piątek, 30 maja 2014

"Miecz Salomona" już 9 czerwca



Premiera już 9 czerwca









Prapremiera książki odbędzie się w sobotę, 7 czerwca, na pierwszym wiecu rycerskim w Kole, a więc w okolicznościach wprost wymarzonych dla wielbicieli historii i fantastyki. W trakcie festynu będzie można nie tylko kupić "Samotnego Krzyżowca", ale również uciąć sobie pogawędkę z autorem. 
 

Początek o 11:30, a wśród atrakcji między innymi prezentacja stroju i uzbrojenia rycerza zakonnego z XIII wieku, turniej rycerzy i drużyn oraz rozliczne konkursy. Goście będą mogli wziąć udział w warsztatach archeologicznych, spróbować swych sił w łucznictwie oraz przymierzyć elementy pancerza (i ewentualnie paść pod ich ciężarem). 

Organizatorami imprezy są Komandoria Kujawska, Muzeum Technik Ceramicznych w Kole oraz Miasto Koło.







Marek Orłowski, Miecz Salomona, fragment

Zmierzch przygasił światło dnia. Stary człowiek uniósł pooraną bruzdami twarz, ciesząc się pieszczotą zachodzącego słońca. Długie, skołtunione włosy spływały siwą falą na jego ramiona, łącząc się z równie długą brodą.
            Wyciągnął przed siebie spracowane dłonie, pozwalając im odpocząć. Dzieło nie było jeszcze ukończone. Minęło wiele dni, te zaś rozciągnęły się w miesiące, a kowal wciąż nie uznawał przedmiotu, który stworzył, za doskonały. Ciągle od nowa przekuwał nieziemski metal, aż ten przybrał kształt długiego ostrza. Na zmianę rozgrzewał go do czerwoności i studził w wodzie bijącego wśród skał źródła. Jękliwym głosem recytował zaklęcia i sypał do wody sproszkowane zioła. Zielona para buchała gęstym obłokiem.
            Wykuty z niebiańskiej skały miecz spoczywał nocą w miejscu świętym, aby nasycić się mocą. Był to tajemniczy, prastary krąg z ustawionych pionowo potężnych głazów. Nomadzi omijali to skupisko skał, wierząc, że nawiedzają je złe duchy.
            Otwór jaskini przesłoniła sylwetka człowieka. Starzec przerwał polerowanie błyszczącej klingi i spojrzał z niechęcią na intruza. Zmarszczył brwi, zagniewany. Miejscowi nie ważyli się wchodzić do jego pustelni bez zaproszenia. Czekali przy źródle, by wysłuchać wróżby albo zostawić w darze żywność.
            – Czego chcesz, Abu-an? – spytał niechętnie. – I dlaczego ośmieliłeś się wejść, nie pytając o zgodę? Czy plemię Ananza wysłało cię, byś ściągnął na nie mój gniew?
            Owinięty płaszczem ze skóry wielbłąda pasterz upadł na twarz, bijąc czołem o kamień posadzki.
            – Wybacz, o świątobliwy! Od wielu księżyców nie dawałeś znaku życia. Starsi wysłali mnie, bym zobaczył...
            – Zobaczyłeś. Wróć i powiedz im, że żyję. I będę żyć nawet wtedy, gdy piasek pustyni zasypie ich kości!
            – Powiem, o świątobliwy! Powiem! Oto dar dla ciebie. –
            Gość pospiesznie rozwinął węzełek z suszonym mięsem i daktylami. Jego rozbiegane, błyszczące oczy, patrzące spod gęstwy czarnych kudłów, znieruchomiały nagle. Koczownik jak urzeczony wpatrywał się w niezwykły przedmiot w rękach starca.
            Kowal nie zwracał uwagi na przybysza. Powolnym, niemal pieszczotliwym ruchem przesuwał kawałkiem skóry po głowni miecza. Ostrze, na którym wiły się misternie ryte wzory, zdawało się świecić własnym, niebieskim światłem. Połyskująca złotem rękojeść kończyła się gałką z oprawionym w niej purpurowym kryształem. Klejnot zdawał się pulsować czerwonym światłem, jakby biło w nim żywe, krwawiące serce.
            Starzec ocknął się z zamyślenia i spojrzał surowo na klęczącego opodal mężczyznę.
            – Odejdź, Abu – mruknął. – Wracaj do swoich żon i dzieci. Zakłócasz mój spokój.
            Koczownik odszedł w milczeniu. Nie zapomniał jednak niezwykłej broni, jaką dane mu było ujrzeć. Obraz błękitnego ostrza prześladował go, stopniowo odbierając rozum. Nocami przewracał się niespokojnie na posłaniu ze skór, daremnie czekając na sen. W ciemnościach wciąż miał przed oczami gorejący blask czerwonego kamienia osadzonego w rękojeści.
            Pustelnik wzniósł ku wschodowi długą klingę i czekał, aż skąpie ją światło brzasku. Miecz był gotów. Brakowało mu tylko błogosławieństwa pierwszego promienia budzącego się słońca. Recytując ostatnie inkantacje, kowal zmrużył oczy przed oślepiającym blaskiem, jakim zapłonęło błękitne ostrze. Odetchnął głęboko i opuścił miecz. Chwila, na którą czekał, nadeszła.
            Król jest głupcem – pomyślał. – Sam oddał się w moje ręce. W chwili gdy weźmie do ręki miecz, opęta go pradawna magia. Moc miecza otworzy bramę czasu i powrócą ci, którzy przed wiekami władali tą ziemią. Ich synowie zbyt długo już czekają na ten dzień.
            Starzec spojrzał na siejący krwawe błyski klejnot i uśmiechnął się złowrogo. W tej samej chwili kątem oka zobaczył ruch wśród skał. Jakiś człowiek w stroju koczownika wspinał się wąską ścieżką prowadzącą do jaskini. Zbliżył się w końcu i upadł na twarz u podnóża głazu, na którym stał pustelnik.
                – To znowu ty, Abu, synu Ansina? – spytał starzec, bardziej zdziwiony niż rozgniewany. – Czego chcesz tym razem? Czy okulał wielbłąd wodza, czy może twoją żonę rozbolał brzuch?
            – O świątobliwy! O mądry! – zawodził pasterz, nie podnosząc się z ziemi. – Wybacz zuchwałość, pozwól powiedzieć.
            – Mów, Abu-an. – Starzec westchnął z rezygnacją.
            – Oddam ci moje wielbłądy, o święty, oddam je wszystkie...
            – Przestań skamleć niczym szczenię szakala i mów, z czym przychodzisz.
            – Oddam żony. Zabierz w niewolę moje dzieci...
            – Nie chcę twoich żon i dzieci. Chcę, byś powiedział, czego chcesz, a potem wrócił do swojego obozu.
            – Nie mogę przestać myśleć o mieczu, który wykułeś... Opętał mnie. We dnie wciąż widzę blask jego ostrza... Nocami dżinny mamią mnie widokiem czerwonego kamienia, który świeci w rękojeści. Nie cieszy mnie miłość żon. Jadło zamienia się w moich ustach w popiół. Cień namiotu nie przynosi ochłody... Oddam ci wszystko, o świątobliwy, wszystko, tylko daj mi ten miecz...
            – Czy demony pustyni odebrały ci rozum?! Czy słońce zmąciło ci myśli?! – krzyknął rozwścieczony kowal. Tupnął nogą, aż z krawędzi zwietrzałej skały posypały się okruchy kamienia. – Idź precz sprzed moich oczu i nie waż się wracać! Nigdy! Słyszałeś, Abu? Obyś nie postawił stopy obok śladów moich stóp. Ani nikt z twojego plemienia!
            – Błagam cię, o litościwy! Pozwól chociaż potrzymać go w dłoni...
            – Idź precz! – zawołał starzec i odwrócił się plecami do koczownika.
            Tamten nie odezwał się więcej. Ale też nie odszedł. Wężowym ruchem wpełzł na skalną półkę i zachwycony wpatrywał się w cudowną broń leżącą na głazie. Coś przyciągało go do niej z nieodpartą siłą. Kusiło, by dotknął długiej klingi o niebieskawym połysku, zakończonej ostrym szpicem. A gdyby tak położył dłoń na ostrzu pokrytym dziwnymi znakami? Tylko na chwilę... Nie mogąc się dłużej powstrzymać, delikatnie musnął palcami połyskujący metal.
            Pustelnik obejrzał się przez ramię i zamarł z oburzenia.
            – Zuchwały psie! – syknął, wyciągając rękę. Spóźnił się.
            Widząc groźny błysk w oczach starca, Abu-an rzucił się długim susem i pierwszy złapał za rękojeść. Bez zastanowienia, z całą zrodzoną z desperacji siłą pchnął mieczem w pierś starego kowala. Ostrze wbiło się tak głęboko, że złocisty jelec oparł się o ciało ofiary. Przez chwilę obaj stali nieruchomo, zaskoczeni nagłością wypadków. Koczownik odskoczył gwałtownie do tyłu, wyrywając miecz. Patrzył ze zgrozą, jak ranę wypełnia spieniona krew. Z przebitych płuc ze świstem uszło powietrze, a z rozpłatanego ciała buchnęła jasnoczerwona fontanna. Starzec przycisnął ręce do piersi i cofnął się chwiejnie w głąb jaskini. Rozpryskując wokoło szkarłatne krople, zaczął przemawiać okropnym, syczącym głosem, coraz mniej podobnym do ludzkiego. Słychać w nim było krakanie sępów, wycie hien i ponure zawodzenie pustynnego wiatru.
            – Przeklinam cię, plugawy pomiocie psa i szakala! Przeklinam cię wielkim zaklęciem pustyni! Oby złe duchy wywlekły z ciebie nędzną duszę, a ciało stoczył trąd!
            Pasterz skulił się i przypadł twarzą do ziemi. Starał się nie słuchać, ale słowa dudniły mu w uszach jak grzmot, wwiercały się w mózg niczym rozżarzony świder.
            – Miecz, który zdobyłeś za cenę krwi, będzie przeklęty na wieki! Od dziś już zawsze będzie pożądał krwi i tylko krew ugasi jego pragnienie! Oto rzucam na niego ostatni czar i klątwę. Wyciągnięty do walki, zawsze zabije, nie zawsze jednak śmierć zabierze przeciwnika. Posłuszny będzie tylko jednej dłoni... a sam wybierze swego pana... Ty nim nie będziesz, nędzny robaku, pełzający w pyle! Ciebie ten miecz zabije pierwszego! Zabije! Za...bi...je...
            Głos śmiertelnie rannego przeszedł w rzężenie. Spomiędzy szybko bielejących warg pociekła krwawa strużka. Abu-an cofał się powoli, spełzając tyłem ze skalnej półki. Szalony strach podnosił mu włosy na głowie i mącił rozum. Nie wypuszczał jednak rękojeści miecza z zaciśniętej dłoni. Gonił go, odbijając się echem wśród skał, okropny krzyk umierającego człowieka – czy może demona, bo tego pasterz nie był już pewien. Poczuł wstrząs kamiennych płyt pod nogami i z trwogą zobaczył, jak skały wokół niego unoszą się i opadają niczym namioty smagnięte skrzydłem wichru, a zbocze nad jaskinią faluje, podobne do przesypujących się piasków. Uskoczył do tyłu, bo głazy zaczęły się zsuwać po stoku i łączyć w coraz szerszą lawinę.
            Po raz ostatni podniósł wzrok na majaczącą w wejściu sylwetkę. Spadające kamienie przysłoniły otwór szarą kurtyną piargu i kurzu, ale i tak zdołał dostrzec, że oczy starca zaczynają świecić w ciemnościach, podobne do rozżarzonych węgli. Wokół jego sylwetki kłębiły się pasma pyłu czy dymu – a może były to skrzydła? Abu-an pochylił głowę, czując, że ten widok nie jest przeznaczony dla ludzkich oczu.
            W głębi pieczary rozległo się przeraźliwe wycie. Zagłuszył je ryk walących się skał. Wielki kamienny blok oderwał się od skalnego masywu i runął z hukiem, zamykając wejście. Mniejsze kamienie i odłamki toczyły się z hurgotem, zasypując skalny próg, źródło i ścieżkę prowadzącą do groty.
            W ciągu niewielu lat nawiewane wiatrem piaski pustyni zatarły ostatni ślad po jaskini i jej tajemniczym mieszkańcu.

Tyberiada, rok 1187, pierwszy dzień maja

            – Szybciej! Szybciej! Ha! Ha, yalla! – krzyki jeźdźca popędzającego wierzchowca zagłuszały tętent gnających cwałem koni. Starszy mężczyzna wołał na przemian po frankijsku
i arabsku, zachęcając rumaka do większego wysiłku. Jadący przed nim młody człowiek wyprostował się w siodle i rzucił szybkie spojrzenie w tył.
            – Chcesz zajeździć konia, hrabio Rajmundzie? – mocny głos przebił się przez łomot podków na ubitej ziemi. – Toż to tylko gonitwa, uciecha dla oczu naszych dam!
            Starszy jeździec w luźnej galabiji, nałożonej na kosztowny, jedwabny kaftan, nie odpowiedział, pochylił się tylko niżej nad końską grzywą. Pęd powietrza rozwiewał jego długie, szpakowate włosy. Zmrużone oczy łzawiły od wiatru bijącego w twarz. Kolejnym okrzykiem i smagnięciem drewnianego pręta obciągniętego skórą zmusił konia do jeszcze szybszego biegu. Gniady arabski ogier wyciągnął się w pełnym galopie, aż przy każdym skoku spod kopyt tryskały grudki piasku i drobne kamyczki.
            Na nic się to nie zdało. Zostawał coraz bardziej w tyle za rumakiem dosiadanym przez barczystego młodego mężczyznę, odzianego w prostą, czarną tunikę. Prowadzący w wyścigu
wysforował się już o całą długość konia. Jechał spokojnie, lekko siedząc w siodle. On także dosiadał arabskiego bieguna, tyle że siwej maści. Jasna sierść wierzchowca pokryła się pyłem i ściemniała od potu. Z pyska zwierzęcia oderwał się pierwszy płat piany i zniknął w tyle, porwany wiatrem. Kopyta rumaków wybijały wściekły werbel na piaszczystej drodze.
            Widzom stojącym na murach cytadeli jeźdźcy zdawali się nie więksi od dwóch żuków pełznących po pustyni i ciągnących za sobą welon szarego pyłu. Zaczynał się miesiąc ajjar i słońce przygrzewało już mocno na niebie nad środkową Galileą. W gorącym powietrzu obraz obu konnych zdawał się drgać i migotać.
            – Hrabia przegrywa, pani – za plecami Eschiwy rozległ się podniecony niewieści głos. Słychać w nim było szacunek, ale nie żal, więc starsza dama o łagodnej, pokrytej zmarszczkami twarzy uśmiechnęła się lekko.
            – Ach, mój małżonek myśli, że wciąż trwa wiosna jego życia – westchnęła z udawaną troską. – Rzucił wyzwanie jednemu z najlepszych jeźdźców Królestwa i czegóż się spodziewał? Że go prześcignie?
                        – Rycerza Rolanda de Montferrat nikt nie pokona! – Dźwięczny głosik wyrażał nadzieję i uwielbienie zarazem. Jego właścicielka postąpiła o kroczek do przodu i oparła dłonie na gorącym od słońca kamiennym zwieńczeniu muru. Hrabina Eschiwa spojrzała z ukosa na młodą towarzyszkę. Dziewczyna przechylała się przez balustradę, śledząc z napięciem rozgrywający się w dole pojedynek. W jej zarumienionych policzkach pojawiły się wdzięczne dołeczki. Spod chusty z cieniutkiego lnu wysunął się niesforny kosmyk złotych włosów ozdobionych czerwoną wstążką.
            Urocza – pomyślała starsza kobieta – zaiste urocza, ale rycerz Roland i tak na nią nie patrzy. Odludek, dziwak. Dobrze chociaż, że Rajmund rad go widzi na swym dworze...
            Odwróciła się w stronę schodów.
            – Isobel! – zawołała głośniej, niż zamierzała. – Schodzimy. Zaczekamy na naszych rycerzy przy bramie. Chyba już wiadomo, który z nich przybędzie pierwszy.
            – Twoja wola, pani. – Dwórka zakręciła się w miejscu, aż zafurkotała jej obszerna suknia z barwionego na granatowo lnu, błyskająca wszytymi poniżej bioder jedwabnymi klinami. Jednak zamiast podążyć za hrabiną, dziewczyna zatrzymała się w miejscu. Sięgnęła do bogato haftowanej jałmużniczki, którą miała przy pasie. Nie podnosząc wzroku na Eschiwę, spytała nieśmiało:
            – Czy wolno mi będzie ofiarować rycerzowi Rolandowi w nagrodę tę sakiewkę? Sama ją wyszywałam. Spójrz, pani, jedwabna nić na skórce koźlęcia. Czy to będzie godny podarek?
            – Rycerz de Montferrat nie przyjmuje nagród. – Hrabina westchnęła. – I nie nosi bogatych szat ani ozdób. Wiesz przecież, że nieodmiennie widzimy go w czarnym kaftanie i płaszczu. Chodź, już czas powitać zwycięzcę.
            Tymczasem losy wyścigu, choć zdawały się przesądzone, potoczyły się zgoła inaczej. Prowadzący już o dwie długości konia Roland obejrzał się i widząc pozostającego coraz dalej w tyle rywala, ściągnął lekko wodze. Rozpędzony siwek parsknął, rzucił łbem, czując ucisk wędzidła, i niechętnie zwolnił biegu. Jeździec wyprostował się w siodle i jechał spokojnie, poddając się rytmowi galopu. Na jego wargach, okolonych krótko przyciętą, czarną brodą, błąkał się zagadkowy uśmiech.
            Mury Tyberiady rosły w oczach. Miasteczko tuliło się do wzgórza, kryte łupkiem dachy domów zdawały się wspinać po zboczu, ciasnym kręgiem otaczając wieże niewielkiej fortecy. Nieruchomej powierzchni jeziora nie marszczyła nawet drobna fala. Gładka tafla błyszczała w słońcu niczym roztopione srebro. Woda zdawała się obmywać mury grodu, ale było to tylko złudzenie – piaszczysty brzeg oddalony był od miasta o dobry strzał z łuku. Na wałach tłoczyli się kolorowo odziani ludzie, także mroczną gardziel bramy wypełniała zbita ciżba gapiów. Krzyk potężniał, w miarę jak jeźdźcy, wciąż wyciągniętym galopem, wjeżdżali w cień rzucany przez ciężkie baszty.
            Młody rycerz nie odwrócił się, mimo że słyszał za sobą głośniejszy stukot kopyt. Jadący z tyłu Rajmund ścisnął wierzchowca ostrogami i gwałtownym skokiem zrównał się z koniem Rolanda. Tamten pochylił się w siodle i próbował przyspieszyć, ale było już za późno. Spieniony gniadosz, dobywając ostatnich sił, wysunął się o długość dłoni, o dwie... Rajmund z Trypolisu wpadł między rozwarte wierzeje bramy, oznaczające kres wyścigu.
            Wygrał. Obejrzał się na młodego rycerza. Tamten przerzucił nogę nad końskim łbem i zręcznie zeskoczył na ziemię. Na jego urodziwej, choć zwykle trochę chmurnej twarzy nie
znać było rozczarowania. Spojrzenie czarnych jak węgle oczu, błyszczących pod grzywą także czarnych włosów, pozostało doskonale spokojne.
                – Oprowadźcie konie, aż wyschną! – zawołał do pachołków. Jego głęboki głos odbił się echem od podcieni. Wyprostował się na całą wysokość, aż pod obcisłym kaftanem zarysowały się potężne mięśnie. Ścisnął za ramię swego niedawnego przeciwnika.– Hrabio Rajmundzie, wciąż jesteś niepokonany. Całkiem jak w rycerskiej pieśni – zawsze na przedzie, i w modlitwie, i w bitwie.
            – Znam twą dworność, Rolandzie, ale i tak dzięki za poczciwe słowo. Pieśni i pochwały zachowaj jednak dla młodych dziewek. Widziałeś, jak na ciebie spozierają? Choćby Isobel, dwórka mej żony? Ale cicho, idą tu właśnie obie.
            Hrabia, niższy od swego towarzysza, był niemal równie szeroki w barach, przez co jego sylwetka zdawała się kwadratowa. Odwrócił się żywo do nadchodzących dam.
            – Eschiwo! – zakrzyknął rozradowany – Widziałaś?
            – Nikt ci nie dorówna, mój mężu. Zanosiłam modły do twojego patrona i oto mnie wysłuchał. Niełatwo wszak pokonać w rycerskim rzemiośle Czarnego Rycerza, Rolanda z Montferratu. – Popatrzyła w ślad za odchodzącym młodym mężczyzną i dodała cicho, by nikt nie usłyszał: – Chyba że sam zechce ustąpić pola...
           
