Nowość:
„Szeptun”
Tomasz Betcher
Samotność ma niejedno oblicze i kryje
się pod wieloma maskami. Nawet będąc wśród bliskich nie jest się od niej
wolnym. Czasem skrywa się za nią lęk bycia samym, lecz to, coś zupełnie innego.
Najtrudniej jest stanąć z samotnością twarzą w twarz, przestać uciekać, a wyjście
z niej bywa wówczas na wyciagnięcie ręki.
Wakacje w miejscu gdzie nawet diabeł
dawno powiedział dobranoc, a na sam początek urlopu piorun trafia w samochód
nie zapowiadają się dobrze. Co więcej cała reszta zdaje się być jakimś pechem
podniesionym co najmniej do kwadratu. Jednak kiedy pominąć niezbyt udany wstęp
i po prostu przyjąć, że niekiedy trzeba zweryfikować plany okazuje się, iż da
się cieszyć letnim wypoczynkiem, chociaż przynosi on sobą chaos. Julia miała zamiar
odwiedzić uzdrowiciela i cieszyć się urokami Beskidów wraz ze swoimi dziećmi.
No cóż, wizyta okazuje się daleka od jej wyobrażeń, cała reszta przynosi z sobą
wiele zmian. Klątwa, jaką jest ponoć naznaczony ich gospodarz oraz miejscowe
plotki powinny być znakiem ostrzegawczym, lecz co jeśli są zupełnie czymś
odwrotnym? Do tej pory kobieta miała podążała ścieżką, z jakiej bała się zejść
dla dobra bliskich, ale teraz dostrzega, że da się skręcić w całkiem innym
kierunku. Czy powinna nią podążyć i wywrócić swój świat do góry nogami? Waldek
jest kimś, kto nosi w sobie sekrety i chadza własnymi szlakami. Tych dwoje
różni się od siebie jak dzień i noc, lecz może to zaleta, nie wada…
Nie magia, nie zaklęcia, a po prostu
bycie blisko, bez narzucania się i z pozostawieniem przestrzeni na myśli i
czasu na odnalezienie tego, co gdzieś umknęło, zostało utracone lub po prostu
pozwolenie na powiedzenie koniec. Tomasz Betcher już nie pierwszy raz zabiera
czytelników w podróż z bohaterami, jacy nawet nie wiedząc o tym, stoją na
rozstaju dróg i są krok od wybrania całkiem nowego kierunku. Spirala emocji,
przeszłości i złych doświadczeń ukryta jest płytko, lecz jej korzenie wrosły
głęboko, jednak to dociera do nas dopiero jak głębiej wejdziemy w historię,
gdzie prostota okazuje się jedynie przykrywką skomplikowanej prawdy, niełatwych
marzeń i trudnych wyborów. „Szeptun” jest lekturą, którą pochłania się lub
raczej to ona wchłania nas, kartka po kartce. Dlaczego? Na pewno nie szybkością
akcji, lub spektakularnymi zwrotami, to nie ten rodzaj książek. Tu jest
kameralność, odzyskiwanie życiowego punktu zaczepienia, po prostu zatrzymanie
karuzeli codzienności, nie ma wielkich słów i pięknych obietnic, które to jedne
i drugie okazują się bez pokrycia i na wyrost. Autor przedstawia czytającym
historię w jakiej jest coś onirycznego, przeplata się przeszłość z teraźniejszością,
a pewne tajemnice po prostu pozostają sobą, uchylając jedynie rąbek to, co w
sobie kryją, resztę pozostawiając z dala od ludzkich oczu. W „Szeptunie”
kontrastuje niejedno, lecz wbrew pozorom ostre granice zacierają się,
dopasowują się, wiele spraw odbywa się w ciszy, nie w tej niewygodnej, a takiej
gdzie wreszcie słyszy się własne myśli, a to, co ważne przychodzi po cichu,
czeka na odpowiedni moment i korzysta z szansy by dać o sobie znać. To, co było,
jest i być może będzie, tworzy opowieść, w której na jasne kolory lata rzucają
cienie wydarzenia, raniące pomimo upływu czasu i blizny, które do tej pory
wciąż były rozdrapywane, lecz niekiedy jedno wydarzenie potrafi dać impuls by
poszukać na to lekarstwa.
Za możliwość przeczytania książki


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz