sobota, 15 października 2022

Pani siebie

Nowość:

„Pani Labiryntu”

 Magdalena Knedler

Mity tworzą ludzie i wydarzenia, w których biorą udział. Z biegiem lat obrastają legendą jak bluszczem, ale prawda wciąż w nich jest, ale dostrzegają ją nieliczni. Fragment po fragmencie układają z niej obraz tego, co wydarzyło się w przeszłości i co wcale nie zostało zapomniane. Nie wygładzają ostrych krawędzi, nie ukrywają niewygodnych kawałków historii, nie odwracają głowy od niewygodnych faktów, stawiają im czoła i wyciągają wnioski, a potem rzucają wyzwanie przeznaczeniu …

 

Królewska krew niesie z sobą zobowiązania, lecz niektórzy rozumieją je inaczej niż to jest w zwyczaju. Ariadna, córka króla Minosa, odczuwa więcej i inaczej niż jej otoczenie. To, co dla wielu jest tabu ona pragnie poznać i  nie zniechęca się jeśli nie od razu otrzymuje informację. Jednak czy to przystoi księżniczce? Potomkini okrutnego władcy, jaki nie waha się posyłać na śmierć ludzi i kontroluje potwora, powinna wiedzieć co grozi temu, kto ośmiela się głośno przeciwstawiać komuś jego pokroju. Jednak ona nie jest nikim, ale dziewczyną, kobietą, która zdobyła wiedzę, lecz czy nie zawaha się ją użyć? Tajemniczy labirynt pod pałacem jest miejsce bez powrotu, kto wejdzie do niego już nie powróci.  Jednak Ariadna nie jest ofiarą i tym kim chce ją widzieć Minos. Tam gdzie zbyt wielu poddaje się, ona buntuje się, ale czy dzieło Dedala nie pokona jej? Zło ma ogromną siłę, tak wielu mu uległo, lecz księżniczka podąża drogą, jaką wybierają nieliczni czy i tym razem doprowadzi ją do celu? Jaka jest prawdziwa historia tej, która buntuje się przeciwko okrucieństwu, niesprawiedliwości i cierpieniu?

 

Kto nie zna mitu o labiryncie, Ariadnie, królu Minosie, Tezeuszu i Minotaurze? Nawet jeśli szczegóły zatarły się nam w pamięci główny motyw jest znany. A jakby tak spojrzeć z punktu widzenia innego niż to się utarło? Magdalena Knedler oddała głos kreteńskiej księżniczce, ale nie tej mitycznej, a realnemu człowiekowi, nie ukrytemu pod legendą, lecz gdy dopiero ona zaczyna się tworzyć. „Pani Labiryntu” nie jest prostym retellingiem, to książka o wiele bardziej złożona, czego oczywiście oczekuje się po samej pisarce, lecz w tym konkretnym przypadku zostają one spełnione naprawdę wirtuozersko. Ta historia sięga głęboko i jest prawdziwym trzęsieniem ziemi, nie tylko w przenośni, z mitycznych ruin na naszych oczach odbudowuje się niezwykła mozaika losów nie legendarnych postaci, ale ludzi z krwi i kości, ukształtowanych przez wydarzenia, w jakich brali udział. Bohaterowie nie są marionetkami w rękach bogów lub tych, którzy uważają się im równi, niejednokrotnie zaskoczą nas podczas lektury, nie pozwolą byśmy zamknęli ich ponownie w ramę mitu, gdzie znowu staną się jednowymiarowi, przewidywalni, przerysowani lub zbyt eteryczni, by zostali docenieni. To nowa opowieść o ty, co jedynie wydawało się nam znany. „Pani Labiryntu” to herstory, jej historią, historią Ariadny i wszystkich tych z kim połączy ją nie tyle nieobliczalny los ile wybory, jakich dokona. A co z Minosem, Tezeuszem i Minotaurem? Ich postacie wcale nie pozostały zapomniane, odgrywają swoje role, ale także wyszli poza klasyczną kanwę. W każdym z bohaterów dostrzegamy źródło fragmentu ich legendy, lecz nie z perspektywy do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Magdalena Knedler mistrzowsko zinterpretowała antyczny przekaz, zwracając uwagę czytelnika na detale, które raz zauważone nie pozwolą na już spojrzeć w utarty sposób na to podanie.

