Przedpremierowo:
„Tron
we krwi. Zdrada”
Jolanta
Maria Kaleta
Ten
kto ma władzę na swych barkach dźwiga nie tylko wielki ciężar
odpowiedzialności, lecz i musi liczyć się z tym, iż nie jest dana raz na
zawsze. Tam gdzie niedawno jeszcze kwitła przyjaźń, która dawała wsparcie w
trudnych chwilach i radość, gdy już zagrożenie minęło, zaczyna rodzić się coś
przeciwnego. Równie potężnego i mogącego zmieść wszystko co wcześniej dzięki
niej powstało. Zdrada. Jedno słowo, mówiące dużo, za jakim kryje się zadawanie
znienacka ciosów, łamanie zasad i przede wszystkim danego słowa …
Niezbadane
są ścieżki jakimi przeznaczenie każe iść człowiekowi. Piotr z rodu Łabędziów,
zwany Samborem, ma szlachetne ideały, a gdzie jak nie dwór książęcy jest
odpowiednim miejscem by je móc wprowadzić w życie? Tam rozstrzygają się losy
państwa, a ten kto będzie służył wiernie władcy
zostanie nagrodzony, lecz czy na pewno? Tam gdzie władza jest również
swoje miejsce znajdą zakulisowe rozgrywki, trzeba być ostrożnym i odpowiednio
dobierać sobie przyjaciół. Czy młody Sambor będzie umiał rozpoznać sojusznika i
wroga? Blask korony niejednego już zwabił i oślepił, nawet ci, którzy ją noszą
nie są wolni od niecnych pokus. Nad niektórymi czuwają siły, o jakich nie mówi
się głośno, starzy bogowie wciąż mają moc, młodzieńcza brawura oraz honor mogą
niejedno niebezpieczeństwo przezwyciężyć, ale gąszcz intryg oplata wszystko i
wszystkich, nie zawsze widocznymi pnączami. Rozwaga przychodzi z wiekiem, lecz
czasem naznaczona jest bolesnymi doświadczeniami, osobiste szczęście bywa
kruche, tak samo jak i łaska pańska. Sambor uczy się tego na własnym przykładzie,
rycerski fach wymaga poświęcenia i czasem oznacza podjęcie się misji, która
naznaczy resztę żywota. Czy podoła jej? Dana mu będzie sława i chwała?
Wielowątkowa
saga, monumentalna i kameralna zarazem, w jakiej spotykają postacie
historyczne, fikcyjne, świat realny z duchowym, nowe ze starym oraz gdzie
znajdziemy średniowiecze z wyraźnymi cechami słowiańskimi. Tak w więcej niż w
telegraficznym skrócie można podsumować książkę Jolanty Marii Kalety, ale tak
naprawdę oddaje to w bardzo niewielkim stopniu jak wspaniałą lekturą jest „Tron
we krwi”. Łatwiej jest powiedzieć czego nie ma w fabule, niż wymienić to, co
czytelnikowi przewija się przed oczyma. Na pewno nie znajdziemy nudy, nie
będziemy szukać ciekawego wątku lub przykuwających uwagę osób. Co więc znajduje
się na liście atutów? Z pewnością kreacja bohaterów, barwne sylwetki,
niebanalne charaktery oraz wplecenie ich losów w rzeczywiste wydarzenia. Na tym
nie koniec, bo trudno przynajmniej nie wspomnieć jak są wyraziści, nawet ci z
drugiego planu, oraz jednocześnie będący dziećmi swej epoki, lecz przemawiający
do współczesnych czytających. Oddani z detalami i osadzeni w scenografii, która
oddana jest tak plastycznie, iż ma się wrażenie bycia w realnych wnętrzach. To
jednak wszystko nie dałoby takiego efektu gdyby nie motyw oraz treść, jedno i
drugie ma w sobie to słynne „coś”, które już na wstępie zapowiada, że nie
oderwiemy się od tego tytułu, aż nie poznamy finału, a wcześniej nabierzemy apetytu
na kolejny tom. Na taką decyzję ma wpływ pełna rozmachu fabuła, na którą składa
się zmierzch starych bogów, coraz większy wpływ nowej religii oraz przede
wszystkim władza nad rzędami dusz w przenośni i rzeczywistości nad ludźmi, z
woli wyższej instancji i tej bardziej przyziemnej. Nie brak w „Tronie z krwi”
zagadek, intryg, spisków, zakulisowych rozgrywek, nieoczekiwanych sojuszy oraz nieprzewidywalnych
splotów okoliczności. Piastowska Polska często wydaje się nam odległa, na poły
sielska, lecz i siermiężna, ale to jedynie pozory, pod jakimi kryje się gorąca
krew, duma, honor oraz ponadczasowe pragnienia, aktualne wtedy i dziś. Pierwsze
spotkanie z twórczością Jolanty Marii Kalety na pewno zostanie nie tylko w
mojej, ale na pewno także w pamięci niejednego czytelnika.
PREMIERA:
9 marca
Za możliwość
przeczytania książki
dziękuję