„Dziewięć kołatek Troya”
Alicja Czarnecka – Suls
Dużo nie jest potrzebne by z zupełnie
niewinnych działań wyniknęło coś zgoła odmiennego. Wystarczy ciekawość i nie
odwrócenie głowy, gdy okazuje się, iż dzieje się to, czego nie było w planach.
A potem to już wystarczy dotrzymać kroku dziejącym się wydarzeniom i próbować
być krok przed innymi, dwa również nie zaszkodzą. Cała reszta to łut szczęścia,
nieoczekiwana pomoc i po prostu wiara w przyjaciół.
Czasem z prostego wydawałoby się
wyjazdu do Czerwińska wychodzi niezła draka, chociaż to określenie zdaje się
być na wyrost to Lula, Ada, Gabryś i Kris, raczej potwierdziliby, że to trafne
określenie. Wszystko rozpoczęło się nad wyraz niewinnie, ale jedna kołatka
wiele zmieniła. Przede wszystkim stała się podstawą do śledztwa, oczywiście nie
jakiegoś oficjalnego, lecz jak najbardziej z misją. Zaginiona podczas wojennej
zawieruchy wciąż pozostaje jednym z wielu dzieł sztuki, jakie nie zostały
odnalezione. Jednak pewien trop zdaje się być na tyle wiarygodny, iż warto go
sprawdzić. Jak się okazuje pociąga to z sobą dokonanie prawie przestępstwa,
narażenia się grupie fanatyków z zachodniej granicy. Średniowieczna kołatka
kryje kilka tajemnic, zahaczających nawet o Templariuszy, ale też o czasy dużo
późniejsze. Zresztą, jeśli chodzi o sekrety, to i przyjaciele je posiadają.
Finał tego dochodzenia będzie zupełnie daleki od pierwotnych planów, w końcu
niecodziennie bierze się nadzwyczaj czynny udział w odzyskaniu skarbu.
Czy daleko trzeba szukać historycznych
zagwozdek i to sięgających głęboko w dzieje?
Lubicie zagadki, tajemnice z przeszłości,
poszukiwanie zaginionych dzieło sztuki?
Dorzućmy do tego humor i polskie zabytki, a mamy
intrygującą lekturę, w jakiej nie wiemy co wydarzy się za moment, a będzie
działo się dużo i wiele więcej niż czytelnik spodziewa się. Już prolog zaostrza
apetyt, dalej jest jeszcze lepiej, bo jeśli ktoś sądzi, że to jedyny wątek,
chociaż intrygujący i zapowiadający niejeden zwrot w akcji, to jest w ogromnym
błędzie. Alicja Czarnecka – Suls zadbała o to, by czytający nie byli pewnie co
lub kto jeszcze pojawi się w tej opowieści i tak naprawdę niespodzianek jest
kilka z kategorii całkowicie kontrastowych. W końcu jak poszukiwanie skarbu to
na całego, żadnych półśrodków oraz zawahania, lecz działanie i to grupowe, gdyż
jak wiadomo nie od dziś w grupie siła, a w tej książce to grupa, jakiej
niedocenianie mści się. „Dziewięć kołatek Troya” jest powieścią gdzie tło historyczne jest
wykorzystane niejednokrotnie i za każdym razem staje się czymś więcej niż
jedynie drugim planem, podobnie jak i lokacje, nie będące tylko punktem, ale i
istotnym elementem. Autorka doskonale połączyła jedno i drugie, wydobywając
ciekawe fakty i łącząc je z fabułą w intrygującą całość, z zatartą granicą
pomiędzy faktami, poszlakami i wyobraźnią. No i pozostają bohaterowie,
powiedzieć, że są barwni, nieobliczalni i zdeterminowani, to jakby pozostawić ogromne
niedopowiedzenie. Grupa przyjaciół, jacy pójdą za sobą w ogień, podpalą świat i
kawałek kosmosu oraz nie dadzą się zniechęcić żadnym okolicznościom, nikomu,
niczemu. To oni stanowią oś książki, źródło wątków, niektórych sekretów,
wykreowani tak, iż szybko zdają się być dobrymi znajomymi nas czytelników.
Dzięki nim poszukiwawcza wyprawa podąża się w całkowicie zaskakującym kierunku,
po drodze jeszcze z dodatkowymi atrakcjami, również spod znaku zupełnie
nieprzewidzianych.
Za możliwość przeczytania książki
dziękuję:
Pięknie uchwyciłaś to, co w takich powieściach najważniejsze. Najbardziej urzeka mnie w Twojej recenzji zwrócenie uwagi na siłę przyjaźni i to, jak historia staje się żywym uczestnikiem wydarzeń, a nie tylko suchym tłem. Aż ma się ochotę sama wyruszyć na poszukiwanie takich tajemnic. Z przyjemnością dopisuję ten tytuł do listy lektur.
OdpowiedzUsuń