 

 

 

Za możliwość 

przeczytania książki

dziękuję 

 

 

piątek, 14 października 2022

Love story z happy endem?

Nowość:

„Gdzie moje love story”

Agnieszka Lingas-Łoniewska

 

Życie to nie film, chociaż czasami przypomina bardzo go przypomina. Miłość jak ze srebrnego ekranu? A dlaczego by nie? Tylko trzeba pamiętać, że w realnym świecie scenariusz piszemy wespół z nieprzewidywalnym losem. No i pozostaje jeszcze happy end, ale czy hollywoodzki? W końcu ten kończy się napisami końcowymi, a rzeczywistość zaczyna się po słynnych „żyli długo i szczęśliwie” …

 

Nina Brzeska zna filmowy światek od podszewki i nie ulega jego iluzji. Sprawy zawodowe są dla niej ważne i wie jak dużo już osiągnęła oraz jak wiele jeszcze przed nią. Miron Moro pomimo, iż jest gwiazdorem stara się utrzymywać dystans od celebryckiego show biznesu, ma ku temu swoje powody, które są tajemnicą. Tych dwoje ma dużo wspólnego, ona jest charakteryzatorką na planie filmu, w którym on gra główną rolę. Miron nie nawiązuje zbyt bliskich znajomości w pracy, a chłopak Niny jest od niedawna jej ex, więc raczej dziewczynie nie w głowie faceci, zwłaszcza, iż ten konkretny do sympatycznych nie należy. A może to pozory? Za nimi jest ktoś zupełnie inny, ale dlaczego nie pokazuje się takim jakim jest naprawdę? Za warstwami podkładów, pudru i pomiędzy kolejnymi ujęciami Nina i Moro dostrzegają prawdziwych ludzi oraz coś czego nie brali pod uwagę, ale czy faktycznie tak jest? Magia kina czy realne uczucie i czy marzenia mogą pokonać uprzedzenia?

 

Na taśmie filmowej życie jest jakieś takie barwniejsze, od łez do śmiechu przechodzi się w oka mgnieniu, a miłość jest bajeczna i wieczna. Magia kina po prostu, a co po napisie the end? No cóż tego scenariusz już nie obejmuje, on kończy się na ostatniej scenie, po której gasną światła. Kto jak nie Agnieszka Lingas – Łoniewska, specjalistka od uczuciowych perypetii, może pokazać kulisy miłości w świecie gdzie blask reflektorów oślepia zbyt wielu, a magię kina bierze się za rzeczywistość. Najnowsza książka „Gdzie moje love story” za tło ma plany filmowe i iluzję przez nie tworzone oraz realny świat, gdzie uczucia wcale nie są tak proste jak na kinowym czy telewizyjnym ekranie, a towarzyszą im tak szczęśliwe chwile jak i momenty, które najlepiej by się w ogóle nie wydarzyły. Jednych i drugich nie brakuje w tej historii, a bohaterowie dostarczają czytającym nie lada emocji, realnych, a nie z kliszy. Pisarka po raz kolejny, i na pewno nie ostatni pokazała jak rodzi się miłość, jak zmienia ludzi, ile znaczy, ale również jak ważna jest przyjaźń, rodzina oraz co robi się w imię tych relacji. Jednak oczywiście nie może zabraknąć zwrotów akcji oraz iskrzenia za co odpowiedzialni są postacie, nie pozwalających nam być pewni jaki będzie finał gdy do głosu dojdzie duma i uprzedzenia. Gdzie znajdziecie prawdziwe love story, nie pełne rekwizytów i odegrane pod publiczkę zgodnie z pomysłem scenarzystów, za to z emocjonalnym twistem i bohaterami, jacy wywołają uśmiech na twarzach czytelników, ale i poruszają czułe struny w sercu.