            – I czemuś to uczynił? Potrafię bez ujmy przyjąć przegraną. Tak się nie godzi, Rolandzie. – Głos hrabiego brzmiał cicho, a może przytłumiały go dźwięki muzyki i gwar rozochoconych biesiadników. Wieczerza trwała w najlepsze. Ostre tony fletów i terkot arabskich bębenków drażniły uszy. Odziana w białe szaty służba bezszelestnie roznosiła dzbany wina i misy z pieczonym mięsiwem przyprawionym czosnkiem i korzeniami. Ciężki, zawiesisty zapach przesycił powietrze.
                Młody rycerz pozwolił ciemnoskóremu słudze napełnić kielich i podszedł do wąskiego otworu w murze. Odetchnął głęboko chłodnym powietrzem przedwieczornej pory dnia.
            – Nie wiem, o czym mówisz, hrabio – odparł obojętnie.
            Zapatrzył się na strome wzgórza, schodzące kamiennymi osypiskami do samego brzegu wielkiego jeziora. Wschodni kraniec srebrzystej tafli skrył się już w przedwieczornej mgiełce, przez co wodny przestwór zdawał się podobny do bezkresnego morza. Purpurowy dysk słońca zanurzał się z wolna w łagodnych falach, jakby niepewny, czy chce ustąpić miejsca nadchodzącej nocy. Fioletowe błyski zachodu podświetlały głębokim różem skośne żagle łodzi rybackich, zdążających niespiesznie w stronę przystani. Szmaragdowa zieleń nadbrzeżnych łąk przechodziła w szarawe spłachetki piasku i jałowej ziemi. Wyżej rozciągała się falista linia pagórków. Ich płowe zbocza, porośnięte ciernistymi krzakami, w pierwszych cieniach wieczoru zdawały się brunatne.
            – Wiesz, o czym mówię.
            Jeśli w głosie hrabiego brzmiał lekki wyrzut, to rycerz go nie usłyszał. Spokojnym ruchem odstawił puchar na stojący pod ścianą stół. Wygładził fałdy czarnej szaty opinającej mu szeroką pierś i odwrócił się w stronę gospodarza.
            – Wolałbym mówić o wojnie. Nie o igrach i pustych gonitwach.
            – Ja zaś wolałbym o niej nie myśleć. – Rajmund z Trypolisu zasępił się. – Bóg na wysokościach widzi jednak, że jej nie unikniemy.
            – Zawarłeś wszak pokój z sułtanem Egiptu i Syrii? Twoje ziemie wokół Trypolisu i Tyberiady są bezpieczne. Saladyn zwykł dotrzymywać słowa.
            – Musiałem zawrzeć ten pokój. – Rajmund spuścił na chwilę wzrok, widać zmieszany, a może rozzłoszczony słowami rycerza z Montferratu. – Czyż mogłem sam ochronić całe Królestwo? A tak ocaleje chociaż moje hrabstwo. I wiano żony. Niechby choć tyle... Ale przecież nie jestem obojętny na los Jerozolimy! Tyle że jej król, Gwidon de Lusignan, to kiepski obrońca Świętego Miasta.
            – Jednak jest królem – niechętnie przypomniał Roland – i zbiera rycerzy. Lada dzień ogłosi arriere ban, a wtedy wszyscy, którzy mogą udźwignąć oręż, zgłoszą się pod jego rozkazy. Ja sam przyjąłem zaproszenie wielkiego mistrza zakonu Świątyni, Gerarda de Ridefort. Nie pierwszy raz przyjdzie mi stawać u boku templariuszy.
            – Gerard! – Pan na Trypolisie skrzywił się, jakby łyknął skwaśniałego wina. – Przybył do Zamorza ledwie przed kilku laty! Awanturnik bez grosza w kalecie! Intrygant! Był kiedyś rycerzem w moim poczcie. A wiesz, czemu został templariuszem? Przez kobietę! Wdowę na włościach Botron.
            – Słyszałem, hrabio, że mu ją obiecałeś za żonę – niedbale rzucił Roland.
            – Tak było, prawda, ale zjawił się godniejszy mąż... pizański kupiec Plivan. Moim obowiązkiem było dbać o dobro samotnej niewiasty. Musiałem wybrać, doradzić... – Rajmund stracił na chwilę rezon i mamrotał coś niezrozumiale pod nosem.
            – Słyszałem też – bezlitośnie ciągnął Roland, najwyraźniej ubawiony zmieszaniem pana Trypolisu – że ten godny mąż wręczył ci za nią tyle złota, ile ważyła? A ponoć była obfitych kształtów? Kiedy Gerard de Ridefort został wielkim mistrzem, miał powiedzieć, że płaszcz templariusza wart jest dziedzictwa Botron. Niezbadane są wyroki Boże. Jak też i ludzka przewrotność...
            – A czy wiesz, jak został wielkim mistrzem? Co słyszałeś o śmierci Arnolda de La Tour, jego poprzednika? Dlaczego kapituła zakonu wybrała właśnie Gerarda? Uwierz mi, ten człowiek hańbi krzyż, który nosi na płaszczu! Obraża Boga każdym swym oddechem. Czy wiesz, co szepczą za jego plecami? Ponoć...
            – Nie słucham szeptów – obojętnie uciął rycerz z Montferratu.
            – Gdyby nie jego knowania, Lusignan nie zdobyłby korony! – Ogorzała twarz Rajmunda, przypominająca bochen spieczonego chleba, poczerwieniała od napływu krwi. – To ja byłem regentem Królestwa Jerozolimy! I ja zostałbym królem!
            – Wiem o tym wszystkim – opanowanym głosem powiedział Roland.
            – Tak, tak, zapomniałem, że jesteś tu od dawna. Ile to już lat? Dziesięć? Zaiste, czas leci, jakby miał skrzydła orła. Ale ja się tu urodziłem, rozumiesz? To moja ziemia, moja i innych pullanów takich jak ja! A Gwidon?
            – Rada baronów dobrowolnie wybrała go na króla – zdołał wtrącić młody rycerz, wciąż zachowując niezmącony spokój. Szybkim ruchem pochwycił ze stołu swój kielich, ratując jego zawartość przed skutkami gniewu gospodarza, albowiem hrabia wyrżnął pięścią w drewniany blat z taką siłą, że masywny sprzęt zakołysał się na rzeźbionych krzyżakach.
                        – Wybrano go, bo był mężem królowej Sybilli, siostry Baldwina Trędowatego, zwycięzcy spod Mont Gisard! – zawołał Rajmund. – Zaprawdę, ten był królem prawdziwym! Jedynym, który mógł przeciwstawić się całej potędze Saracenów! Lecz Bóg dotknął go nieczystą chorobą, a w końcu powołał do siebie. Teraz zaś rządzi ten przybłęda Lusignan. Spodobał się Sybilli... Może i dobrze rusza kuprem w łożnicy, ale nie stawać mu z mieczem w ręku na czele rycerstwa.
            – Nienawidzisz go, hrabio?
            – Nienawidzę jego głupoty! Gdy pojął za żonę siostrę króla, zamieszkał w pałacu Baldwina. Żył tak blisko wielkiego władcy, słuchał go i patrzył na jego dzieła – i nie nauczył się niczego! Nie umiał nawet zmusić Renalda de Chatillon, by siedział spokojnie w swych zamkach za Jordanem. A ten głupiec napadł na karawanę saraceńskich pielgrzymów zdążających do Mekki. I tak przepadł nasz rozejm z Saladynem... Sułtan zbiera teraz armię, jakiej dotąd nie widzieliśmy, zjednoczył wszystkie żyjące wokół naszych ziem ludy muslim. Jeden Bóg wie, czym skończy się ta wojna!
            – Wielki mistrz Templum pragnie jej od lat. Nie czyni z tego tajemnicy...
            – Gerardowi marzą się zwycięstwa jego własnych rycerzy, także nowe zamki i ziemie pod władzą zakonu. A zamiast tego już niedługo może mieć ruiny zakonnych miast: Gazy, Tortosy, Safedu!
            – Nie jeden raz gościłem w komandoriach templariuszy – powiedział zamyślony Roland. Obracał w palcach podstawę złotego pucharu ruchem tak niespiesznym, że niemal irytującym. – Nieźle poznałem wielkiego mistrza. Może i bywa popędliwy, lecz nie sposób odmówić mu męstwa. Jednak to dziwny człowiek, pełen skrywanych pragnień. Niektórzy mówią o nim, że aby osiągnąć swój cel, sprzedałby diabłu duszę...
            Stary rycerz milczał czas jakiś, a gdy się w końcu odezwał, jego głos przypominał stłumiony pomruk lwa szykującego się do skoku:
            – Żeby powstrzymać tego człeka, oddałbym własną!

            – Nie podziękowałam ci wcześniej, Rolandzie, pozwól zatem, że uczynię to teraz. – Eschiwa stanęła obok rycerza, patrzącego w zadumie na wzgórza oblane purpurą zachodu.
            – I za cóż to, pani? Nie uczyniłem niczego...
            – O tak, uczyniłeś. Pozwoliłeś memu mężowi zwyciężyć w gonitwie. Nie przecz! Rajmund nie dotrzymałby ci kroku, gdybyś nie pozwolił mu uwierzyć, że nadal jest niepokonany. – Hrabina zacisnęła palce na potężnym ramieniu młodego mężczyzny
i popchnęła go lekko w stronę zacienionego krużganka. – Mój mąż ma wiele trosk, wiele zgryzot, a ty dałeś mu odrobinę radości. Spełniłeś dobry uczynek, rycerzu.
            – Uwierz mi, pani, że ani ty, ani hrabia nie zawdzięczacie mi niczego...
            – Nie umiesz kłamać, Rolandzie. Może to i lepiej dla twoich przyjaciół, gorzej wszakże dla ciebie. Ale nie o tym chciałam z tobą mówić. Co myślisz o mojej dwórce, Isobel? To dobra dziewczyna i pochodzi z zacnego rodu, zapewniam cię. A czy widziałeś, jak na ciebie patrzy? Zawiodłeś ją, przegrywając. Czy i jej nie powiesz prawdy o gonitwie?
            – Nie rozumiem cię, pani – odparł zmieszany.
            – Och, pewna jestem, że rozumiesz. Południe mego życia dawno minęło, więc mogłabym być ci matką. I dlatego mogę mówić szczerze. Jesteś gościem mojego męża oraz sławnym rycerzem Królestwa. Jednak stronisz od zabaw, nie chcesz nawet widzieć uśmiechów moich dwórek. Czy omylę się, jeśli powiem, że twoje serce nie jest wolne?
            – To dawna historia – odparł niechętnie. – Nie chcę jej wspominać.
            – A więc jednak to nieszczęśliwa miłość! – Eschiwa klasnęła mocno w dłonie, aż zadzwoniły złote bransolety na jej przegubach. Poprawiła opinający luźną suknię wełniany pas i pociągnęła młodego mężczyznę w głąb zamkowego podcienia.
            – Opowiedz mi o niej. Gdy dzielimy z innymi nasze troski, ból staje się lżejszym. Gdzie żyje twoja wybranka?
            – Tylko w mojej pamięci – odrzekł głucho.
            Hrabina spoważniała. Roztargnionym ruchem skubała niewidoczną nitkę sterczącą z szerokiego rękawa wierzchniej szaty.
            – Wybacz mi niewieścią ciekawość. Nie wiedziałam... Czyli dlatego wciąż widzę w twych oczach smutek. Wolałbyś pewnie, by nigdy się nie narodziła... ani ona, ani twoja miłość... Wtedy byś nie cierpiał. Ale ludzie, których kochamy, odchodzą. Kiedyś i tak musiałbyś się z tym pogodzić...
            – Nie odchodzą w taki sposób.
            – Nie pytam więc już o nic. Żal mi cię, rycerzu, z całego serca boleję nad twoją niedolą. Wiem, że jesteś nieustraszony, nie obawiasz się ludzi ani bestii, ani niczego, co można pokonać mieczem. Czy może lękasz się wspomnień?
            – Nie boję się niczego!
            – Nie boisz się, bo myślisz, że nic już nie możesz stracić? Mylisz się, każdy ma coś do stracenia. Ale uwierz starzejącej się kobiecie, przyjdzie taki dzień, że doświadczysz łaski zapomnienia. Wspomnienia wyblakną jak materia zbyt długo trzymana na słońcu. Strach przed przeszłością minie...
                – Boję się... snów... – Roland szepnął niewyraźnie, bezwiednie przymykając oczy. Opanował się po chwili i spojrzał twardo na Eschiwę. – Czemu mnie dręczysz, pani?
            – Nie mówmy już o tym. Żałuję, że pytałam. – Hrabina z ulgą uśmiechnęła się do nadchodzącego właśnie Rajmunda.
            – Tu jesteście! – Gospodarz skłonił się lekko przed żoną i pociągnął za rękaw Czarnego Rycerza. – Wieczerza czeka, chodźcie. Dopilnuj, pani, by gościom na niczym nie zbywało. Obejdę jeszcze mury, póki światła dnia staje i wzrok biegnie daleko.
            – Przecież zachód blisko – przytomnie zauważył Roland.
            – Właśnie, zachód blisko – dziwnie zająknął się rycerz z Trypolisu i ruszył w stronę wieży.
            W tej samej chwili dalekie odgłosy śmiechów i muzyki zagłuszył ostry dźwięk rogu. Zawtórowały mu następne. Wibrujący ton wznosił się coraz wyżej i budził stłumione echa wśród murów.
            – To sygnał z baszty strażniczej – powiedział zaniepokojony młody rycerz. – Grają na trwogę.

środa, 28 maja 2014

Tajemnice K.

"Głowa anioła"
Hanna Cygler


Życie pisze różne scenariusze, czasem zupełnie inne od tych, jakich sobie życzymy. Czasem impuls, potrzeba chwili lub inny, mniej lub bardziej, niezrozumiały powód pcha nas do podjęcia decyzji, której jeszcze nie tak dawno nie braliśmy pod uwagę. Nagle okazuje się, że wybieramy drogę, jaką uważaliśmy za ślepą uliczkę, a ta nie jest taka jaką mamy w pamięci.

K. nie jest metropolią, a wspomnienia Julii z tego miasteczka mają dla niej słodko-gorzki smak. Powrotu do tego miejsca nie planowała, teraz była już całkiem inną osobą, nie tamtą dziewczyną, lecz odnoszącą międzynarodowe sukcesy architektką. Podążyła za swoimi marzeniami, wykorzystała łut szczęścia dając w zamian swoją ciężką pracę. Ale coś pchnęło ją by przyjąć ofertę wydającą się dla większości czymś niegodnym jej. Przywrócenie do świetności zrujnowanego pałacyku to zadanie Julii, jej doświadczenie i wiedza są nieocenione dla tego projektu, lecz czy wszyscy tak sądzą? Okazuje się, że rzeczywistość jaką zapamiętała kobieta różni się od tej do jakiej powraca. Te same osoby czy też całkiem obcy ludzie? Kiedyś łączyła ją z dawnymi przyjaciółmi silna więź, ale wtedy byli młodzi, od tego czasu wiele się wydarzyło. Może trzeba w końcu zapomnieć o przeszłości, chociaż ona na każdym kroku daje o sobie znać, i brać życie takim jakim jest oraz skorzystać z pojawiających się szans? Nowe uczucie wydaje się być dobrym lekiem na to, co wydarzyło dawniej, ale w Julii nadal tkwi historia sprzed lat ... Nikt oczywiście nie mówi o miłości, nie w tych okolicznościach, nie do tego mężczyzny, to w ogóle nie czas na takie uczucie.

Niedopowiedzenia, tajemnice, kłamstwa, niezabliźnione rany, niełatwy bagaż niesie z sobą i Julia i jej znajomi. Każdy z nich ukrywa coś nie tylko przed innymi, ale i przed samym sobą. Przeszłość nie chce dać za wygraną, ale to w teraźniejszości toczy się gra, w jakiej stawką jest przyszłość i to nie tylko jednej osoby. Wiele zmieniło się od czasu gdy opuściła K. i Polskę, jednak pewne sprawy nadal ranią, podobnie jak poczucie winy, lecz czy to ostatnie powinno być odczuwane? Praca przy restauracji pałacyku miała być odskocznią od tego, co było, ale okazała się czymś więcej. Przyniosła niespodzianki, czasem wręcz śmiertelne i prawdę jak z sensacyjnej opowieści ...

Jakiej lektury oczekiwałam po "Głowie anioła"? Nie do końca takiej, którą otrzymałam, ponieważ książka Hanny Cygler okazała się o wiele bardziej zaskakującą i wciągająca historią. Autorka nie  zamyka się w jednym gatunku, przeplata elementy obyczajowe z kryminalnymi oraz tematem uczuć - wcale nieoczywistych czy też z góry przewidywalnych. Bohaterowie to ludzie mający wady i zalety, odczuwający rozterki, popełniający błędy i nie zawsze je zauważający. Jednakże dzięki nim całość jest ciekawa i nieoczywista. Hanna Cygler dała czytelnikom opowieść w jakiej nie brak tajemnic, dramatycznych wydarzeń oraz niełatwych decyzji, jest w niej również miejsce i na miłość i wątek sensacyjny. Nie ma w niej łatwych decyzji i prostych odpowiedzi, a postacie nie wybierają najprostszej drogi. Jednak to właśnie, między innymi, w tym tkwi siła "Głowy anioła", resztę najlepiej odkryć podczas czytania.







Za możliwość 
przeczytania ksiażki 
 dziękuję wyd. Rebis


poniedziałek, 26 maja 2014

Mroczny urok piękna

"Zaginiony klejnot"
Scott Mariani


Przypadek, splot okoliczności, a może po prostu ślepy traf sprawia, że drogi ludzi krzyżują się. Czasem jest to tylko ten jeden raz, bez znaczenia dla kogokolwiek, lecz bywają takie spotkania, które są początkiem wydarzeń, jakich nikt się nie spodziewał. Tak po prostu, w ciągu nawet kilku minut, człowiek staje przed czymś czego w ogóle nie miał w planach i co okazuje się burzyć dotychczasowy ład.

Ben Hope miał w planach jedynie wizytę u przyjaciela i nic więcej, no może jeszcze podziwianie włoskich krajobrazów w czasie podróży. Potem powrót do Londynu i zajęcie się własnymi sprawami. Ot zwykła codzienność z szybkim wypadem do kumpla jako przerywnikiem. O żadnych niespodziankach nawet nikt nie myślał, jednak w takim momencie najczęściej zaczyna się coś dziać co w ogóle trudno sobie wyobrazić. Kiedy o mało co pod koła samochodu Bena nie wpada chłopiec nic nie zapowiada wydarzeń, jakie już nabierają realnych kształtów i jedynie krótki czas dzieli je by weszły brutalnie w życie specjalisty od spraw bezpieczeństwa i dopiero co poznanych przez niego ludzi. Przypadek, tylko i aż tyle sprawia, że Hope staje się świadkiem napadu, nie biernym i przerażonym jak pozostali, lecz doskonale zdającym sobie sprawę z zagrożenia i umiejący stawić mu czoła. Przeciwnicy mają swój jasno określony cel i nie cofną się przed niczym by go osiągnąć, brutalność oraz śmierć są przez nich wykorzystywane na każdym kroku. Ich plan nie zakłada porażki, ale nie ma w nim również miejsca dla nadprogramowego gościa na wystawie w galerii. Ben także musi zmienić swoją koncepcję co do najbliższej przyszłości i to w znacznie większym zakresie niż zakładał. Po raz kolejny jego doświadczenie pozwala mu wyjść z tarapatów, chociaż czy tak jest w rzeczywistości? To, co wydawało się zakończone okazuje się być elementem większej całości i to o wiele groźniejszej niż wydawało się. Prawda jest o wiele niebezpieczniejsza, a Hope staje się z bohatera poszukiwanym przestępcą, chwilę wcześniej stawiany jako wzór teraz musi uciekać. Jeżeli zatrzyma się nawet na moment to nie będzie miał okazji by udowodnić swoją niewinność. Ktoś zrobi wszystko by uniemożliwić mu przedstawienie dowodów. Fakty nie są ważne, liczy się jedynie oficjalna wersja, a w niej to Ben Hope jest zbrodniarzem. Komu można zaufać w sytuacji kiedy ma się wrażenie, że nawet najbliżsi zawiedli?

Niesłusznie oskarżony, tropiony jak zwierzyna na polowaniu, mogący liczyć tylko na siebie ma jeszcze do rozwiązania zagadkę, w jakiej kluczową rolę odgrywa niepozorna rycina Goi. Dlaczego właśnie ten szkic przyciąga śmierć do wszystkich, którzy znaleźli się w jego pobliżu? Może odpowiedzi nie należy szukać w teraźniejszości, lecz w przeszłości?

Sensacja? W najlepszym wydaniu. Thriller? Jak najbardziej. Political fiction? Również. Zaginiony skarb i jego poszukiwacz? Oczywiście. "Zaginiony klejnot" Scotta Mariani`ego to książka zawierająca kilka motywów i splatająca je w jedną historię, w której nie brakuje akcji, zagadek i spisków. Autor nie pozwala czytelnikowi się nudzić i umiejętnie rozwija fabułę tak by go zaskoczyć. Wątki wydające się na całkowicie od siebie niezależne stopniowo zazębiają się by w końcu pokazać się jako śmiertelna machina, zmiatająca na swej drodze każdego, kto odważy się jej przeciwstawić. Czerń staje coraz bardziej nieprzenikniona i zowieszcza, a biel pokrywa się rdzawymi plamami krwi niewinnych ofiar. Scott Mariani stawia w "Zaginionym klejnocie" na sensację, lecz również ukazuje siłę informacji we współczesnym świecie oraz znaczenie zakulisowych rozgrywek polityczno-wywiadowczych, w jakich jednostka nie liczy się w ogóle. Przypadek okazuje się wstępem do pełnej niespodziewanych zwrotów akcji historii, gdzie w równym stopniu liczy się odwaga jak i walka o prawdę, za wszelką cenę.



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości
Wydawnictwu MUZA


sobota, 24 maja 2014

Kłopoty to jej specjalność

"Czy ten rudy kot to pies"
Olga Rudnicka


Kolejnych wspomnień książkowych czar czyli dalsze perypetie bohaterów z "Martwego jeziora". Tym razem w samym centrum opowieści jest przyjaciółka Beaty - Ula, profesjonalistka w życiu zawodowym, ale w życiu prywatnym ... tu już panuje o wiele więcej chaosu. Trzeba powiedzieć szczerze, że kłopoty wprost uwielbiają dziewczynę i nawet jak ich nie szuka one zawsze znajdą ją. Tak już po prostu jest od zawsze, żadne próby nie wikłania się w problematyczne sytuacje kończą się fiaskiem. Jednak skala teraźniejszej katastrofy przekracza wszystkie poprzednie, a przynajmniej tak uważa Ula. Jak człowiekowi wali się świat na głowę to może zrobić tylko jedno uciec, nie gdzie pieprz rośnie - ciut bliżej, ale na pewno z miejsca gdzie katastrofa wydarzyła się! Tylko nie wolno zapomnieć o jednym - trzeba, i to bezwzględnie, patrzeć do jakiego autobusu się wsiada ...

Miało być inaczej, chociaż spontanicznie jak zawsze, lecz tym razem bez jakichkolwiek kłopotów, no i w końcu chwila odpoczynku oraz zapomnienia po ostatnim osobistym armagedonie. Teraz, przynajmniej przez jakiś czas, będzie spokój i nic niespodziewanego nie wydarzy się. Istnieje tylko jeden haczyk, a jest nim sama Ulka. Wplątanie się nieświadomie w nowy pasztet jedynie jej mogło się przydarzyć, jednak lata popadania w różne kłopoty zahartowały młodą kobietą, wrodzony optymizm również pomaga. Jeżeli więc cel podróży nagle okazuje się całkowicie inny, na dodatek na drodze staje podejrzany osobnik to nie ma człowiek innego wyjścia jak przyjąć całą sytuację jako coś najbardziej normalnego. Reszta jakoś się ułoży, przynajmniej tak trzeba myśleć, kiedy zdejmują ci odciski palców, ale kto by się tym przejmował, pomyłki chodzą po ludziach! Grunt, że niespodziewany przystanek jako tako odpowiada temu punktowi na mapie jaki chciała osiągnąć Ulka, może nie wszyscy są szczęśliwi z jej decyzji, lecz fochów brać pod uwagę nie należy! Szczególnie, że gospodarze mogą mieć trupa, nie w szafie, ale w ogródku i kto tu mówił jeszcze niedawno o nudzie? Jest jeszcze niezawodna Stenia - centrum informacji wszelakich - nie żadnych plotek oraz jednocześnie najbliższa sąsiadka i Bunia.
Okazuje się, iż mieszkańcy tej jakże urokliwej wsi kryją niejedną tajemnicę, a kto jak nie Ulka nadaje się najlepiej by je odkryć?

Kiedy najlepsza przyjaciółka wypoczywa na dobrowolnej banicji Beata ma czas na zajęcie się własnymi sprawami. Wciąż pozostaje nierozwiązana zagadka jej przeszłości i chociaż szanse na odkrycie prawdy są prawie równe zeru to kobieta nie poddaje się. Przecież ktoś musi wiedzieć kim są jej rodzice wystarczy tylko odnaleźć właściwych ludzi, chociaż po trzydziestu latach nie jest to łatwe. Gdzieś tam na pewno ktoś znał młodych ludzi z małym dzieckiem ...

"Czy ten rudy kot to pies" to kontynuacja książki Olgi Rudnickiej - "Martwego jeziora", pierwszoplanową bohaterką jest  w niej najlepsza przyjaciółka Beaty - Ulka. Tym razem autorka zafundowała czytelnikom nie tylko intrygującą historię, lecz również wiele humoru. Świetnie została wykorzystana postać Uli i jej charakter, a nowi bohaterowie dotrzymują kroku zwariowanej prawniczce w jej przygodach. Sploty okoliczności i przypadki wiodą ich ku przeszłości oraz otwierają drzwi do nowego rozdziału w ich życiu, jaki jest dla nich dość niespodziewany. Urokliwa prowincja okazuje się  miejscem gdzie nuda nie grozi, zwłaszcza gdy posiada się nieprzeciętny talent do sprowadzania kłopotów na swoją głowę oraz ponad przeciętną ciekawość. "Czy ten rudy kot to pies" to pierwszorzędna komedia, w której naprawdę wszystko zdarzyć się może i raczej nie ma co się spodziewać oczywistych rozwiązań. No, a na koniec pozostaje zakończenie, łączącego wszystkie wątki.
Wspomnień czar czyli książka Olgi Rudnickiej po raz kolejny okazała się strzałem w przysłowiową dziesiątkę :)

czwartek, 22 maja 2014

Stosik i e-booki w Novae Res

Na wszelki chandry, codzienny i niecodzienny stres stosik :)


Od góry:

"Siódmy dzień" Jens Hovsgaard, wyd. Czarna Owca
"Teufel" Izabela Żukowska, wyd. Oficynka i CPA
"Smilla w labiryncie śniegu"Peter Hoeg, wyd. Zysk i S-ka
"Taniec z czarownicą" Beata Kępińska, wyd. Zysk i S-ka


NOWOŚĆ 


wtorek, 20 maja 2014

Jezioro tajemnic

"Martwe jezioro"
Olga Rudnicka


Porządki mają to do siebie, że ... wprowadzają chaos, przynajmniej w przypadku mojego księgozbioru. Najpierw są wielkie plany, i tak w jak w każdej innej sytuacji sprawdzają się idealnie, w tym jednym jedynym przypadku zawodzą w dużej części. Powód tego jest bardzo prosty - wpada mi w oko dawno nie czytany tytuł i jakoś tak chęć zapanowania nad książkami odchodzi w zapomnienie. Tym razem zamiary zostały pokrzyżowane przez "Martwe jezioro" Olgi Rudnickiej. Zamiast żmudnego przekładania książek lektura, która chociaż znana po raz kolejny wciągnęła mnie swoją akcją.

Beata od lat daje sobie radę samodzielnie, z rodziną raczej nie wiążą jej więzy serdeczności i familijnych uczuć. Cóż nie każdy ma rodzinę taką jak najlepsza jej najlepsza przyjaciółka - Ula. Dla jednych liczą się emocje, a inni dbają jedynie o to, co powiedzą inni. Kiedy nie da się czegoś zmienić trzeba przejść nad tym do porządku dziennego i nie ranić siebie samego wiecznym pytaniem - dlaczego? Zaproszenie na ślub siostry wydaje się co najmniej nie na miejscu, a na pewno jest dowcipem w bardzo złym guście. Ale nie jest to pomyłka na liście gości, ale Beata nie wierzy w nagły poryw serca rodziców i siostrzyczki. Szczególnie ostatnie odkrycia sprawiają, że młoda kobieta zastanawia się nad wszystkim co było jej udziałem, a wesele wydaje się dobrą okazją by wyjaśnić kilka spraw, w tym własne pochodzenie. Co innego wspomnienia, nawet te nieprzyjemne, czym innym jednak jest ponowny kontakt z ludźmi, jacy zranili najmocniej w życiu. Upływ czasu wcale nie zmniejszył bólu, lecz w świetle ostatnich wiadomości trzeba zmierzyć się z matką i ojcem by w końcu odkryć prawdę i najważniejsze - kim się jest. Rzeczywistość czasem bywa bardziej zaskakująca niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Beata przekonuje się o tym na własnym przykładzie, lecz nawet jej przypuszczenia okazują się nie dorównywać temu, co faktycznie miało miejsce i co jeszcze ją czeka w rodzinnym domu.

Uroczystość weselna to moment kiedy skumulowane emocje i nie tylko one ujawniają się z pełną mocą. Dawne tajemnice i te o wiele nowszej daty wychodzą na jaw, tak samo jak prawdziwe zamiary ludzi, jacy powinni być oparciem, a są największymi wrogami. Co wydarzyło się trzydzieści lat temu i dlaczego miało oraz ma to taki wpływ na rodzinę Rostowskich? Czy warto grzebać w przeszłości? A może bez wiedzy o faktach w niej ukrytych nie da się wejść w szczęśliwą przyszłość?

Po raz kolejny "Martwe jezioro" wciągnęło mnie swoją fabułą i wszystko inne zostało odłożone. Książka Olgi Rudnickiej nawet gdy zna się ją dobrze nie nudzi, wprost przeciwnie - czytelnik znowu zagłębia się w perypetie Beaty i wraz z nią odkrywa skomplikowane kulisy jej rodziny. Na pozór idealna familia kryje mroczne tajemnice, jakie naznaczyły wiele osób na lata. Historia Beaty Rostowskiej powędrowała znowu na półkę by z jakiś czas przypomnieć o sobie, a porządki muszą poczekać na dogodniejszą porę, ponieważ druga część również jest w planach czytelniczych.


sobota, 17 maja 2014

Prawda i wizerunek

"Martwe popołudnie"
Mariusz Czubaj


Był człowiek i go nie ma. Znikł ponieważ chciał czy też musiał? A może kryje się za tym o wiele więcej niż ktokolwiek przypuszcza? Dlaczego coś takiego miało miejsce? Co w ogóle oznacza cała ta sytuacja i przede wszystkim jak się ona zakończy? Uciekinier czy zaginiony?

Szukać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. Jednak kiedy komuś zależy na odnalezieniu konkretnej osobie nie zdaje się na przypadek, lecz zleca to fachowcowi - skutecznemu i co najważniejsze dyskretnemu. Marek Hłasko jest zawodowcem, już nieraz rozwiązywał sprawy, które dla innych okazywały się za trudne. Kolejne zlecenie wydaje się początkowo niczym nie wyróżniać, jeszcze jedno dochodzenie i to dobrze płatne. Daniel Okoński zaginął albo inaczej mówiąc zniknął kilka tygodni wcześniej. Nic nie zapowiadało, że młody mężczyzna, specjalista od marketingu politycznego i jednocześnie niedoszły autor biografii rodzinnej zleceniodawcy Hłaski, zapadnie się dosłownie pod ziemię. Co się wydarzyło? Tego właśnie musi się dowiedzieć Marek, bo za wspaniałą karierą i wspinaniem się na zawodowe szczyty kryje się powód ostatnich wydarzeń. Gdzieś, w bliższej lub dalszej przeszłości, jest punkt, od którego wszystko się zmieniło. Śledztwo okazuje się mieć również dość nieoczekiwane skutki dla prowadzącego, wiele wskazuje na to, iż komuś zależy by nie zostało ukończone. Dlaczego i do czego się posunie by powstrzymać Hłaskę?

Upalne lato to najczęściej sezon ogórkowy w mediach, jednak ten rok okazuje się wyjątkowy. Tematem numer jeden jest niespodziewana śmierć parlamentarzysty i to nie z przyczyn naturalnych. Zbrodnia wstrząsnęła nie tylko środkami masowego przekazu, ale i światem polityki. Polska to nie kraj gdzie zabójstwa polityków są na porządku dziennym, nic dziwnego, że i w tym przypadku wzbudziło ono zaskoczenie i obawy. Szczególnie kulisy wstrząsnęły pewnymi ludźmi, ale to już wiedza zarezerwowana dla nielicznych, cała reszta wie tyle ile specjaliści od marketingu politycznego uznali za słuszne ujawnić. Niektórzy znają prawdę, a ta rzuca nowe światło na oblicze polskiej polityki ... Jeszcze do niedawno w samym środku podobnych wydarzeń był Daniel Okoński ...

Marek Hłasko nie poddaje się łatwo, jest uparty i dąży do celu nawet wtedy gdy rozsądniej byłoby się wycofać. Przeciwności jedynie dopingują go do pracy, doskonale zdaje sobie sprawę, że znajduje się na właściwej drodze by zrealizować zlecenie. Krok po kroku odkrywa ostatnie dni i tygodnie  z życia celu swego śledztwa. Wie również, iż nie wszystkim jest to na rękę, szczególnie, że niejedną tajemnicę poznał zaginiony. Odpowiedzi zaczynają rysować obraz w jakim kłamstwa są powszechniejsze od faktów, a te drugie mogą  być atutami, ale czy w czystej grze?


Czasami czytając kolejne artykuły lub też oglądając programy telewizyjne ma się wrażenie, iż życie wyprzedza literacką fikcję bądź pomysły scenariuszy. "Martwe popołudnie" to kryminał gdzie dużą rolę odgrywa motyw polityki, nie tej dosłownej, lecz fikcyjnej, chociaż trudno oprzeć pokusie poszukiwania powiązań z rzeczywistością. Fabuła jednak kryje o wiele więcej, a Mariusz Czubaj z jednej strony dawkuje sekrety i odkrycia by czytelnik nie czuł się nimi przytłoczony, z drugiej strony nie pozwala mu na pewność, że przejrzał konstrukcję opowieści. Scena polityczna, przeszłość, wracająca w najmniej spodziewanym momencie, zapomniane tajemnice nieoczekiwanie wychodzące na jaw i upór by podjęte zlecenie doprowadzić do końca, a dzięki niemu kolejne sekrety są odkrywane. Fikcja, prawda, specjaliści, umiejętnie manipulujący faktami, dawne i świeże grzechy, a w samym środku Marek Hłasko, zawodowiec do wynajęcia, lecz nie na sprzedaż. Postać przypominająca Phillipa Marlowe`a, ostatniego sprawiedliwego, chociaż dostrzegają to nieliczni, a wrogowie zbyt późno. Zamiast zadymionych lokali i spelunek Los Angeles - hipsterskie kluby w samym centrum Warszawy. "Martwe popołudnie" to kryminał w klimacie noir, gdzie polityczne rozgrywki nie ustępują w niczym gangsterskim porachunkom. Prawda jest tylko jedna i zawsze odnajdzie ją Hłasko, a pionek szachowy sprawdza się równie dobrze jak najlepszy alarm.



       Za możliwość przeczytania książki 
      Dziękuję
         wyd. Albatros A. Kuryłowicz

środa, 14 maja 2014

Stosik i spotkanie autorskie


Lektury na najbliższe dni:


Od góry:

Hanna Cygler "Głowa anioła", wyd. Rebis
Mariusz Czubaj "Martwe popołudnie", wyd. Albatros A. Kuryłowicz
Scott Mariani "Zagubiony klejnot", wyd. Muza
Veit Etzold "Cięcie", wyd. Akurat





 SPOTKANIE AUTORSKIE




 

poniedziałek, 12 maja 2014

Bestie

"Bestia"
Piotr Rozmus


Bestie są wśród nas, nie zawsze kryją się w cieniu lub mroku. Czasem nie wyróżniają się z tłumu, ale pod tą "zwykłą" powierzchownością ukryty jest prawdziwy potwór, którego nikt o nic nie podejrzewa. Bestią nikt się rodzi, lecz staje się nią z różnych powodów, nie zawsze zależnych od człowieka. Zbieg okoliczności, własne wybór, decyzje podjęte przez innych i w świat wkracza ktoś kto sprawia, że lęk i ból zaczynają gościć w ludzkich sercach i umysłach.

To nie tak miało być. Po pierwsze powinien zagościć spokój, jaki nie był dany Robertowi Donovanowi od lat, a po drugie nowy rozdział życia miał się rozpocząć. Szczecinek to nie Szczecin, zamiast pośpiesznego życia i demonów przeszłości, powrót do rodzinnych więzi i do tego,co zostało utracone. Emerytowany policjant poznał zło od podszewki i wie doskonale jakie może przybierać postacie. Teraz jednak nadszedł czas na odcięcie się od tego wszystkiego co było jego udziałem. Nie jest jednak łatwo, prawie z dnia na dzień, zapomnieć o przeszłości, szczególnie gdy ta wciąż jest otwartą raną, a kolejny upiór z przeszłości daje o sobie znać. Na tym nie koniec, wręcz przeciwnie, powrót Roberta zbiega się z brutalnym morderstwem nastolatki, a w Szczecinku taka zbrodnia nie jest czymś codziennym. Miejscowa policja zostaje postawiona w stan najwyższej gotowości, śledztwo w tej sprawie ma najwyższy priorytet. Kiedy zostaje znaleziona kolejna ofiara policjanci wiedzą, że oznacza to jedno - seryjnego mordercę i jest tylko kwestią czasu gdy uderzy ponownie. Stróże prawa oprócz dochodzenia muszą jeszcze zmierzyć się z dziennikarską dociekliwością i zwiększającą się ilością pytań dotyczących zabójstw. Tym razem Robert jest jedynie obserwatorem, nie jego zadaniem jest pościg za zwyrodnialcem, on ma co, a raczej kogoś, innego na głowie. Łezka, szef szczecińskiej mafii, daje o sobie znać, Szczecinek miał być miejscem, gdzie emerytowany policjant zamierzał zapomnieć o nim, ale czy jest możliwe?

Śmiertelny splot wydarzeń zaczyna coraz bardziej otaczać Donovana. Nowe otoczenie, miało być punktem zwrotnym w jego życiu i faktycznie staje się nim, lecz w całkiem innym znaczeniu niż to było w planach. Tym razem wróg to nie jedna bestia, a jej twarz nie do końca jest znana. Już raz Robert przeżył niewyobrażalną stratę, teraz znowu los wystawia go na próbę, w jakiej stawką jest życie ludzkie. Wystarczy chwila zawahania, poddania się bólowi, by utracić resztę tego, co dla niego najważniejszego.

Piotr Rozmus w zimowej scenerii rozgrywa krwawy dramat, w jakim śmierć zaznacza bardzo wyraźne ślady, a kolejne ofiary stają się niemymi świadkami morderczej gry. Z jednej strony mafijne porachunki, bezwzględne i nieprzedawniające się, wręcz przeciwnie narastające, aż do momentu kiedy znajdują ujście w formie zemsty za wymierzoną sprawiedliwość. Z drugiej strony brutalne zbrodnie, których motyw wciąż pozostaje nieodgadniony, kładące się mrocznym cieniem na spokojnym dotąd mieście. "Bestia" to kryminał w jakim splatają się dwie opowieści, wydające się nie mieć ze sobą nic wspólnego. Jednak to jedynie pierwsze wrażenie, pod nim kryje się historia w jakiej przeszłość odgrywa kluczową rolę, naznaczając sobą teraźniejszość. Piotr Rozmus daje czytelnikowi lekturę, w której nie ma miejsca na chwilę wytchnienia, mroczny klimat wciąż jest obecny i daje się odczuć w każdym wątku. Wątły promyk nadziei przebija się przez lęk, ból i rozpacz, lecz czy będzie dane mu zagościć na stałe? Główny bohater walczy nie tylko z tytułowym potworem, ale i demonami drzemiącymi w nim samym. Bestia okazuje się mieć wiele twarzy, ujawniających się w najmniej spodziewanych momentach. Gdzieś w śnieżnym krajobrazie kryje się morderca, nikt nie wie kiedy znowu zaatakuje, chwila nieuwagi wystarczy by dopadł kolejną ofiarę ...

Za możliwość przeczytania książki 
Dziękuję  wyd. Videograf II

czwartek, 8 maja 2014

Olimpijski rozdział

"Trzy panie w samochodzie 
czyli sekta olimpijska"
Małgorzata Thiele


Sekta brzmi groźnie, ale gdy ma się do czynienia z jej olimpijską wersją to zamiast obaw pojawia się śmiech i dobra zabawa. Spotkanie po latach okazuje się świetną okazją by odświeżyć, nieco przykurzoną, przyjaźń jeszcze z okresu licealnego. Wiadomo - czas zrobił swoje, chociaż czy na pewno? Może właśnie nadszedł moment by z przeszłości zabrać ze sobą to, co najlepsze w przyszłość, a za sobą pozostawić złe wspomnienia. Kiedyś Marta, Jolka i Bożena świetnie się bawiły w swoim towarzystwie i nie tylko, teraz nadarza się okazja by rozpocząć nowy rozdział - olimpijski!

Życie zaczyna się po ... na przykład rozwodzie albo gdy na dodatek spotyka się z dawno niewidziane koleżanki. Owocem takiego zbiegu okoliczności okazuje się zacieśnienie poluzowanych przez czas więzi oraz wspólne wyprawy samochodowe w celach poznawczo-przygotowawczych w celu realizacji przyszłych zamierzeń. Zanim jednak wspólny pomysł nabierze realnych kształtów trzeba się należnie do niego przygotować, a więc ... pora sprawdzić się w terenie. Trzy panie w najlepszym wieku, w końcu nie tylko wino szlachetnieje z wiekiem, ruszają by poznać swoje możliwości podróżniczo-samochodowe. Osławione polskie drogi wcale nie są takie złe, bardziej trzeba obawiać się złośliwości rzeczy martwych czyli samochodu i jego wyposażenia. Ale nawet w takich chwilach można odkryć uroki natury i sztuki oraz nawiązać znajomości bardziej niż obiecujące. Nie samymi wypadami za miasto człowiek żyje, metropolia także pozwala na poszerzenie dotychczasowych horyzontów, a oddane przyjaciółki gorliwie w tym będą i pomagać i kibicować. W natłoku nowości Marta odnajduje się coraz lepiej, okazuje się, że poza biblioteką świat ma wiele do zaoferowania, Bożena i Jolka również są zadowolone ze wypadów. Wspólnym mianownikiem podróży pań okazują się: po pierwsze niespodzianki, po drugie ciekawe znajomości, a po trzecie niemożność realizacji planów. Kto jednak przejmowałby się tym ostatnim drobiazgiem zwłaszcza kiedy to, co niezaplanowane okazuje się tak ciekawe i atrakcyjne? Nowi znajomi, nowe miejsca i nowe możliwości by zmieniać swoje życie, aż tyle nie spodziewały się przyjaciółki, lecz kiedy tyle dzieje się trzeba korzystać z podrzucanych przez los szans. Okazuje się, że na niedawne troski i bolączki znajdują się rozwiązania, czasem nawet bardzo blisko i to w osobie kogoś,kto jak się okazuje ma drugą i to jakże intrygującą twarz! Sekta olimpijska dowiodła, iż w przyjaźni oraz różnorodności siła, a jej moc czeka tylko by ją odkryć.

