niedziela, 19 września 2021

Kiedy Jamie spotkał Laurie

„Miłość na później”

Mhairi McFarlane

 

Koniec. Jedno słowo, wydające się mówić wszystko i być podsumowaniem tego, co właśnie ma finał. Jednak dla wielu to okazja by napisać kolejne – początek, mający w sobie tyle możliwości, czasem znaków zapytania i okazji by rozpocząć coś nowego, innego. Podobno kiedy jedne drzwi się zamykają to otwiera się inne, tylko trzeba je dostrzec i w porę nimi przejść.

 

Kiedy Laurie spotkała Jamiego to nie był grom z jasnego nieba, ten spotkał ją ciut wcześniej. Po osiemnastu latach związku została porzucona przez Dana, a to był dopiero początek rewolucji w jej życiu. Pozostało robić dobrą minę do złej gry, bo łączyła ich ró1)nież praca w tej samej kancelarii. Dlatego utknięcie w windzie z biurowym Casanovą w piątkowe popołudnie jakoś nie jest czymś najgorszym co kobietę spotkało ostatnio. Jak się okazuje w czasie przymusowego pobytu na tak małej powierzchni można co nieco wymyślić lub nawet więcej. Jak zemścić się na byłym i jednocześnie zrobić dobre wrażenie na szefach? Wyrafinowanym odwetem, takim w jakim i owca i wilk będą zadowolenie. Czy to możliwe? Oczywiście, bo Jamie ma doświadczenie w kontaktach damsko – męskich i potrzebuje by traktować go poważniej, a Jamie ma dosyć litościwych spojrzeń i plotek. Co wyniknie z takich pobudek? Projekt prawie doskonały, zakładający pełen sukces i szczęśliwe zakończenie wszelkich problemów. Czy to może być aż takie proste? Pewnie tak, ale życie lubi pisać własne scenariusze, dalekie od tego, co się planuje, zwłaszcza gdy w grę wchodzi miłość, chociażby udawana.

 

Lubię brytyjskie komedie romantyczne i to od lat. Dlaczego? Może dlatego, że nie są zbytnio lukrowane, bohaterowie wydają się bardziej realni, no i co tu dużo kryć z powodu humoru. Uczuciowe perypetie okraszone  porcjami uśmiechu są świetną lekturą, niezależnie od pory roku, lecz kiedy spostrzegamy, że za oknem coraz częściej pochmurnie, szaro i deszczowo to taka mieszanka jeszcze lepiej pasuje. „Miłość na później” jak najbardziej gatunkiem pasuje do tego, co pogoda co jakiś czas nam funduje, pozwala oderwać się od jesiennych dni i poznać bohaterów, chcących zrealizować dość szalony plan. Jak jest on bardzo zwariowany? Może nie sięga górnych granic, lecz na pewno nie brak w nim nieobliczalności, chociaż wydaje się dobrze przemyślany. Do czego doprowadzi? To już jest rozpisane dokładnie w rozdziałach wraz z wątkami pobocznymi i dobrze nakreślonym drugim planem. Mhairi McFarlane nie skupiła się jedynie na motywie uczuciowym, on oczywiście jest w centrum uwagi, lecz liczy się również cała reszta czyli sami bohaterowie, ich przeszłość, jacy są nie w parze, ale jako jednostki. To wszystko splecione jest z ich teraźniejszością, gdzie dzieje się wiele, jednak jest miejsce na to by spojrzeć na siebie, czasem z pomocą innych, oraz otoczenie. W żadnym wypadku historia ta nie jest przegadana lub odwrotnie z nadmierną ilością rozmyślań, jednego i drugiego jest po prostu w sam raz plus oczywiście dawka śmiechu, szczerego, w żadnym razie wymuszonego z celnymi ripostami na to, co dzieje się wokoło. Czytanie „Miłości na później” trochę przypomina spotkanie z ludźmi, których nawet jeśli nie znamy szybko odnajdujemy wspólny język, a czas mija bardzo szybko. Ponad pięćset stron lektury to nie tylko emocjonalne zawirowanie, ale też poważniejsze tematy, jakie znajdują odzwierciedlenie w postaciach i oczywiście fabule, którą bezustannie napędzają. 

