poniedziałek, 15 listopada 2021

Cena marzeń

„Krawcowa z Paryża”

Georgia Kaufmann

 

Życie bywa skomplikowane, chociaż zbyt często patrząc na człowieka widzimy całkowicie co innego. Sukces, szczęście, pewność siebie zbyt często mają drugą stronę medalu, o jakiej nikt nie wie, a ten kto ją poznał stara się czasem o niej zapomnieć. Jednak przeszłość, tak samo jak i wspomniane, chciane czy nie, zawsze prędzej czy później daje o sobie znać.

 

Życie przynosi zaskakujące i trudne wyzwania. Rosa poznała pierwsze z nich jeszcze jako nastolatka, szybko musiała dorosnąć, podobnie jak i wielu jej rówieśników. Jej świat ograniczający się do tej pory do małej alpejskiej doliny z dnia na dzień musiał się powiększyć. Wiedziała jedno, krok  w tył jest niemożliwy, może jedynie podążać do przodu, droga ta wiedzie ją coraz dalej od rodzinnego domu. Paryż pozwala dziewczynie rozkwitnąć, jej marzenia zaczynają sięgać o wiele dalej niż śmiałaby marzyć, ale także przypomina jak dużo już za nie zapłaciła. Przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć, szczęście przyćmiewane jest przez ogromną stratę, od jakiej nie da się uciec. Czy zawsze już tak będzie? Rosa poznała smak sukcesu i porażki, ale przed nią kolejne sprawdziany oraz ludzie, którzy odkrywają przed nią siłę miłości, ból rozczarowania oraz radość z niespodziewanych uśmiechów losu. Każda decyzja ma swoją cenę, czy nie przytłoczy ją świadomość jak dużo straciła?

 

Przy niektórych książkach chciałoby się czytać ją jak najdłużej i jednocześnie najszybciej poznać jakie będzie zakończenie. Georgia Kaufmann jest autorką takiej właśnie historii, gdzie te dwa odczucia splecione są nierozerwalnie i to od pierwszego rozdziału. Niezwykła historia, w jakiej przeszłość i teraźniejszość nawzajem się uzupełniają, pokazując jak skomplikowane mogą być ludzkie losy, chociaż nic tego nie zapowiada. Autorka odkrywa, rozdział po rozdziale, postać głównej bohaterki, która prawie nic nie wiedząc o świecie podejmuje ryzyko, okazujące się być krokiem do przyszłości dalekiej od tej, o której wcześniej nawet nie marzyła. Jednak to jedna strona osiągniętego sukcesu, druga jest ciemniejsza, boleśniejsza, wymagająca zmierzenia się z podjętymi decyzjami i tymi, co z sobą przyniosły. „Krawcowa z Paryża” jest opowieścią o życiowej podróży, tak tej rzeczywistej, jak i będącej sumą doświadczeń zdobywanych dzięki wychodzeniu naprzeciw szansom, jakie los podsuwa, ale również tych, będących wynikiem bolesnych wyrzeczeń i raniących kompromisów. Georgia Kaufmann wplata w wątki różnorodne historyczne fakty, od Drugiej Wojny Światowej poczynając poprzez lata powojenne aż prawie po współczesność oraz rzeczywiste postacie takiej jak Christian Dior. Dodaje to autentyczności fabule oraz ubarwia ją, lecz w dobrym tego słowa znaczeniu, na tle takiego drugiego planu pierwszoplanowa postać jest jeszcze bardziej wyrazista. Element mody nie jest nic nie znaczący, wprost przeciwnie, detale z nim związane są częścią bohaterki, spełnionym marzeniem, będące fundamentem do kolejnych. Pisarka pokazuje ją tak jak chce by ją postrzegali inni, lecz także tak jak widzi się ona sama, bez ozdobników, z wadami, błędami, ale talentami, które dają jej siłę by podążać za głosem intuicji. Nie zapomina również by odsłonić cenę, jaką płaci za to, czego pragnie, niezależnie od pobudek. Książka ta niesie z sobą zapach perfum, paryski klimat, piękno haute couture, lecz przede wszystkim to historia dziecka, dziewczyny, kobiety, która niejednokrotnie postawiła wszystko na jedną kartę, co wygrała, jak smakuje porażka, ile znaczy zwycięstwo? To wie tylko ona, a czytelnicy mają okazją poznać niezwykłą osobowość.