Trzy przyjaciółki, dwa samochody, jedna biblioteka, kilkoro dorosłych dzieci oraz Olimpia. Trzeba przyznać, że to różnorodna mozaika, zaskakująca na każdym kroku i wywołująca uśmiech na twarzy. Tak - lubię książki z humorem oraz kobietami w roli głównej i nie zgadzam się, iż to literatura gorszego rodzaju. "Trzy panie w samochodzie czyli sekta olimpijska" Małgorzaty Thiele dostarczyły mi świetnej lektury oraz pozwoliły spędzić czas tak jakbym była w przyjacielskim gronie. Prawdziwa kobieca przyjaźń istnieje, czasem trzeba ją odkurzyć, a bohaterki tej historii udowadniają to z ogromnym wdziękiem i dowcipnie.


Za możliwość przeczytania książki 
dziękuję
portalowi 



oraz
Wydawnictwu Nasza Księgarnia

wtorek, 6 maja 2014

Backstrom i pewne śledztwo



"Ten, kto zabije smoka"
Leif GW Persson


Smoki zabijali rycerze, ci wiadomo czym się odznaczają: pięknem wewnętrznym i zewnętrznym, nieskazitelnym charakterem, odwagą, no i lśniącą zbroją. Zapłata za taką robotę byłą godziwa - księżniczka i królestwo lub pół.

Obecnie baśniowych gadów brak, a dżentelmeni w żelaznych garniturach to gatunek znany raczej z bajek. Backstrom zresztą za takiego się nie uważa, ma za to inne przymioty duszy, umysłu i ciała, o których inni mogą marzyć. Jako śledczy pokonywał prawdziwe smoki, a nie jakieś wymyślone stwory! Evert jest jedyny w swoim rodzaju, cała reszta nie dorasta mu do pięt, ale cóż zrobić współpracowników człowiek sobie nie wybiera i trzeba znosić ich niekompetencję, głupotę i przekonanie, że są na właściwym miejscu - a z pewnością tak nie jest. Szczególnie wszystkie te cechy wychodzą przy nowej sprawie, wydawałoby się tak banalnej, że aż szkoda czasu dla mistrza detektywów. Stary pijaczyna został zamordowany, pewnie przez swojego koleżkę od kieliszka. Faktem jest, iż zbrodnia była brutalna, a zadanie jej wyjaśnienia przydzielono Backstromowi. Inni widzą w niej efekt alkoholu i spowodowanej nim agresji, lecz on dostrzega coś więcej. Wbrew opiniom kolegów i zwierzchników szuka śladów tam gdzie ono uważają za stratę czasu. Jego teoria śledcza sięga wątków, wydających się mocno naciąganych i w szczegółach i w ogóle. Nawiasem mówiąc, gdyby to zależało od niektórych pracujących przy tym morderstwie policjantów, zostało by one szybko zakończone, w końcu po co na siłę szukać czegoś jak rozwiązanie jest jasne. No, ale Evert, jak zawsze, drąży sprawę, węszy, snuje domysły i skupia się nie na tym na czym powinien. Tyle jest ważniejszych spraw, a ten jak błędny rycerz wciąż trzyma się zabójstwa tego pijaczyny, chociaż trzeba przyznać, oczywiście nie głośno, że co pewne elementy świadczą o całkiem innej wersji wydarzeń niż pierwsza hipoteza. Gdyby Backstrom zwracał uwagę na zdanie innych pewnie jego zadowolenie z siebie pękłoby jak bańka mydlana, lecz kto by brał ich zdanie do siebie?

Reszta recenzji do przeczytanie tutaj





Za możliwość przeczytania książki 
dziękuję portalowi dlaLejdis.pl

niedziela, 4 maja 2014

Niezwyczajna opowieść

"Zielone kalosze"
Wanda Szymanowska


Wolność, taka zwykła, codzienna, w jakiej nie ogląda się za siebie z obawą. Jej smak nie zawsze jest słodki, bywa ostry, czasem gorzki, lecz to, co najważniejsze w nim - każdy jego odcień wybrany jest osobiście, z wszystkimi zaletami i wadami własnych decyzji. Klatka, nie zawsze złota, ale zbudowana z lęku, nakazów, zakazów, społecznych opinii i własnych przyzwyczajeń, ma równie mocne kraty jak jej stalowe odpowiedniki. Ucieczka z niej nie jest łatwa, chociaż z zewnątrz wydaje się prostym krokiem, lecz gdy w końcu następuje świat zmienia się nie do poznania. Banalne, lecz prawdziwe.

Antonina i Stenia, niepodobne do siebie w ogóle, różne jak dzień i noc. Ich spotkanie jest czysto przypadkowe, lecz jak to bywa właśnie wtedy kiedy człowiek się niczego nie spodziewa zaczyna się coś ważnego. Pierwsza z nich właśnie pokonuje życiowy zakręt - po trzydziestu latach zdecydowała się na rozstanie z mężem i właśnie odkrywa uroki nowego życia. Druga wydaje się zwyczajną sprzedawczynią z prowincjonalnego sklepiku. Jednak coś łączy nową mieszkankę Ruczaja Dolnego z jej stałą obywatelką, ale to okaże się ciut później. Wcześniej jest odkrywanie przez Antoninę otoczenia tak różnego od wielkomiejskiego życia, gdzie była kimś zupełnie innym niż chciała. Ruczaj Dolny, mały punkt na mapie jest dla niej miejscem gdzie wreszcie może być sobą, robić dokładnie to, co chce, kiedy chce i z kim chce. Mała chatka przy błotnistej drodze okazuje się czymś więcej niż tylko tymczasowym schronieniem przed przeszłością. Po pierwsze wymaga stawienia czoła rzeczywistości, tak różnej od tej, do której była przyzwyczajona Tosia. Od teraz musi liczyć tylko na siebie i jak się okazuje szybko inni zaczynają również liczyć na nią. Ruczaj Dolny to nie bajka, zaginiona oaza spokoju, szczególnie gdy mija się budkę z piwem lub spotyka sołtysa. Jednak paradoksalnie dzięki nim Tosia odkrywa na co stać ją i mieszkańców. No i jest jeszcze Stenia, nie dobry duch, lecz prawdziwy człowiek, pomagający rozgościć się w niewielkiej chatce miastowej. Przychodząca z pomocą w odpowiednim momencie i nie oczekująca podziękowań. Obie łączy podobne doświadczenie życiowe, jedna z nich dokonała rozrachunku, a druga? Co może zrobić kiedy wiadomo, że przecież taki już jej los, a tak w ogóle nie ona pierwsza i nie ostatnia w takiej sytuacji? Ale gdzieś tam, w głębi serca, jest jeszcze dawne wspomnienie i szansa odrzucona kiedyś. Może i ona mogłaby, chociaż co ludzie powiedzą?

Zielone kalosze zamiast markowych balerin, błotnista droga w miejsce wybrukowanego chodnika i zaniedbana chatka mająca zastąpić wypielęgnowane mieszkanie oraz Antonina i Ruczaj Dolny. Taka składanka nie powinna do siebie pasować, a okazuje się, po wzajemnym dotarciu, barwną i harmonijną mozaiką. Czasem pewne elementy są aż nazbyt kontrastowe, lecz dzięki tym różnicom opowieść ma swój klimat. Wanda Szymanowska opowiedziała w swojej książce o dwóch kobietach, całkowicie różnych, tak samo jak środowiska z jakich pochodzą. Jednak to jedynie pozory, pod nimi kryje się ciepła historia w jakiej są gorzkie tony i słodki smak. Nie ma w niej uogólnień, schematów, podziału na lepszych i gorszych, za to są bohaterowie, a raczej bohaterki - bo to opowieść o nich. Banalnie jest powiedzieć, że są z krwi i kości, lecz taka jest prawda, czasem bywają symboliczne, czasem im się kibicuje, a niekiedy chce się powiedzieć, że przecież to było wiadome. Ale właśnie w tym wszystkim tkwi urok "Zielonych kaloszy", opowieści mogącej wydawać się przewidywalną, bo przecież kobieta uciekająca od dotychczasowej egzystencji w roli głównej, do tego prowincja jako tło. Jednak z wydających się znanych składników da się wyczarować ciekawą historię, gdzie jest miejsce i na humor i na rzeczywistość nieupiększoną. Szczególnie ta ostatnia skłania do refleksji, Tosie i Stenie wcale nie są rzadkością, ale te pierwsze doszły do perfekcji w kamuflowaniu prawdy, a te drugie trafiają na mur milczącej zgody, bo przecież tak musi być. Obie łączą te same doświadczenia - przemoc, alkohol i lata zaciskania zębów, czasem któraś powie w końcu NIE i DOSYĆ TEGO oraz wyciągnie pomocną dłoń do innej w tej samej sytuacji.








środa, 30 kwietnia 2014

Przebudzenie ...

"Przebudzenie"
Agnieszka Lingas-Łoniewska


O miłości pisano, pisze się i na pewno będzie się pisać dużo. Powstawały o niej piękne poematy i sonety, śpiewano o niej w różnych tonacjach, wielu pisarzy uczyniło z niej motyw przewodni swoich opowieści. Przynosi ona niewyobrażalne szczęście, ale niekiedy również wielki ból. Czasami przychodzi w wiośnie życia i pozostaje w niej dziesiątki lat, a czasem pojawia się dopiero w jego jesieni. Bywa i niedoceniana i przeceniana. Bez niej żyć trudno, z nią też nie łatwo. Po prostu miłość ...

Nie każdemu autorowi udaje się oddać to, co w niej najważniejsze - prawdziwe uczucia, dla których wyrazy to za mało, ponieważ liczy się o wiele bardziej nawet najmniejszy gest, niewypowiedziane słowa, a nawet pojedyncze spojrzenie. "Przebudzenie"  Agnieszki Lingas-Łoniewskiej to nie jedna z wielu książek o miłości, lecz historia o kobietach i mężczyznach stojących u progu szansy danej przez los, czy tej jednej jedynej? Tego nie wiedzą, są jedynie świadomi, że krok dzieli ich od czegoś pięknego i niepowtarzalnego ...