 

 

Za możliwość przeczytania

 książki 

dziękuję:

 

sobota, 18 września 2021

Zdradliwe uczucia


„Jej porywacz. Zmień mnie”

Anna Zaires

 

Niektóre koszmary przychodzą nagle i wcale nie są senną marą, wprost przeciwnie. Dzieją się tu i teraz, w rzeczywistym świecie, chociaż zdają się być nierealne. Nie powinny zaistnieć, a jednak w prawie każdej chwili przypominają o sobie, czasem nigdy nie odchodzą, pozostają już na zawsze. Czy możne z nimi żyć? A bez nich?

 

Jaka jednostka czasu jest potrzebna by zmienić czyjeś życie? Niekiedy to kilka sekund, przelotne wydawałoby się spojrzenie, po prostu chwila. Tyle właśnie zdecydowało o życiu Nory, pogodnej dziewczyny, jaka właśnie miała wejść w dorosłość. W mniej niż kilka minut ktoś odbiera jej wiele, czy wszystko? Julian zawsze bierze to, na co ma ochotę, a teraz jest nią nie właśnie pewna młoda kobieta, nieprzypadkowa osoba, lecz ktoś konkretny. Ona nie ma wyboru, może poza jednym, tak łatwo jednak nie zamierza niczego akceptować. Gra, do której jest zmuszona rozpoczęła się przypadkiem, ale cała reszta nie jest już nim nie jest. Jeden nieostrożny ruch, gest, a nawet myśl oznaczają przegraną, chociaż czy na pewno? Wydaje się, że z tej sytuacji nie dobrego wyjścia, zwłaszcza gdy tych dwoje poznaje się lepiej, lecz to mogą być jedynie pozory. Ile jest w stanie wytrzymać Nora? Musi podjąć decyzję, jaka naznaczy ją na całe życie i to wtedy gdy wydaje się, iż właśnie los daje możliwość by odwrócić sytuację w jakiej znalazła się. Dlaczego wybiera właśnie tę drogę, nie całkowicie odmienną? Kim stał się dla niej Julian?

 

Znacie to uczucie, gdy spoglądacie na książkę i wiecie, że jej lektura wymaga odpowiedniego momentu? Takiego gdy będziecie mogli bez pośpiechu rozpocząć czytanie, a zaraz potem wchodzicie do świata bohaterów i od tej chwili prawie nic nie jest was w stanie wyrwać z niego? Twórczość Anny Zaires poznają od jakiegoś czasu i wiem już, że nigdy nie jest to prosta historia, ale skomplikowany węzeł nawzajem wykluczających się emocji. Pisarka raz za razem rzuca wyzwanie temu, co wydaje się oczywiste, pokazuje uczucia z różnych perspektyw, jednocześnie odziera je z sentymentalności, intymności, dodając do niej prawdę, często niewygodną, bolesną i przede wszystkim często brutalną. Nie inaczej jest w przypadku serii Jej porywacz, już prawie sam początek pierwszego tomu „Nie opuszczaj mnie” zdaje się wskazywać jak potoczy się on dalej. Czy rzeczywiście? Powiedzieć, że nie do końca, jest sporym niedopowiedzeniem, gdyż autorka raz za razem drze na drobne kawałki czytelnicze przypuszczenia i teorie. Główni bohaterowie, a zwłaszcza bohaterka, to więcej niż kontrastowe, zaprzeczające sobie i innym, postacie, ale nie jest to przypadkowy zabieg albo pogubienie się w wątkach, to zamierzone działanie. Widzimy to na każdym kroku tej opowieści, w jakiej miłość, nienawiść, ból i zatracenie wciąż pokazują się od nowej strony. To, co dzieje się na kartkach książki nie pozostawia nas obojętnych, rzuca wyzwanie zasadom i normom, akceptowanym zachowaniom oraz przede wszystkim temu jak postrzegamy miłość. Strach nierozerwalnie zmieszany jest ze szczęściem, lecz w „Nie opuszczaj mnie” jedno i drugie niesie z sobą ogromny ciężar wyborów, dokonywanych prawie na każdym kroku i dalekich od tych codziennych, standardowych czy też jednoznacznych. Pod znakiem zapytanie stawiane jest zresztą dużo spraw, bohaterowie rzucają wyzwaniu wszystkiemu co do tej pory było dla nich oczywiste. Gdzieś pomiędzy buntem na to, co zgotował jeden człowiek drugiemu widać ile oblicz mają emocje i do czego są w stanie doprowadzić.