 

Za możliwość przeczytania

książki

dziękuję:

  


 

środa, 12 października 2022

Boska zemsta

Premiera:

„Neon Gods”

Katee Roberts

 

Kiedy wydaje ci się, że nie masz już nic do stracenia to, na jakąkolwiek kalkulację ryzyka jest już stanowczo za późno. Co można zrobić w takim momencie? Jedynie coś czego nikt nie spodziewa się i wcale nie patrzeć jak sytuacja rozwinie się, lecz stać w samym jej centrum i pokierować tak, by już nie być pionkiem.

 

W każdym micie jest co najmniej ziarno prawdy, a co jeśli przybiera ono postać Hadesa. Tak, Tego władcy i boga podziemi! No cóż Persefona musi zmierzyć się z tą prawdą poniekąd na własne życzenie lub raczej z powodu pewnego wieczoru, który potoczył się w kierunku przez nią niechcianym. Do tej pory wydawało się jej, że stoi z boku wszystkich intryg, lecz teraz znalazła się w samym ich środku, a jakby tego było mało pomiędzy dwoma potężnymi facetami, jacy nie pałają do siebie jakimikolwiek ciepłymi bądź pozytywnymi uczuciami. Zresztą i sama Persefona jednego z nich co najmniej nie lubi, a co do drugiego … No cóż jej dość trudne położenie ma też pewne plusy, niespodziewane, lecz naprawdę interesujące. Pozostaje jeszcze kwestia tego, co ją sprowadziło na drugą Styksu czyli sam wszechwładny Zeus. Jego gniew jest legendarny, ale Hades zrobi wszystko by dokonać zemsty, a czy nadarzy się jeszcze lepsza okazja niż ta, która właśnie pojawiła się? Czas rozpocząć nową rundę rozgrywki, podobno zwycięzca może być jeden, a gdyby tak został nim ktoś, na kogo nikt nie stawia? Pozostaje jeszcze coś, czego troje najbardziej zainteresowanych nie wzięło pod uwagę. Uczucie i gotowość by o nie zawalczyć …

 

Znacie to uczucie, które już na wstępie lektury podpowiada, że będzie ona więcej niż dobra i z pewnością nie przerwiecie jej aż do samego finału? „Neon Gods” jak najbardziej wpisuje się w ten opis, lecz to jedynie minimalistyczna zapowiedź tego, co czeka czytelników, gdyż autorka w pełni wykorzystała możliwości nie tyle ponownego opowiedzenia mitu o Hadesie i Persefonie, lecz pokazania go z całkiem nowej perspektywy. Po trosze Urban fantasy, po trosze „odkurzony” mit i przede wszystkim nowy Olimp oraz jakby to nie zabrzmiało boscy bogowie w mroczniejszym entourage`u w wydaniu, które, jakby się tak przyjrzeć ich mitycznym poczynaniom, wcale aż tak nie odbiegają od starożytnych pierwowzorów, co działa na plus. „Neon Gods” smakują wytrawnie, jak dobre czerwone wino, z pewnością przekornie i mocno nieszablonowo, bo postacie i wątki wychodzą z antycznych ram, schodzą z pomników, zrzucają spiżowe zbroje i kamienne oblicza. Olimpijscy władcy od zawsze żyli na własnych zasadach, lecz w tej historii jeszcze bardziej jest to widoczne, w końcu kto jak nie oni je ustanawiają, więc i pierwsi są do ich łamania. Nowatorskie spojrzenie czytelnik odnajdzie niejednokrotnie, lecz najważniejszym punktem, sprawiającym, że książka Katee Robert jest intrygująca i z kategorii nieodkładalnych jest połączenie tego, co tylko wydaje się znane z zupełnie niespodziewaną fabułą. Oczywiście nie da zapomnieć się o bohaterach, od nich prawie wszystko zaczyna się i nawet najlepszy pomysł nie da tak widowiskowego efektu kiedy nie są oni dobrze wykreowani. Autorka zadbała o szczegóły i ogół, co przełożyło się na spójną całość, zaskakującą, pikantną i równocześnie pełną humoru, tworzącą przyciągającą skutecznie uwagę opowieść. Niejeden motyw został wykorzystany, ale co ważne nie skopiowany. Katee Robert położyła fantastyczne fundamenty pod kolejne mity przedstawione z absolutnie niepokornej strony.

 

Za możliwość przeczytania

książki

dziękuję:

 

wtorek, 11 października 2022

Patrzeć i dostrzec

Przedpremierowo:

„Wieża strachu”

Przemysław Borkowski

 

Na pierwszy rzut oka najczęściej wydaje się nam, że dostrzegliśmy wszystko co najważniejsze. To przekonanie zostaje najczęściej podważone gdy zauważamy nowy detal jaki wcześniej nam umknął. A jeśli był jeden to może są i inne? Szczegóły mają znaczenie, nawet jeśli początkowo zostały pominięte, rzucają czasem zupełnie nowe światło na znany już obraz …

 

Luksusowy wieżowiec z ekskluzywnymi apartamentami. Zdawałoby się, że jego mieszkańcy znają jedynie słowo sukces, a ich życie usłane jest przysłowiowymi różami. Jak więc to możliwe, że ta kosztowna oaza stała się miejscem zbrodni? Na to pytanie musi znaleźć odpowiedź prokurator Gabriela Seredyńska, lecz jeszcze nim dobrze zabrała się za jej szukanie pojawiają się nowe niewiadome. Mieszkanie nie od razu zdradza tajemnice, jakie doprowadziły do zabójczego w skutkach finału. Zbrodnia małżeńska? Wszystko wskazuje na właśnie ten, nie inny, scenariusz, ale czy faktycznie wydarzenia miały taki przebieg? Kolejne odkrycie burzy ten prosty, chociaż krwawy, schemat. Co więc zdarzyło się w apartamentowcu? Sprawę komplikuje niespodziewany świadek, a raczej jego zeznania. Pani prokurator dostaje do akt kolejne ślady i poszlaki, lecz nie rozjaśniają  one niczego, wprost przeciwnie gmatwają i tak już skomplikowane śledztwo. Jedno jak na razie jest pewne, są ofiary, cała reszta ukryta jest pod pozorami i fasadą egzystencji, będącej jednym wielkim znakiem zapytania. Kto i dlaczego zabił? Tę zagadkę krok, za krokiem, na czynniki pierwsze rozbiera Seredyńska, jaki będzie tego efekt?

 

Centrum Warszawy, gdzie zawsze jest ruch i nic nie umknie uwadze innych. Nic poza zbrodnią, która została dokonana w luksusowym apartamencie. „Wieża strachu” z pewnością jest mistrzowsko wykreowanym thrillerem, lecz jednocześnie ma w sobie nowoczesną gotyckość. Z początkowo prostego śledztwa wyłania się skomplikowana układanka, w jakiej pierwsze elementy są zwodniczo proste i to wzbudza podejrzliwość, jak najbardziej uzasadnioną. Przemysław Borkowski dorzuca kolejne jej fragmenty, jakie burzą wcześniejsze teorie i podważają przypuszczenia czytelników. To, co jeszcze przed chwilą było pewne za moment już takie nie jest, do tego dochodzi cień oniryzmu, lecz jedno jest coraz mocniej widoczne – śmierć, będąca wynikiem zbrodni. Jaki jest jej motyw? Główna bohaterka nie ustaje w wysiłkach by dotrzeć do prawdy, lecz czy uda się do niej dotrzeć? By ją odsłonić trzeba się przedrzeć przez dowody, słowa wypowiedziane i te zamaskowane niedopowiedzeniami. Podobno w szaleństwie jest metoda, lecz czy w tym przypadku także? „Wieża strachu” skupia jak w soczewce współczesność z jej problemami i iluzjami, którymi karmi nas rzeczywistość i w jakiej aż nazbyt często gustujemy. Do czego to prowadzi? Przemysław Borkowski odpowiada czynami bohaterów, decyzjami jakie podejmują oraz finalnie tym, do czego prowadzą.

 

Premiera:

 12.10.2022

 

Za możliwość przeczytania książki

 dziękuję