdy następuje kolejne morderstwo dla Jerzego Popielskie otwierają się drzwi ku powrotowi do komendy wojewódzkiej, wstępnie jako konsultant, no ale od czegoś trzeba zacząć rehabilitację zawodową. Równolegle prowadzi także dochodzenie dla rodziny pierwszej zamordowanej - tutaj jako prywatny detektyw oraz sprawę zaginionej arystokratki.

Czy znajdowane kartki na miejscu zbrodni zawierają tylko to co zostało przetłumaczone czy może coś więcej, co do tej pory umykało tłumaczom? Może nie ważne są słowa tylko litery, z których się składają? Zakodowane wiadomości trafiły do właściwych rąk, matematyka z zamiłowania i detektywa z zawodu. Jednak nawet najważniejsze śledztwo musi ustąpić porywowi serca, jaki w obecności dawnej uczennicy odczuwa Popielski. Chociaż wydaje się, że w tym przypadku życie osobiste nie ma związku z odzyskaną pracą to zbieg okoliczności sprawia, iż postęp w śledztwie dokonuje się przy nieświadomej pomocy nowo odkrytej sympatii. Okazuje się, że każda zapisana litera przez mordercę ma swoje drugie dno - imiona i nazwiska ofiar dają w sumie tę samą liczbę, a to już nie traf losu. Kolejna zamordowana także będzie nazywać się tak by dać liczbę taką samą jak w poprzednich zbrodniach. Teraz wystarczy wytypować odpowiednie osoby, czyli w czasach przed erą komputera oznaczało to zaszycie się w archiwum i wertowanie stosów dokumentów. Następnych potencjalnie zagrożonych kobiet konsultant policyjny nie znajduje, ale za to odkrywa prawdziwą tożsamość zaginionej hrabiny, która z szlachectwem ma mało wspólnego ... Życie prywatne i dochodzenie splatają się w jeden wątek nie tylko kryminalny, lecz także etyczno-moralny, niełatwy do przełknięcia przez Jerzego Popielskiego. Podejrzany ma alibi, chociaż twierdzi, że to nie on jest mordercą, on tylko "przewidywał" kto będzie ofiarą dzięki znajomości matematyki i języka hebrajskiego, a prawdziwy sprawca to osoba, aż za dobrze znana Popielskiemu. Jednak takie rozwiązanie byłoby zbyt oczywiste i mało przekonujące, jakaś idea rodzi się w umyśle Popielskiego, jej koniec okazuje nieprzewidywalny dla czytelnika. Sprawca zmienia swoją tożsamość, a stróż prawa ma mało wspólnego z zasadami, w imieniu których działa. Stąpa po bardzo cienkiej linii odgradzającej sukces od całkowitej porażki.

Liczba wiedźmy, liczba nierządnicy i liczba mędrca - jedna i ta sama liczba, koronny dowód w procesie o trzy morderstwa. Cyfry są podstawą wskazania winnego i wydaje się, że wywód matematyczny nie pozostawia wątpliwości co do tożsamości zbrodniarza, ale czy na pewno? Czy nie można przedstawić wyniku tak by pasował do tezy końcowej? Dopiero gdy się przyjrzeć bliżej dostrzega się pewne luki, lecz kto by ich szukał gdy odtrąbiono sukces, będący wszystkim stronom na rękę, nie licząc oskarżonego... A co z liczbami Charona? Te ukazują ludzkie życie, a może to tylko odpowiednie przedstawienie teorii,która nie ma pokrycia w rzeczywistości?

Bohaterów "Liczb Charona" autor sportretował tak samo jak Lwów - ostro, bez upiększających retuszów. Nie są oni kryształowo czystymi charakterami, których stawia się za wzór postępowania. To ludzie pełni sprzeczności, z nałogami, nie stroniący od przemocy. Jednak wraz z zawiłymi wątkami sensacyjnymi i folklorem lwowskim tworzą doskonałą całość, która wciąga czytelnika w świat Polski międzywojennej, tak różnej od potocznych wyobrażeń.


Książka została przekazana przez wydawnictwo Znak

Stosik czerwcowy

Czerwcowy stosik czas zaprezentować :)














Katarzyna Rygiel - "Śmiertelne zauroczenie" Duże Ka oraz wyd. Zysk i S-ka
Leo Kessler - "Krew i lód" portal Sztukateria i Instytut Literacki Erica
Kuba Wicher - "Teoria piekła" portal Sztukateria i wyd. Jirafa Roja
Artur Górski - "Zdrada Kopernika" portal Sztukateria i Instytut Literacki Erica
Aleksander Wierny - "Światło" portal Sztukateria i Instytut Literacki Erica

Spotkanie

Spotkanie z Markiem Orzechowskim, autorem książki "Belgijska Melancholia":

środa, 1 czerwca 2011

Muzyka duszy

"Lament"

Zielona okładka z zielonooką dziewczyną i celtyckim mieczem na pierwszym planie, do tego czterolistne koniczyny, które dopiero przy kolejnym spojrzeniu zostają odkryte, skrywają się przed wzrokiem podobnie jak ich roślinne odpowiedniki. Jednoznaczne skojarzenie, przynajmniej dla mnie - Irlandia, miejsce magiczne, gdzie na końcu tęczy można znaleźć garniec ze złotymi monetami. "Lament" rozpoczyna się zgoła czym innym - ucieczką chłopaka, związanego jakimiś więzami z uwięzionym gołębiem. Gdy ptakowi zadawany jest ból on też go czuje, to nie empatia, to coś o wiele głębszego i mroczniejszego. Dlaczego zwierzę i człowiek są ze sobą połączeni i z jakiego powodu ktoś rani jedno stworzenie by uderzyć w drugie? Tyle prolog, ale pytania zostały już zadane, a odpowiedź czeka gdzieś na dalszych stronach książki.

Główną bohaterkę poznajemy przed koncertem, ma na nim wystąpić jako harfistka i śpiewaczka. Problemem jest tylko jej zdenerwowanie, a rady matki nie pomagają w opanowaniu stresu. Wtedy pojawia się postać ze snów - nie, nie jest wytworem wyobraźni, jest równie realny co inni ludzie. Deidre śpiewa mu pieśń, którą ma zaprezentować na scenie, jednak jak się okazuje nie zna jej całej, końcówkę dopowiada tajemniczy gość, czy słowa utworu mogą mieć głębsze znaczenie niż mogłoby się wydawać? Nieznajomy namawia dziewczynę do improwizacji podczas występu, pomaga jej akompaniując na flecie. Okazuje się, że ma jej towarzyszyć na scenie, jedna niespodzianka goni kolejną, a każda zmienia coś w życiu Deidre. Jej zdenerwowanie gdzieś umknęło, za to zastąpiły ją słowa o wyzwaniach, pracy nad sobą i sięganiem po więcej, niż dziewczyna kiedykolwiek myślała, ze jest w stanie osiągnać. I to wszystko w ciągu kilkudziesięciu minut. Jaki ma powód nieznajomy by pomagać Deirdre i dlaczego każdy, kto wymienia jego imię i nazwisko przekręca zawsze jeden z jego członów? Językowe pomyłki spowodowane nieuwagę czy może coś więcej? W końcu sam powiedział, że nikt go nie zna, a może nie chce być rozpoznany? Tak jak nagle się pojawił równie szybko znika po koncercie, zapowiada jednak że pojawi się na wieczornym przyjęciu, czy będzie na nim czy to tylko obietnica, która nie spełni się? I dlaczego Deidre zaczyna znajdować czterolistne koniczyny wokół siebie? Pytanie za pytaniem, bo cień tajemnicy zaczyna snuć się niczym irlandzka, poranna mgła, pomiędzy słowami. Do momentu występu Deidre nie cieszyła się zainteresowaniem, natomiast po nim podchodzą do niej nieznajomi mówiąc, że jest wschodzącą gwiazdą i będą mieć ją na oku. Przypadek czy może harfistka właśnie stanęła u progu życiowych zmian? Zgodnie ze słowami chłopaka ze snów, potrafi ona wszystko tylko musi chcieć ... i tak jest w rzeczywistości, telekineza i wpływania na poczynania innych, to zauważa na początek. Czy dotyczy to również jego? Co ukrywa przed Deidre? Intuicja, a może coś innego, podpowiada jej, że coś nie pasuje w nowym znajomym. Może czterolistne koniczyny mają z tym coś wspólnego, podobno pozwalają zobaczyć istoty magiczne - feje. Jednak nie tylko gówna bohaterkę coś niepokoi, jej Babcia rozpoznaje w nim kogoś, z kim nie powinna zadawać się jej wnuczka, a przyjaciel wyczuwać niesamowitą atmosferę w jej otoczeniu. W codziennym świecie dziewczyny zaczynają się pojawiać istoty nierealne, czy ma to oś wspólnego z osiągnięciem przez nią szesnastu lat? Spotkania z Lukiem, bo tak ma na imię flecista ze snów, powoli przybliżają Deidre prawdę o niej i jego historii. Dziewczyna z jakiegoś powodu jest ważna dla fejów, a oni chcą by ich widziała, a może poznała? Tylko Luke nie jest z tego zadowolony, podobnie jak babcia dziewczyny, nie lubi gdy porównuje się go do tego rodzaju magicznych postaci. Chociaż pewien urywek rozmowy, zasłyszany przypadkiem, może świadczyć, iż jego intencje nie do końca są takie jak się wydawało na początku. Tymczasem dziewczyna staje się celem ataku, ratuje ją Luke, przypadkiem był w pobliżu? Czy to on ma coś wspólnego z tym zdarzeniem, czy to może sprawka innych magicznych istot? Kiedyś chciały porwać ciotkę Deidre, może próbuję powtórzyć to samo w kolejnym pokoleniu? To co wydawało się niegroźnym snem na jawie, spotykaniem elfów i wróżek oraz zabawa w przesuwanie przedmiotów, staje się coraz groźniejsze. Odsłanianie sekretów przynosi gorzką prawdę o nowych znajomych, i tych bliższych - którzy mają śmierć innych ludzi na sumieniu, jak i dalszych - pomimo swej piękności emanuje z nich okrucieństwo. Luke został wysłany by skrzywdzić Deidre jednak nie umie tego zrobić, czy atak na jej bliskich był wiadomością dla nich obojga? Ludzka zazdrość może zranić i to boleśnie, ale to samo uczucie u istoty nieśmiertelnej jest wielokrotnie groźniejsze, a zachowanie chłopaka daje właśnie powód do takich czynów królowej elfów.

Celtycka baśń splata się z rzeczywistością, baśniowi bohaterzy grają swoje role na równi z tymi realnymi. Gdzieś pomiędzy nimi są powiązania, nie tylko te teraźniejsze, ale i o wiele starsze, sięgające setek lat w przeszłość. Nie wszyscy są przeciwni rozkwitającemu uczuciu, które dla chłopaka jest równoznaczne ze śmiercią. On nie może opowiedzieć o tym co się kiedyś wydarzyło, ale inni czynią to za niego. Dzięki tym opowieściom Deidre może poznać historię życia człowieka, który jest w niewoli i nie może z niej się wydostać. Jednak królewska zawiść nadal mści się na bliskich dziewczyny, nikt nie jest bezpieczny, gdy w grę wchodzą zranione uczucia. Jedynym sposobem by nie sięgnęła po kolejną ofiarę jest walka. Nagrodą w tej grze jest życie, tylko jedno może uratować, co oznacza, że będzie musiała wybrać kto powróci do świata, a kto się z nim pożegna.

"Lament" to książka pełna odniesień do celtyckich mitów i baśni, nie trzeba ich znać by odnaleźć się w opowieści. Tajemnicą się zaczyna i nią się też się kończy, współczesna bajka - tak mogłoby wydawać się gdyby opierać się na wątku folkowym, ale to także historia odkrywania tego kim się jest i co jest się w stanie poświęcić dla innych.

Książka przekazana przez portal Sztukateria
i wyd. Illuminatio za co Dziękuję

wtorek, 31 maja 2011

"The CZART show"

Dantejskie piekło to przeżytek, podobnie jak gotująca się smoła i w ogóle widok jak z martenowskiego pieca. W dobie pop-kultury i świata korporacji czas na nowe spojrzenia w diabelską czeluść. Nie różni ona się zbytnio od nieba, oba miejsca konkurują ze sobą o klientów, chociaż proponowane rozrywki są zgoła różne to klienci już są podobni.

Jednak by nie było zbyt nowocześnie czart pozostał takim jak w ludowych wyobrażeniach - różki, ogonek, kopytka, o uroku osobistym nie można zapomnieć oczywiście. Co więcej piekło funkcjonuje na giełdzie, ale to już Lucyferowi trochę nie na rękę, bo nie może wyrzucić swojego zastępcę Belzebuba - zarząd uwielbia go. Jakby tego było mało szanowany prezes obchodzi okrągłe urodziny - cztery miliardy lat, a kochani pracownicy nie zapominają o tym fakcie. Nawet sesje terapeutyczne u pewnego mieszkańca piekielnego zakątku nie dają ulgi, władca piekieł przechodzi kryzys. A konkurencja, nie tylko ta z siódmego nieba, nie śpi. W ramach prezentu urodzinowego v-ce prezes daje swemu zwierzchnikowi komputer z dostępem bezprzewodowym do internetu, po prostu żyć i nie umierać - chociaż śmierć jest pojęciem abstrakcyjnym dla króla piekieł i znanym tylko z opowieści. Jednak wracając do sieci - w zalewie informacji Lucyfer wychwytuje tę o konkurencji - ich strona wprost poraża ofertą: sauna, jacuzzi, kółka zainteresowania, możliwość skontaktowania się z Bogiem mailowo i coś jeszcze - basen. Tego już za dużo dla solenizanta, pod kocykiem, w bezpiecznym łóżeczku, spokojnie odreagowuje posunięcia niebiańskiego klubu pogrążając się w rozpaczy. A Piekiełko tylko czeka by zasypać swego zwierzchnika nowymi rewelacjami, gdzieś tam czai się Dante ze swoim wynalazkiem, Belzebub kopie dołki pod prezesem, a pewien łakomczuch zjadł tort urodzinowy i o zgrozo, nawet szczęśliwa wisienka się nie ostała.

Na poprawę humoru Belzebub proponuje Lucyferowi przyśpieszony kurs uwodzenia, lekcji ma udzielić jeden z nowych mieszkańców. Czas więc wskoczyć w garniturek, trochę przystrzyc fryzurę i można zacząć uczyć się jak omotać płeć piękną, a w szczególności jedną z jej przedstawicielek. Angela Miła, bo tak nazywa się obiekt uczuć prezesa, nawet nie wie czyje serce poruszyła i co ten wielbiciel jest w stanie dla niej zrobić - na przykład nauczyć się tańczyć. Jest tylko taki tyci, tyci problem z tą powabną panną, woli swoją płeć ... No, ale piekło ma przepastne szafy, nie wypełnione maszynami do torturowania, ale sukienkami, kosmetykami, więc łatwo będzie odpowiednio ucharakteryzować diabła na diablicę.