 

Za możliwość
przeczytania książki dziękuję:

 

 

piątek, 17 września 2021

Mroczna strona ludzi

Przedpremierowo

„Eter”

Aniela Wilk

Spokojne miejsce, tam gdzie może nie kończy się świat, lecz mamy przestrzeń taką jakiej potrzebujemy. Niekiedy chcemy odciąć się od przeszłości, od tego, co było i po prostu skupić się tylko na tu i teraz, bez planów na przyszłość, ciągłego gonienia za czymś nowym. Jednak czasem nie da się uciec raz na zawsze od problemów, niektóre z nich i tak przypomną o sobie, kiedy my będziemy mieli nadzieję, że to już za nami i uderzą z całą siłą.

 

Rzucić wszystko i jechać w Bieszczady? Niekoniecznie w tym kierunku, zwłaszcza, że tam ostatnio coraz bardziej ludniej, ale jest inne miejsce gdzie również istnieje szansa zaszycia się gdzieś w samotności. Odziedziczony dom ciotce gdzieś w Karkonoszach dla Julii ma być po prostu na jakiś czas, raczej krótszy niż dłuższy, punktem do złapania oddechu, finansowego także. Cisza i spokój bywają przereklamowane, ale pozwalają usłyszeć kogoś, kto od pierwszych wypowiedzianych słów fascynuje ją, działa wprost hipnotycznie. Do kogo należy tajemniczy głos? Odpowiedź okazuje się równie zaskakująca jak i sama audycja radiowa, a to dopiero początek niespodzianek czekających na Julię. Okolica wydawała się spokojna, wymarzona do odpoczynku, lecz prawda okazuje się daleka od tego. Karkonoskie krajobrazy kryją w sobie wiele sekretów, ich poznanie pokazuje mroczną stroną ludzkich dusz i umysłów. Dariusz próbuje od lat uciec od przeszłości albo raczej odsunąć ją od siebie, tak jakby należała do kogoś innego. Jego życie jest dalekie od tego dawnego. Obecność Julii zakłóca wypracowaną rutynę, wzmaga niepokój, jego i jej. Oboje stawiają czoła sobie samym i innym, czy razem uda im się wyjść na prostą? Pozostają jeszcze mroczne Karkonosze i tajemnice, które rzucają ciemny cień na nich i wszystko dookoła …

 