 

Za możliwość 

przeczytania książki

dziękuję 

 

 

 

sobota, 13 listopada 2021

Po prostu Mistrzyni

Przedpremierowo:

„Mistrzyni”

Manuela Gretkowska

 

Można by powiedzieć cudze chwalicie, swego nie znacie, hasło to powtarza się zbyt często od kilkuset lat, jak nie dłużej. Wiele już się zmieniło, ale wciąż odkrywamy, że zapomnieliśmy, nie dostrzegamy lub nie doceniamy tego i przede wszystkim tych, którzy są twórcami na krajowym podwórku, wyszli i wychodzą przed szereg, mistrzynie i mistrzowie. A warto, bo jak się już niejednokrotnie przekonaliśmy patrzymy daleko, a tuż obok były lub są osoby, o jakich warto pamiętać.

 

Kobieta petarda? Nie, kobieta kometa, to określenie lepiej pasuje do Lucyny Ćwierczakiewiczowej, nie zaistniała i nie zachwyciła na chwilę, lecz przez lata zwracała na siebie uwagę i na swoją pracę. Wbrew dziewiętnastowiecznym konwenansom, przypisanej roli oraz społecznym opiniom realizuje się zawodowo, oczywiście na swój sposób. Jak to możliwe? Na pewno to zasługa charakteru, wykorzystania okoliczności oraz robienia tego, co się naprawdę lubi, nawet jeśli wszyscy wokół nie wierzą w to, uważają, że to nie wypada, a tak w ogóle i szczególe nie wierzą w jakikolwiek sukces, poza nielicznymi. W końcu to „tylko” kobieta, tak naprawdę sama niezbyt dużo mogąca, bo najczęściej najpierw o niej decyduje ojciec, potem mąż. Tyle, że w tym przypadku okazuje się ta opinia nietrafiona, gdyż panienka z dobrego tomu, młoda mężatka, rozwódka, ponownie mężatka i jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli bizneswoman oraz autorka, dokładnie wie co chce osiągnąć i nie zważa na to, co mówią o niej inni. A mówią dużo, czasem mało przychylnie, oczywiście nie kiedy ona jest blisko. Przyjaźni się z Bolesławem Prusem, jej książki przewyższają nakłady jego książek, ale również Henryka Sienkiewicza czy też narodowych wieszczy. Mało? Do tego pomoc ubogim, wprowadzanie nowości w kulinariach, modzie, urządzaniu wnętrz i jak potrzeba przeklinanie głośno i na forum, tych, którzy na to zasługują. W naszych czasach na pewno zdobyłaby jeszcze większy rozgłos, ale to w swoich pokazała na co ją stać, używając swoich zalet i wad, bezkompromisowo i płacąc za to wysoką cenę.

 

Duet doskonały czyli Manuela Gretkowska pisząca o Lucynie Ćwierczakiewiczowej. Dwie kobieta, dziewiętnasty i dwudziesty pierwszy wiek oraz wbrew pozorom, osiągnięciom technologicznym i społecznym, wiele wspólnego, zwłaszcza w tym drugim aspekcie, lecz również i w innych. „Mistrzyni” czyta się prawie na jednym oddechu, fabularyzowany fragment ostatnich lat życia niezwykłej kobiety ma w sobie wszystko to, co sprawia, że czytamy do samego końca, bez zbędnych przerw czy też rozpraszania. Pisarka doskonale oddała ducha epoki, narodu i przede wszystkim głównej bohaterki, przypominając ją wszystkim tym, którzy jeszcze nie słyszeli o tej osobowości, gdyż niewątpliwie nią była. Na równi, a może nawet bardziej, z literackimi tuzami, o jakich uczymy się obecnie na lekcjach języka polskiego i historii, znana wówczas i zapomniana później oraz teraz. Na jej osiągnięcia nawet po ponad stu latach patrzy się z podziwem, przez lata jakbyśmy to teraz powiedzieli guru tematyki jak po prostu lepiej żyć, ale również edukatorka, nie bojąca się wskazywać gdzie trzeba wprowadzać zmiany i podająca przepis jak to zrobić. Chodzący zbiór cnót niewieścich? Oczywiście, zaradność, szczerość, stawianie na swoim, brak lęku przed tym słynnym „co ludzie powiedzą”, bo przecież to jej słuchano i dobrze płacono za dobre rady, to niektóre z zalet. Wady też są, w końcu kto ich nie ma, zauważane, komentowane i odzwierciedlane w satyrycznych rysunkach między innymi. Manuela Gretkowska pokazała jedne i drugie, nie zapominając o pokazaniu prawdziwego człowieka, a nie zakurzonego pomnika, odstawionego do kąta historii, zresztą niesłusznie. Można by bez trudu porównać tę postać do kreacji Meryl Streep jako Julii Child, lecz przecież to Lucyna Ćwierczakiewiczowa była pierwsza przed nią i całym szeregiem znanych oraz barwnych osobowości, jakie brylowały kiedyś i teraz. Tytuł oddaje co do joty kim była, prawdziwa „Mistrzyni” w tym, co robiła, ale także człowiek, popełniający błędy i drogo za nie płacący, oceniająca i oceniana, zapadająca w pamięć i równocześnie prawie zapomniana. Pełna sprzeczności, po części dziecko swoich czasów – pozytywizmu, ale także sięgająca dalej, przekuwającą to, co tak wielu uważało za słabość w atuty. Kim była bohaterka Manueli Gretkowskiej? Bez wątpienia kimś, kogo warto poznać i docenić, nie gloryfikować, ale po prostu zapamiętać.