Bajki, jakie by nie byłyby realne, mają to do siebie, że nagłe zwroty akcji są częste - i tak samo jest w przypadku Piekiełka, podczas gdy Lucyfer przygotowuje się do wielkiego podrywu, a czarty bawią się na jego urodzinach, ktoś przygotowuje zamach stanu - a raczej wrogie przejęcie stanowiska prezesa. Dywersantem okazał się ... Dante, tak ten od "Boskiej komedii", twórca potężnej machiny burząco -taranującej. Jednego tylko nie wziął pod uwagę Przeznaczenia, które lubi wtrącać się we wszystko, co owocuje nieprzyjemnymi skutkami, przykładowo zesłaniem do Średniowiecza wprost pod widły polujących na czarownice. Niestety rewolta w piekle staje się faktem, tak samo jak ucieczka części diabelskiej społeczności do siódmego nieba. Tylko w jaki sposób archanioł Gabriel - obecnie w funkcji boskiego asystenta wylądował na Ziemi? Nawet sam zainteresowany nie umie dać odpowiedzi na to pytanie zadane przez policję. Jedno jest pewne - Armagedon jest blisko, a zapobiec może temu jeden anioł, dwóch diabłów i Lucyfer - zaginiony gdzieś na powierzchni. Wydaje się, że Belzebub przeprowadzi swój niecny plan, który obejmuje też Siódme Niebo Resort, ale chyba nie zna przysłowia - "jak trwoga to do boga", a zdetronizowany prezes czuje wielką obawą ... Gdzie diabeł podobno nie może pośle przedstawicielkę płci pięknej, a jakiego wysłannika ma Bóg w sytuacjach kryzysowych? Judasza, któżby podejrzewał tego osobnika, o grę na dwa fronty? Nikt, a na pewno nie Belzebub. Małe wtrącenie się losu i wszystko zaczyna wracać do odwiecznego porządku, czyli Piekiełko odzyskuje swego władcę i buduje basen, a Siódme Niebo pozbywa się czartów.

"The CZART show" czyta się szybko i z ciągłym uśmiechem, bo łatwo sobie wyobrazić sobie piekielno-niebiańskie perypetie bohaterów. Autor zawarł w swej historii maksymalnie dużo ironii, jednak tej o pozytywnym wydźwięku, nie oszczędził ani tego co pod nami, ani tego co nad nami. Piekło i niebo na równi są komiczne i kabaretowe, a to czym najczęściej się straszy lub co wychwala pokazane jest w krzywym zwierciadle. Humorystyczna wizja dwóch klubów, a gdzieś pomiędzy nimi ludzie, potencjalni klienci aniołów lub czartów, kuszeni na wszystkie możliwe sposoby ...


Książka przekazana przez portal Sztukateria
i wyd. Verbum Nobile za co Dziękuję

Koniec majówki

Ostatni dzień maja i ostatni stosik majowy :)

J. W. Cortez - "Cel Kajmany", wyd. Novae Res
Katarzyna Rogińska - "Wieża sokoła" , portal Zbrodnia w Bibliotece
Gacek & Szczepańska - "Mag i diabeł", portal Zbrodnia w Bibliotece
Adrienne Barbeau - "Miłość kąsa" , portal
Zbrodnia w Bibliotece

Kobiece pasje i "Natalii 5"



Jakiś czas temu przeczytałam książkę Olg Rudnickiej - "Natalii 5" i oczywiście coś o niej "skrobnęłam". To co wyszło spod pióra, a raczej za pomocą klawiatury, ukazało się na stronie kobiecepasje.pl.
Szczegóły tutaj :)

Prawdziwy anioł

"Okaleczony anioł"

Anioł kojarzy się z istotą doskonałą, bez skaz i wad, piękną wewnętrznie i zewnętrznie, jego atrybutem są skrzydła. Jednocześnie wydaje się odległy od codzienności, a jego idealność niedościgniona. Okaleczony anioł, na pierwszy rzut oka, to oksymoron, coś niemożliwe do zaistnienia, co nie ma prawa wydarzyć się. A jednak, gdyby przyjrzeć się bliżej ludziom ze swego otoczenia lub mijanych codziennie, wielu moglibyśmy określić właśnie mianem takich istot. Czasem rany są widoczne, czasem ukryte przed wzrokiem ludzkim, a czasem blizny, które dostrzegamy, są nieporównywalnie mniejsze z tymi schowanymi w sercu - to one są najboleśniejsze, od nich nie ma
ucieczki.
Czy główna bohaterka jest takim aniołem? Z okaleczonym ciałem i duszą, zamknęła się nie tylko w czterech ścianach domu, lecz także przed bliskimi. Odrzuca pomoc, nie wierzy w nic i nikogo, w siebie również. Słowo "cud" jest dla niej pustym wyrazem, który tylko przypomina jej niepełnosprawność. Opłakiwanie tego co utraciła jest ważniejsze niż przyjaźń, miłość i wszytko to co czym kiedyś żyła. Jednak czy można dziwić się takiej postawie? Odpycha od  siebie najbliższych nie chcąc ich obciążać sobą, chce by żyli tak jak ona kiedyś. Nawet gdy wydaje jej się, że świadomie rani innych nie robi tego na zimno, bez emocji, docenia uczucia innych i pomimo, że mogłaby pogrążyć ich umie się powstrzymać. Jednocześnie chce być sama i by ktoś powiedział, że cokolwiek jeszcze by się wydarzyło, będzie przy niej.