Najłatwiej byłoby powiedzieć jakie to dobre, ale to oddawałoby jeden ułamek tego, co czuje się podczas lektury „Eteru”. Zaciekawienie przechodzące w zaintrygowanie, nieustanne oczekiwanie na to, co się wydarzy, pozorny spokój, który nieustannie zwiększa napięcie i u czytelników oraz bohaterów towarzyszą nam podczas czytania. Bardzo szybko nasuwa się również pytanie jaki będzie finał tej niesamowitej historii, chociaż z drugiej strony najlepiej gdyby można byłoby go odwlec jak najbardziej, tyle, że każda strona, rozdział coraz bardziej wciągają i nie da się odłożyć czytania na potem. Aniela Wilk splotła dwa gatunki w jednej historii, wydobywając z nich wszystko co najlepsze czyli ekspresyjność dreszczowca oraz intensywność sensualnej opowieści. A jeśli do tego dodać dbałość o detale oraz siłę drugiego planu czyli nieujarzmionej dzikości Karkonoszy to otrzymujemy imponujący wynik w postaci książki, która wciąż pobudza apetyt na więcej i więcej. Przemyślana fabuła jest swoistym labiryntem zbudowanym z najpierwotniejszych ludzkich instynktów, odsłaniających w człowieku to, czego sam się nie spodziewał lub co już od dawna go napędza. Czasem nie wiemy co tkwi w powieści, że wprost pochłaniamy ją. W przypadku „Eteru” to „coś” tkwi w krajobrazie, niespodziewanie niepokojącym i pełnym nieoczekiwanych tajemnic, bohaterach i rodzącej się między nimi relacja oraz kryminalnej zagadce, niedającej o sobie zapomnieć, kładącej się cieniem na wszystkich i wszystkim.  Mroczna, hipnotyczna, kameralna i zmysłowa powieść, w której oczywistość Aniela Wilk zastąpiła suspensem i pragnieniami, dając czytającym wielowarstwową lekturą, w żadnym razie jednorazową, ale taką do jakiej wraca się wielokrotnie.

 

Premiera:

22 września
  

Za możliwość przeczytania 

książki dziękuję

 

środa, 15 września 2021

Zapowiedź: "Zasypani zakochani"

 Zapowiedź:

 

 


 

Takiej śnieżycy w Szczawnie-Zdroju nie widziano już dawno. Tak niedobranej pary jak Anastazja i Hubert także nie. Ale święta to przecież czas cudów.

W życiu Anastazji Klops prawie nic nie idzie tak jak trzeba. Po rzuceniu pracy w policji kobieta potrzebuje odmiany. Zbliżają się święta. Położony w odludnym zakątku pensjonat babci wydaje się idealnym miejscem, by zacząć wszystko od nowa, a przy okazji ukoić zszargane nerwy.

Szkoda tylko, że seniorka wpadła po uszy w zagraniczny romans i zostawiła wnuczkę samą na gospodarstwie. W roli gospodyni Anastazja nie radzi sobie najlepiej, a na domiar złego pewien stały klient pensjonatu bezustannie gra jej na nerwach. Hubert Zapałka jest wymagający, złośliwy...
i bardzo, bardzo przystojny. Ale pod maską aroganta skrywa własne bolączki. Być może nadszedł wreszcie czas, by stawić im czoła?

Kiedy śnieżyca odetnie pensjonat od świata, tych dwoje będzie musiało poznać się bliżej – czy tego chcą, czy nie. Wyniknie z tego dużo śmiechu, czułości i nieporozumień. Innymi słowy – niezły klops!  

 

Przedsprzedaż:

https://bit.ly/3tJCtH3 

wtorek, 14 września 2021

Zbrodnia i inne zalety SPA


 Przedpremierowo:

„Efekt pandy”

Marta Kisiel

 

Pewne sprawy i tak się wydarzą, jakbyśmy tego nie chcieli, po prostu taka karma i tyle. Niektórzy próbują się opierać, odwracać głowę i po prostu  mówić NIE, głośno, wyraźne i odpowiednio dobitnym tonem. Niestety czasem trzeba po prostu przyjąć wszystko z dobrodziejstwem inwentarza, oczywiście nie omieszkając głośno wyrazić swoje zdanie. A potem po prostu człowiek daje się porwać wirowi wydarzeń, nawet jeśli broni się przed tym jak może.