 

 

Premiera:

24 listopada

 

Za możliwość 
przeczytania książki 
dziękuję

 

czwartek, 11 listopada 2021

Początek

„Europejski raj”

Alexa Lavenda

 

Czym jest prawdziwa miłość? Definicja powstała niejedna, może nawet każdy człowiek ma swoją, opartą na doświadczeniu bądź marzeniach. Te drugie nadają jej magii i czaru, jaki czasem potrzebny w trudniejszych chwilach by w nią nie zwątpić i walczyć o nią, gdy wydaje się przegraną sprawą.

 

Po tym, co było udziałem Patrycji i Maxa nic nie powinno już zakłócić ich szczęścia. Dawka łez, gniewu, niepewności i złamanych serc już jest wystarczająca. Tym bardziej ta dwójka docenia to, co jest pomiędzy nimi, czy coś zagrozi im? Wydaje się, że nie, darzą się zaufaniem i po prostu cieszą się sobą, sukcesami, jakie osiągnęli, a jeszcze tak wiele przed nimi. Tyle, że krótki moment spowodował, iż chwieje się w posadach dosłownie wszystko i wystarczy krok w złym kierunku, a zostanie stracone to, co już zostało zdobyte. Max nie poddaje się, aż za dobrze zna smak rozstania, przeznaczenie czy nie, nie zostawi Patrycji samej. Przetrwali dużo, nie wszyscy by podołali temu, teraz nadszedł czas kolejnej próby, ostatniej? Jeśli to zależałoby od nich w ogóle by do niej nie przystępowali, ale decyzję podjął ktoś inny. Rzucił wyzwanie bolesne i mogące zniszczyć ludzi, którzy dostrzegli szansę i pomimo przeszkód poznali oraz docenili to, co z sobą im przyniosła. Ale czy zdobyli ją na zawsze?

 

Alexa Lavenda powróciła z finałem serii, jaka pokazała co niesie z sobą miłość, prawdziwa, niekiedy raniąca, chociaż powinna dawać radość. Nim jednak nastąpi koniec historii Patrycji i Maxa czytelników czeka jeszcze wiele emocji, pojawiających się niespodziewanie oraz będących kolejnymi wirażami. Autorka nie zapomina o klimacie wcześniejszych części i wplata ją w ten tom, kontynuacja przygód głównych bohaterów to mieszanka szczęścia, ale również tego, co już i jeszcze rani. Wątki komplikują się, odsłaniają wcześniejsze blizny, lecz również są dowodem, że warto walczyć o to, w co się wierzy. Kolejne elementy uzupełniają obraz, jaki został rozpoczęty pierwszym rozdziałem, widać w nim jaka droga już została przebyta i ile jeszcze przed postaciami, natomiast teraźniejszość właśnie rozgrywa się na oczach czytających. Tam gdzie spodziewamy się spokojnych tonów otrzymuje smakowitą podróż, w jakiej tak naprawdę niczego nie powinniśmy być pewni. „Europejski raj” przenosi nas w różnorodne miejsca na mapie, bo jeszcze ostatnie słowo nie zostało powiedziane. Bohaterowie pokazują czym może być miłość, jak z zauroczenia przekształca się w poważniejsze uczucie, ale również co to oznacza dla dwojga ludzi.