Łatwo wchodzi się w "skórę" innego człowieka mówiąc mu - weź się w garść, powinieneś lub musisz, i dziwimy się gdy ten ktoś odrzuca nasze słowa albo nie chce zastosować się do udzielanych wskazówek. Często powtarza się, że czas leczy rany i czasem to się sprawdza. Marta także z upływem miesięcy otwiera się na innych, ale trudno odzwyczaić się od okazywania swojego gniewu, frustracji niespełnionych marzeń. Raniące słowa są buntem przeciwko kalectwu i niesprawiedliwości losu, nie uderzają tylko w ich adresatów, lecz również w autora, który jednocześnie boi się odrzucenia, ale i litości. Tego obawia się Marta, jak również reakcji na jej osobę, gdyby znów chciała być taką jak przed wypadkiem. Jednak jak wrócić do tamtych chwil gdy jest się
przekonanym, że one przeminęły bezpowrotnie? Jak nie żałować tego co wcześniej było codziennością, a teraz dopiero, patrząc za siebie widzimy widzimy ich wartość? Marta tracąc władzę w nogach uważa, iż odebrała sobie to co było podziwiane w niej najlepsze, nie możliwość ruchu, ale bycie wesołą i towarzyską osobą. Teraz gdy porusza się na wózku inwalidzkim uważa, że nie ma nic do zaoferowania innym, boi się uwierzyć, że jest inaczej. Przecież nawet gdy była sprawna przeżyła rozczarowanie bliskimi, więc czy teraz, gdy nie jest sobą - według własnej subiektywnej oceny, nie będzie tak samo? Jest jeszcze pewna tajemnica skrywana i opłakiwana tak samo, a może nawet bardziej niż paraliż. To właśnie rana ukryta w sercu, sekret, który miał być dopełnieniem szczęścia, a został utracony bezpowrotnie obciąża najbardziej. Podzielenie się tym co skrycie opłakujemy przynosi ulgę, nawet gdy tego nie oczekujemy, nie od razu, ale już się nie jest się samemu w żałobie. Czasem trzeba sięgnąć piekła by zobaczyć niebo. Nie to idealnie błękitnie, gdzie wszystko jest możliwe, lecz to zwyczajne, codzienne, które doceniamy gdy zasłonią go chmury tragedii. W nim
właśnie mieszkają okaleczone anioły, wiedzące co to ból, ale też znające wartość miłości, nieidealne, lecz umiejące dać innym i sobie cud - cud wybaczenia ...

"Okaleczony anioł" to studium życia młodej kobiety okaleczonej po wypadku oraz jej bólu po stracie marzeń. To także historia walki ze wspomnieniami, samym ze sobą i najbliższymi. Próba zrozumienia siebie i innych w obliczu wydarzenia, które nieodwracalnie zmieniło przyszłość. Bohaterka przechodzi od euforii do załamania, nie raz i nie dwa, odrzuca pomoc najbliższych nie chcąc widzieć litości w ich oczach. Jednocześnie potrzebuje pocieszenia i odrzuca je. Nie chce współczucia i sama czuje je wobec siebie. Nielogiczna gmatwanina? Nie, to człowiek, który stracił coś więcej niż zdrowie - także część ukochanej osoby i pozostał z tym sam. To co jeszcze uderza czytelnika to nadzieja, nie wyrażona wprost, ale schowana pod łzami, poczuciem winy i beznadziejności, kryje się ciąg dalszy życia - inny niż był wymarzony, ale też nie gorszy ...


Za możliwość przeczytania książki "Okaleczony anioł" dziękuję autorce  - Beacie Szymurze oraz wydaje.pl