 

Założenie było tyleż proste, co pokrętne czyli wellness w towarzystwie kobiecym, teoretycznie najbliższym. Teresa Trawna miała pewne podejrzenia, że to mocno naciągana hipoteza, nawet jeśli poparta namowami ukochanego małżonka. Jednak po ostatnich wydarzeniach każdemu by należał się wypoczynek, oczywiście sceptycyzm wcale nie opuścił jej, bo co jak co, ale człowiek powinien uczyć się na błędach, najlepiej cudzych, z braku takowyż na własnych. Niestety jak zwykle miłe złego początki plus intuicja i talent dostrzegania zbrodniczych zamiarów otoczyły Tereskę oraz jej towarzyszki. Może i są w SPA i powinny zajmować się wprowadzaniem do swojego życia świętego spokoju, przynajmniej na te kilka dni, lecz trudno nie przyjrzeć się potencjalnemu, wcale nie aż tak hipotetycznemu, zbrodzieniowi. Oczywiście zbytnio to nie na rękę urlopowiczkom, ale kto powiedział, że nie zajmą się szemraną personą? Zwłaszcza gdy trup zaginął, a więcej niż mocno podejrzany typ wprost aż się prosi by pokazać mu, że pod bokiem Trawnych żadna zbrodnia, nawet ta przypuszczalna, nie ujdzie na sucho. Tereska z pomocniczkami chwyciła już trop i tak łatwo nie podda się, zbrodzień nie wie z kim zadarł! Dochodzenie nabiera rumieńców, kolejne fakty mocno uwiarygodniają to, co mogło przez postronnych, choćby najbliższych, być brane za hipotezę. Finał śledczych kroków zwala z nóg, dosłownie i daleko od przenośni, bo prawda bywa jeszcze bardziej pokrętna niż ścieżki, jakimi chadzają panie Trawne!

 

Co może wydarzyć się gdy pięć osób płci żeńskiej, cztery dwunożne i jedna czworonożna, wyruszą do miejsca gdzie mają być rozpieszczane, dopieszczane i w szczególe oraz ogóle powinny zaznać cudów spod znaku SPA? Z założenia tylko i jedynie relaks, wypoczynek oraz sielski relaks na tysiąc i jeden sposób, co najmniej. No cóż bohaterki „Efektu pandy” na każdym kroku, prawie, przeczą tym założeniom. Pisarka zadbała by zbytnio nie uderzyłam im do głów dawka świeżego powietrza i idyllicznych elementów krajobrazowych Co za tym idzie uknuła doskonałą intrygę sensacyjną, okraszając ją humorem, ciętym, z dużą dawką satyry niekiedy o zabarwieniu dość mrocznym, za to zawsze błyskotliwym. Napisanie komedii kryminalnej nie jest prostą sprawą, chociaż wydaje się czymś odwrotnym i nie wszyscy autorzy wychodzą z tego z obronną ręką. Marcie Kisiel nie tyle udało się, bo to żaden przypadek czy też splot sprzyjających okoliczności, lecz przekucie dobrego pomysłu na książkę, w jakiej czytelnik z jednej strony ma bawić, a drugiej wciągnąć suspensem i zaskakiwać od początku do samego końca. Na okładce powinno być ostrzeżenie, że temu kto odważy się czytającemu przerwać lekturę grozi śmierć lub ciężkie uszkodzenie ciała. Śledcze, i bojownicze zarazem, zacięcie postaci bardzo szybko się udziela każdemu, zwłaszcza gdy akcja zagęszcza się, kryminalne widmo nabiera jeszcze bardziej intrygujących kształtów i dowcip zaostrza się. Pozostaje jeszcze zakończenie czyli koniec zwieńczający dzieło, pełne rozmachu, odpowiedniego dla bohaterek dramatyzmu i komedii. A kiedy już zostanie przeczytane ostatnie zdanie odczuwa się potrzebę pochłonięcia kolejnej porcji perypetii pań Trawnych.  

 

 

Premiera:

29 września

 


 

poniedziałek, 13 września 2021

Zapowiedź: "Efekt pandy"

 Zapowiedź:


 Za namową męża Tereska Trawna raz jeszcze daje się skusić wizją świętego spokoju z widoczkami. Tym sposobem cztery kobiety i psica wyruszają na babski wypad do SPA. Niestety, zaplanowane wellness i błogi relaks w górskich okolicznościach przyrody już pierwszego dnia idą w niepamięć, gdy na horyzoncie pojawia się przyczajony zbrodzień.

Cóż. Niektórzy nigdy nie uczą się na błędach.