 

Za możliwość przeczytania 

książki

dziękuję:

 

środa, 10 listopada 2021

Dwa serca


Premiera:

 

„Żołnierskie serce”

Tomasz Betcher

 

Podobno przeciwieństwa przyciągają się, ale spotkanie bratniej duszy również tak działa. Co jest lepszym fundamentem dla uczuć? Tego tak naprawdę nie wie nikt dopóki sam nie znajdzie się w sytuacji gdy los daje mu szansę, a nawet kilka, na zdobycie tego, co wydawało się nieosiągalne lub stracone. Czy łatwo zaufać sobie oraz komuś, jeśli już zostało się zranionym i pamięta się smak rozczarowania?

 

Małe miasteczko oddalone od metropolii, wydaje się miejscem niezbyt wiele oferującym, ale niektórzy nie są wybredni, chcą mało lub tylko jednego – spokoju, nie świętego tylko takiego zwykłego ludzkiego. Piotr zbyt dużo już widział i przede wszystkim pamięta, stary dom po dziadku na prowincji wydaje się dobrym punktem by po prostu zostawić za sobą przeszłość, chociaż nie do końca, bo blizny po niej nie dadzą o sobie zapomnieć nigdy. W Sielnie czeka go niejedna niespodzianka, pierwsza to sąsiedzi, jacy mają też swoje problemy, a których częścią staje się. Emilia dawno temu nauczyła się, że życie nie jest ani proste, ani tym bardziej zbyt szczęśliwe, ale jakoś próbuje ogarnąć je. Nowy sąsiad za ścianą jest dla niej kolejną komplikacją. Tych dwoje ma swoje tajemnice, bolesne, wciąż raniące, codzienność dostarcza im kolejnych zmartwień. Piotr nie do końca znajduje w Sielnie to, czego szukał, lecz wbrew pozorom nie chce uciec z niego. Znalazł w nim coś innego niż oczekiwał, Emilia również otrzymała od losu niespodziankę, ale oboje wielokrotnie przekonali się jak kapryśny bywa. Czy tym razem będzie łaskawy?  Może główną rolę w kreowaniu swojej przyszłości odegrają najbardziej zainteresowani? Poznali smak cierpienia, ulotnego szczęścia i olbrzymiej straty. Czy nadszedł czas na zupełnie coś odmiennego, co sami wyrwą przeznaczeniu?

 

Nietuzinkowa, wzruszająca, ale również przedstawiona z detalami, czasem bolesnymi, historia ludzi, którzy doświadczyli wiele i odnaleźli się w momencie gdy chcieli jedynie przetrwać. „Żołnierskie serce” nie ma w sobie ckliwości, przesadzonych emocji czy też nierealnych postaci, autor postawił na pokazanie bohaterów, nieidealnych, może też trochę zagubionych, ale próbujących żyć zgodnie ze swoimi zasadami, różniących się od siebie, ale równocześnie wbrew pozorom podobnych. Jeśli do tego dodamy małomiasteczkową atmosferę miejsca, jakiemu daleko do sielskości rodem z pocztówki, ale niekiedy stającego się domem, nie z nazwy, ale za sprawą osób go tworzących, dostajemy opowieść, którą pochłoniemy w rekordowo krótkim czasie, bo nie da się jej przerwać ot tak sobie. Zamiast zawrotnego tempa jest splot wydarzeń, które odzwierciedlają rzeczywistość w jakiej są lepsze i gorsze momenty oraz gdzie bohaterowie próbują napisać nowy rozdział. Nie jest on do końca taki jak planowali, ma w sobie niespodzianki, dobre i złe, lecz należy do nich. Nie można także nie zauważyć jednego z wątków, przedstawiający jak trudno egzystować gdy przeszłość i pamięć o niej nie są oparciem, lecz ciężkim, życiowym, bagażem. Tomasz Betcher w jednej historii połączył dwa różnorodne światy, spotykające się kiedy dawno utracono złudzenia, lecz jeszcze są marzenia, jakimi niektórzy chcą się dzielić. To one pozwalają spojrzeć przed siebie, nawet gdy okazuje się, że po raz kolejny trzeba stawić czoła demonom, wciąż aktualnym i odbierającym znowu zbyt dużo.