niedziela, 29 maja 2011

Kosmiczna niespodzianka

"Konfrontacja"
Spokojny wieczór, nagle na niebie pojawia się jasny punkt, w ciągu paru sekund staje się oślepiający. Obserwująca to zjawisko przez teleskop Abbey jest przekonana, że to meteoryt i to  na tyle  duży, iż warty jest odnalezienia, szczególnie gdy dowiaduje się jaką wartość może osiągnąć na aukcji internetowej. Tylko dlaczego "gość z kosmosu" nie spowodował żadnej fali czy też pożaru w chwili zetknięcia z ziemią? Kto mógł zabić szanowanego profesora, w jego własnym domu, nie oszczędzając nawet małego psiaka? Rabunek, zemsta, a może przyczyna leży w pracy naukowca? Przed śmiercią wykradł z instytutu badawczego dysk i przesłał go pocztą do swojego dawnego studenta i współpracownika. Przesyłka dociera do adresata już po śmierci nadawcy, może odkrycie nietypowego promieniowania w kosmosie, które zawiera było przyczyną morderstwa. "Miodowniki" jako kamienie jubilerskie mogłyby zrobić "karierę" na rynku biżuterii, gdyby nie to, że zawierają radioaktywny pierwiastek, a od tego już krok do możliwości zbudowania bomby. Ich źródłem pochodzenia wydaje się być Kambodża, jednak stosunki dyplomatyczne nie pozwalają USA na bezpośrednie działanie. W takim momencie na scenę wkracza, a raczej do Białego Domu zostaje wezwany Wyman Ford, były agent CIA. Jako osoba prywatna może na miejscu przyjrzeć się skąd tak naprawdę pochodzą minerały i jednocześnie w razie wpadki nie rzuci cienia na Stany Zjednoczone. Układ idealny, no prawie - bo Ford może liczyć na pomoc tylko gdy wszystko pójdzie zgodnie z planem, jednak gdyby powinęła mu się noga ... no w takiej sytuacji będzie musiał liczyć na swoją pomysłowość. Trzy niełączące się wątki, ale jedno jest pewne sprawy łączą się, a powiązania pomiędzy nimi odkryje specjalny wysłannik rządu amerykańskiego. Na razie jednak jego zadanie to "miodowniki".
Początek mocny i podobny do innych książek autora, które czytałam, więc można się spodziewać, że akcja będzie miała szybkie tempo i nader zaskakujące wątki - co w sumie już można poczuć na pierwszych stronach "Konfrontacji". Gra się rozpoczęła, bohaterzy zajęli już swoje miejsca na szachownicy, każdy z nich zrobił swój pierwszy ruch. Jak na razie działają oddzielnie, zajmując się sprawami, które mają im przynieść zyski czy to w postaci pieniędzy czy sławy naukowej lub bezpieczeństwa narodowego.
Przesłany dysk zawiera bardzo interesujące informacje o promieniowaniu, które może mieć wpływ także na życie na Ziemi. Mark Corso widzi w obserwacjach swego nieżyjącego mentora oraz swoich ciekawą anomalię, jaką powinno zająć się w trybie priorytetowym, więc dlaczego jego nowy szef jest niezainteresowany tym tematem? Wręcz zirytowany, że młody naukowiec zajmuje się nim, tak jakby zależało mu na tym by zapomniał o tym co zaobserwował.
Tymczasem Ford zagłębia się w kambodżańską dżunglę by dotrzeć do kopalni gdzie wydobywa się promieniotwórcze minerały.Jej odnalezienie nie jest trudne, chociaż dziwnym wydaje się, że w dobie satelitów szpiegowskich CIA nie namierzyło położenia samodzielnie. Przypadek czy ktoś toczy rozgrywkę, w której były agent jest tylko zasłoną dymną? Jednak Forda nie obowiązują zasady Agencji, a sumienie też mu nie pozwala na pozostawienie okolicznych mieszkańców na pastwę Czerwonych Khmerów, czas więc trochę "wstrząsnąć" miejscem wydobycia.
Mark Corso przedstawia zgromadzone dane na szerszym forum, jednak nikt nie jest nimi zainteresowany, co gorsza wmawia mu się, iż dostrzega to co sam chce zobaczyć. Ważniejsze dla słuchaczy są rutynowe dane, które nic nie wnoszą w badania. Czy można uznać to za przypadek, ignorancję czy może za coś co ma drugie dno, czasem o zabójczym kontekście.
Meteoryt też zostaje odnaleziony, a przynajmniej tak zdaje się Abbey gdy odnajduje krater. Problemem jest tylko to, że to co miała odnaleźć brakuje. Do tego łódź ojca, którą dziewczyna pożyczyła tonie, no i jeszcze trup dawnego kolegi, którego raniła śmiertelnie w obronie własnej.
Trójka bohaterów i trzy wątki, z których tylko jeden wydaje się zakończony się sukcesem. Ale czy na pewno? Coś nie daje spokoju Fordowi, nawet wyjaśnienia jego mocodawców nie zawierają całej prawdy. Jednak wątek meteoru zauważonego przez Abbey i kopalnia minerałów łączą się ze sobą - to co uderzyło w ziemię na obszarze USA odnalazło się w Kambodży. Jak to możliwe? Przebiło Ziemię na wylot ...
Wydaje się, że historia ma swój koniec, ale żyłka detektywistyczna prowadzi Wymana Forda do miasteczka gdzie mieszka Abbey. W ramach odpoczynku chce sprawdzić informacje o pirackim skarbie, którego dziewczyna podobno szukała. Zbyt wiele nieścisłości jest w jej opowieści, a to co zaakceptowała Policja jest zbyt naciąganą teorią według niego. Dwa wątki już się połączyły, ale to dopiero początek. Pozostaje jeszcze Mark Corso wyrzucony z pracy, lecz mający w posiadaniu dysk z odkryciem swego mentora. Nim jednak do niego dotrze Ford zostaje on zamordowany, ale informacje trafia w jego ręce. Od tego momentu akcja przyśpiesza jeszcze bardziej, bo Ci, którym zależy na odzyskaniu dysku traktują zabójstwo jako najszybszy środek dotarcia do celu. Komu zależy na danych zgromadzonych na tym urządzeniu, że nie tylko eliminuje wszystkich, wiedzących o odkryciu, ale także ma wpływ na pracę rządowego instytutu?
Akcja zaczyna wykraczać nie tylko poza USA, ale i samą Ziemię, tajemniczy meteoryt ma związek z Marsem, a dokładniej z jego satelitą. To na nim jest urządzenie, które może być początkiem Armageddonu dla naszej planety. Nadal pozostaje pytanie kto stoi za zabójstwami i zatajaniem prawdy. Nie zawsze gdy nie wiadomo o co chodzi to powodem są pieniądze, czasami są to czyjejś ambicje, a gdy do nich doda się jeszcze chęć udowodnienia wyższości jednej religii nad drugą to przyczyna jest idealna.
"Konfrontacja" to książka z pogranicza literatury fantastyczno-naukowej, sensacyjnej i przygodowej. Z jednej strony meteoryty, Mars i kosmiczna broń, a z drugiej strony samotny bohater, który zawsze jest po właściwej strony barykady , no i nie można zapomnieć o suspensie, który zaczyna się na pierwszych stronach książki i jest obecny do ostatniej strony. Tak jak w innych tytułach autora i przy tym nie można się nudzić, ciągle jest się zaskakiwanym rozwinięciem wątków i tym, kto jest człowiekiem "cienia".

Spoglądając w niebo rzadko się zastanawiamy nad tym co może przynieść nam kosmiczna otchłań, może warto poobserwować ten krajobraz częściej, bo niesie ze sobą wspomnienia milionów lat.


Książka przekazana przez portal Sztukateria 
i wyd. G+J za co Dziękuję

Niezbędnik Twardzielek



W ramach akcji "Włóczykijki" dotarła do mnie książka Marioli Zaczynskiej "Jak to robią twardzielki" wraz z niezbędnikiem Twardzielek pomysłu Sylwii









Kamuflaż doskonały

"Kamuflaż"

Spokojne miasteczko gdzieś na prowincji Stanów Zjednoczonych, gdzie większość mieszkańców zna się od dziecka, a sensacja jest tak rzadka jak przysłowiowy "śnieg w maju", oczywiście są plotki, ale też nie nazbyt złośliwe. Prawdziwie sielska kraina, oaza szczęścia, gdzie urodziła się v-ce miss stanu i do której wróciła wraz z mężem. Jej życie może i budziło trochę zazdrości w znajomych, ale życzliwość była o wiele większa. Wszystko układało się jak w bajce, udane życie rodzinne, zadowolenie z siebie i nagle rajska bańka pęka, z przydomowej piaskownicy znika kilkuletnie dziecko. Jak to możliwe? Przecież prawie cały czas ojciec miał syna na oku. To co wydawało się niemożliwe do wydarzenia w tym miejscu właśnie dokonało się. Ktoś porwał chłopca prawie z domu rodzinnego. Rodzice nie mogą uwierzyć w to, że ich syn może być ofiarą takiego przestępstwa. Może gdyby mężczyzna nie wszedł na chwilę do domu albo nie czytał gazety lub ... w tym momencie matka wpada w histerię, zaczyna obwiniać swego męża. Kto i dlaczego dopuścił się tego czynu? Na razie wiadomo jedno, sprawca dokładnie znał plan dnia rodziny i prędzej czy później i tak porwałby chłopca. I coś jeszcze - pozostawione ślady wskazują, że porywacz jest mieszkańcem miasteczka ... Spokojnego, sielskiego i mającego swe mroczniejsze alter ego, gdzie nie wszyscy są tacy życzliwi jakby się mogło wydawać na początku. Pierwsze złudzenia co do rajskiego zakątka opadają gdyby się bliżej przyjrzeć najbliższym sąsiadom zrozpaczonej rodziny, równie zamożnym i szczęśliwym, jednak mającym rysę na swoim rodzinnym portrecie w osobie syna, który już niejedno nosi na sumieniu.

Sprawa wydaje się łatwa do rozwiązania, kilka dni i wszystko zakończy się happy endem, jak może być inaczej skoro przejęła ją policja stanowa? Porwanie dla okupu czy w innym celu? Jeżeli dla pieniędzy to dlaczego nikt jeszcze nie zgłosił się z żądaniem? A gdyby powodem był inny cel to jaki? Zemsta? Może w tym przypadku intuicja małomiasteczkowego szeryfa jest lepsza niż specjalistów ze zwierzchniej jednostki. Coś rzuciło mu się w oczy prawie od razu, ale chyba nie będzie miało to wpływu na przebieg śledztwa. W końcu szczęśliwy ojciec i mąż może nie być na żadnym zdjęciu swojej rodziny, prawda ... ? Odpowiedź na to pytanie może padnie później, teraz nadchodzi czas na rekonstrukcję samego porwania, a ta przedstawia się dosyć niepokojąco, sprawa nie wydaje się już taka oczywista, chociaż trop o miejscowym sprawcy zaczyna być nad wyraz prawdopodobny. Dni mijają, a dochodzenie nie posuwa się do przodu, jakby tego było mało, sprawca porwania podrzuca do piaskownicy gdzie bawiło się porwane dziecko, manekina z ludzkim skalpem. Po tym zdarzeniu matka, która już i tak zamknęła się w swoim  świecie, w ogóle traci kontakt z rzeczywistością. Jedno staje się pewne - porywacz zna się na kryminalistyce i nieobcy mu skalpel. Znaleziono także kartkę z jednym słowem "WSZYSCY", kogo dotyczy? Dla szeryfa każdy jest podejrzany, w każdej twarzy szuka najmniejszego śladu, który mógłby zdradzić zbrodniarza, jego kolega z policji stanowej też nie zamierza się poddać. Czas by bliżej przyjrzeć się zrozpaczonej rodzinie, bo i jej idealny obraz zaczyna pękać. A może był całkowicie inny niż było to przedstawiane otoczeniu?  A wszelkie wątpliwości były chowane z życzliwości dla sąsiadów bądź znajomych. Podobnie jak starano się zachować w tajemnicy nękanie młodej dziewczyny przez syna szanowanych obywateli miasta. I znów śledczy wracają do osoby z początku listy, ale i ten trop gmatwa się. Podejrzany staje się także ofiarą, a intryga zaczyna przypominać pajęczynę tkaną od wielu lat, do której ktoś wciąga coraz to nowe osoby, wszystkie one mają jak na razie tylko jeden wspólny punkt - matkę porwanego chłopca, która była nękana przez lata.
Sześcioletni syn pastora zostaje porwany z własnego pokoju, niedługo potem w miejscowym markecie zostaje znalezione jego serce. Wsparciem dla miotających się w wielu wątkach policjantach okazuje się pani psycholog, doświadczona w tego rodzaju sprawach i nie mająca złudzeń, ze to jeszcze nie koniec bestialskich zbrodni.
Ofiary z teraźniejszości są tylko pokłosem wydarzeń sprzed lat, kiedy zbrodniarz zaczynał swoją działalność. Jako szanowany obywatel wiedział, że opinię publiczną ma za sobą, iż to jemu będą wierzyć mieszkańcy miasteczka, no i liczył na strach skrzywdzonych. Przez lata był bezkarny, ale gdy poczuł zagrożenie zaczął eliminować świadków. Wreszcie gdy do głosu dochodzą ci, którzy doświadczyli z jego strony bólu szeryf nie może uwierzyć w to co słyszy, prawda wreszcie wychodzi na światło dzienne. Miasteczko, które było dla niego przedłużeniem domu rodzinnego nagle staje się wrogie i obce. Jednak chce sam wymierzyć sprawiedliwość, nie włączając w to przyjezdnych. Czy postępuje słusznie? Może chce oszczędzić bólu ludziom, których zna i których miał ochraniać. Jednak tam gdzie wchodzą osobiste emocje łatwo można stracić z oczu prawdę i ulec swoim wyobrażeniom, a działanie na własną rękę tylko jeszcze bardziej gmatwa śledztwo. Sprawca nadal wyprzedza policję, a miarą jego jego pozostawania na przodzie wyścigu jest  liczba ofiar. Porwanie chłopca było katalizatorem dla nowych zbrodni i odsłoniło te z przeszłości. Jedna za drugą następują kolejne i tak samo są odkrywane stare. Spirala gwałtów i morderstw ciągle powiększa się, a jej końca nie widać. Policja sama stała się zakładnikiem tego kogo tak intensywnie poszukuje. Tak jak wcześniej trzymał w potrzasku swoje ofiary, tak samo postępuje ze ścigającymi go. Wykorzystuje ich obawy, strach i ambicję, jak na razie to on nadal prowadzi w grze, gdzie ceną są kolejne ludzkie życia. I wreszcie moment kulminacyjny - złapanie zwyrodnialca, a raczej jego żeńskiego odpowiednika. Na karę jeszcze nadejdzie czas, na razie zaczyna płonąć święte oburzenie z rodzaju tych, które są powodem linczu - "jak mogło dojść do czegoś takiego w naszym mieście?". Pozostaje tylko pytanie dlaczego nikt wcześniej nie miał odwagi by przerwać ten łańcuch zła? Nic nie można było zauważyć i czy sprawcy byli aż tak przebiegli, że udało im się oszukać całe siedlisko? A może wiara, że to co dzieje się gdzie indziej nie ma prawa przydarzyć się w naszym bezpiecznym otoczeniu. Jest ona tak wielka, iż sprawia, że jesteśmy ślepi na znaki ostrzegawcze? Gdy już dochodzi do nieszczęścia trudno uwierzyć, że odpowiedzialnym jest ktoś kogo się dobrze zna, kto wyznaje takie same zasady jak my.

"Kamuflaż" zaczyna się się sielsko i szczęśliwie, nic nie zapowiada tego co czeka czytelnika po kilku stronach. Piękny krajobraz zaczyna ujawniać coraz więcej ciemnych zaułków, niebezpiecznych zakrętów, przepaści. Nikt nie jest bez winy, niczego nie można rozważać w kategoriach czerni i bieli. Wydaje się, że zło nie ma końca, to co wydawało się najwyższym punktem jest tylko przystankiem w drodze na szczyt okrucieństwa i zwyrodnienia. Tytuł świetnie oddaje wszystkie wątki opowiadanej historii i każdą z przedstawionych postaci, bo jest on wszechobecny. Dotyczy ludzi, zachowań, krajobrazu, wszystko to mniej lub bardziej służyło ukryciu zbrodni popełnianych  w jasny dzień. Nikt nie dostrzegł zła czającego się w uśmiechach, miłych pozdrowieniach i przyjacielskiej pomocy.
Książka Ewy Ostrowskiej to coś więcej niż sensacja, to szczegółowy portret społeczności, która uwierzyła, że stoi ponad złem, które dotyka innych.

 Książka przekazana  przez
Wydawnictwo Oficynka, za co dziękuję