Monika zna smak miłości, tej prawdziwej, przed jaką nie ma ucieczki, zresztą czy ktoś odwróciłby  się gdy ziszczają się jego najskrytsze sny? Jednak ona już wie, że szczęściu towarzyszy też cierpienie, takie z rodzaju obezwładniającego ciało i oplatającego stalowymi mackami serce. W takich chwilach każdy oddech, myśl, ruch sprawia ból,a to, co jeszcze przed momentem dawało nadludzką siłę teraz odbiera człowiekowi wszystko co najlepsze. Łatwo mogłaby oskarżyć Jego - Jarka o swoje łzy, lecz prawda przecież jest całkiem inna - niełatwa i bolesna i dla niej i dla niego. Czy mężczyzna będzie umiał wybaczyć samemu sobie i spróbuje wybrać przyszłość zamiast teraźniejszości pozbawionej nadziei na lepsze jutro? Jeszcze niedawno wydawało im się, że wybrali siebie i miłość, lecz czy po tym co powiedzieli, pomyśleli oraz poczuli będą w stanie przyznać się do błędów i być ze sobą na dobre i złe ? Nie oni jedynie muszą zdecydować w jakim kierunku potoczy się ich życie i czy będzie ono przebiegało samotnie czy też z ukochaną osobą u boku.

Berni nie zamierza wplątywać się w jakiekolwiek problemy uczuciowe, a już na pewno nie z tą konkretną kobietą. Z każdą inną raczej długo by się nie zastanawiał, lecz Sylwia to całkiem inna historia, taka z kategorii niespodziewanych, spadających na człowieka nagle i bez uprzedzenia i to z wzajemnością. Jednak rzeczywistość to nie komedia romantyczna gdzie wiadomo, że uczucie zwycięży wszystkie trudności. Zresztą żadne z nich nie myśli o tym co pojawiło się między nimi w tych kategoriach. Nie są nastolatkami, mają za sobą wiele, a przed sobą ...? Łatwo dać się ponieść emocjom, lecz potem nastaje kolejny dzień i rodzi się pytanie co dalej?

Tytuł drugiej książki "Przebudzenie", z cyklu "Łatwopalni", Agnieszki Lingas-Łoniewskiej jest jak najbardziej adekwatny do fabuły kryjącej się tuż za okładką. Jej bohaterowie to nie papierowe postacie, lecz pełnokrwiści ludzie, którym nieobce są błędne decyzje i porażki, nie wstydzą się łez, ale umieją również dostrzec szansę na uczucie. Każdy z nich przeżywa swoje własne "przebudzenie" z dotychczasowego życia i staje przed okazją by wszystko w nim zmienić oraz odkryć, że czasem marzenia spełniają się. Pisać o miłości można na wiele sposobów, ale Agnieszka Lingas-Łoniewska po raz kolejny pokazuje, że w opowieściach jej autorstwa nie ma nic z banalności czy też oczywistości. Autorka daje czytelnikom w prezencie dojrzałą lekturę z niejedną nutą pikanterii, wysmakowaną i ukazującą prawdziwy wachlarz uczuć - od miłości do nienawiści oraz siłę przyjaźni. "Przebudzenie" to historia to nie jedna z wielu, lecz taka, do jakiej wraca się niejednokrotnie i poleca innym.

Za możliwość przeczytania książki 
dziękuję 
portalowi
Czytajmy Polskich Autorów


niedziela, 27 kwietnia 2014

Australijska opowieść

"Człowiek nietoperz"
Jo Nesbo


Jedne zbrodnie przyciągają uwagę na krócej, inne na dłużej. Czasem okazują się elementem morderczego łańcucha, którego początek ginie gdzieś w przeszłości, a koniec ... ten wydaje się daleki i niepewny. W tłumie nikt nie zauważa pewnych prawidłowości i powtarzalności czynów, giną one wśród podobnych śladów. Jednak niekiedy prawda w końcu wychodzi na jaw, wtedy zaczyna się pościg za zbrodniarzem i wyścig z czasem. On może uderzyć w każdym momencie, oni muszą go powstrzymać wypełniając białe plamy na krwawej panoramie.

To dochodzenie od początku nie było rutynowe, po pierwsze odbywało się w Australii nie w Norwegii, po drugie Harry Hole miał współpracować z miejscową policją, a po trzecie nic nie jest takie jakie wydawało się na początku. Inger Holter, ofiara morderstwa, Norweżka i powód podróży Harry`iego do Sydney. Dochodzenie w tej sprawie jest już w toku, brak tylko jednego - jego widocznych efektów. ie ma tropów i śladów, w czym więc może pomóc detektyw z Oslo, jeśli jego koledzy po fachu do tej pory nie odkryli niczego, co posunęłoby śledztwo do przodu? Młoda kobieta została brutalnie zamordowana, jej zwłoki zostały znalezione przez przypadek, brak jakichkolwiek poszlak, po prostu jeszcze jedne zabójstwo, jakie miało miejsce w australijskiej metropolii. Policjant z północy wydaje się mieć wyznaczoną rolę - obserwatora, ale co ma obserwować? Może życie toczące się tak jakby nic się nie stało? Ale to nieprawda, bo gdzieś tam, wśród niewinnych jest morderca i jak na razie tylko on wie dlaczego właśnie ta,a nie inna osoba została pozbawiona życia. Przewodnik Harry`iego odkrywa przed nim Sydney, jakie rzadko pokazuje się turystom - ciemne ulice, domy publiczne i knajpy, odwiedzane jedynie przez nielicznych stróżów prawa. Motyw zbrodni, do tej pory nieznany, zaczyna się wyłaniać z mrocznej otchłani nocnego wielkomiejskiego życia, a wraz z nim nabiera kształtów anonimowa do tej pory postać zabójcy. Wskazówki zaczynają być coraz bardziej wyraźne, kolejna ślady zostają odkryte, to, co wydawało się jednostkowym wydarzeniem okazuje elementem większej całości. Śmierć Inger Holter nie była pierwszym ogniwem zabójczego łańcucha, lecz jednym z wielu krwawych jego składników. Ale czy wszystkie elementy tej układanki są na właściwych miejscach? Może Harry coś przeoczył lub zinterpretował błędnie? Czasem wskazówki mają drugie i trzecie dno i trzeba odrzucić oczywiste by odkryć ich prawdziwy sens.

Kryminały skandynawskie mają specyficzną atmosferę, która odróżnia je od innych opowieści z tego gatunku. Akcja "Człowieka nietoperza" umiejscowiona jest daleko od Skandynawii, lecz jak się okazuje australijski klimat oraz krajobrazy również mogą współgrać z sensacją, jaka do tej pory była osadzona w północnej Europie, a to za sprawą głównego bohatera. Harry Hole stoi na przeciwległym biegunie w porównaniu z resztą postaci - pogodnych i optymistycznych Australijczyków, lecz to jedynie pierwsze wrażenie. Jo Nesbo w całkowicie innej rzeczywistości - pełnej światła, zabawy, słonecznej i otwartej na drugiego człowieka odtwarza nastrój zupełnie odwrotny - mroczny, pełen osobistych tajemnic i jakby zamrożonych emocji, znajdujących ujście w dramatycznych okolicznościach. Dodatkowo wplata w swoją historię aborygeńskie mity, które nie są jedynie ozdobnikiem, bądź wypełniaczem miejsca na stronach książki. Okazują się one ważnym wątkiem, w skomplikowanej opowieści, gdzie historia pierwszych mieszkańców Australii, osadnictwo białego człowieka oraz jego następstwa stanowią źródło dla teraźniejszych wydarzeń oraz podejmowanych przez bohaterów wyborów.

Skandynawska dusza, spalona słońcem ziemia, wybrzeże, o które wciąż uderzają oceaniczne fale oraz bestia w ludzkiej skórze, przepełniona nienawiścią i pragnieniem zemsty, za dawne krzywdy ...
           Dziękuję za możliwość 
         przeczytania książki   
          Księgarniom MATRAS :)

czwartek, 24 kwietnia 2014

Szalony pomysł

"Wymarzony dom"
Magdalena Kordel


Wymarzony dom może przybierać różne postacie - od pałacu w bajkowej scenerii,  poprzez willę na egzotycznym wybrzeżu, po kawałek własnego kąta w gdzieś na uboczu. Dom to również bliscy ludzie, bez nich nawet najwspanialsza rezydencja to jedynie mury i nic poza tym.


Wymarzony dom czasem pojawia się nagle i wcale nie wygląda na taki. Kupienie czegoś przez przypadek zdarza się każdemu, co jednak gdy nie jest to drobiazg, nawet większego formatu, a budynek ... ? Czasem szalone pomysły są początkiem czegoś co miało być całkiem czymś innym. Magda chciała na chwilę uciec od dotychczasowej egzystencji i niespodziewana propozycja wydawała się szansą na realizację niedawno podjętych postanowień. Jednak rzeczywistość okazała się "ciut" różna, no, ale gdy już się powiedziało "A" to i "B" jakoś też mówi, zresztą Malownicze roztacza swój urok - jedyny w swoim rodzaju. Dla dziewczyny z dużego miasta małe miasteczko, ukryte przed obcymi, okazuje się miejscem gdzie może poznać życie od innej strony. Oczekiwany spokój oraz relaks okazują się niespełnionym życzeniem, bo nowy dom wymaga uwagi, a bliżsi i dalsi sąsiedzi również skutecznie zapełniają czas Magdy. Po pierwsze ekipa remontowa burzy, odnawia, maluje i wprowadza chaos pod wodzą samozwańczej szefowej bez pytania się nowej właścicielki o zdanie.


Reszta recenzji do przeczytania tutaj



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi dlaLejdis.pl

środa, 23 kwietnia 2014

Gra o tron

"Gra w kości"
Elżbieta Cherezińska


Oblicza wykute w kamieniu lub uwiecznione na starych obrazach tylko w części oddają prawdziwych ludzi. Za pracą artysty kryje się człowiek z krwi i kości, z wadami i zaletami oraz tajemnicami, których potomni mogą się jedynie domyślać. Gdyby piastowskie zabytki Gniezna lub Poznania mogły przemówić ich opowieść sięgnęłaby czasów kiedy pierwsi władcy Polski dopiero co odrzucili wierzenia swoich przodków i weszli do chrześcijańskiego świata. Jednak wcale nie różni się aż tak mocno od współczesnych swych odpowiedników. Rok tysięczny, u progu nowe millenium, niosące w sobie jednocześnie obawy i nadzieje ...

Głębokie puszcze, nieliczne grody, nieznający strachu wojowie oraz piękne, lecz skromne niewiasty, taki obraz przekazują jedni. Inni widzą dziki kraj, krwiożerczych wojowników oraz poddanych wraz z władcą, wierzących w wielu bogów i jedynie dla niepoznaki udających chrześcijan. Księciu Bolesławowi obydwie opinie są na rękę, oczywiście w zależności od sytuacji, a ta zmienia się bardzo dynamicznie. Młode państwo narażone jest na ataki sąsiadów, którzy od dawno ostrzą sobie zęby na piastowskie ziemie. Przyjęcie nowej wiary i odrzucenie tradycji przodków było przemyślanym krokiem, ale nie ostudziło wrogich zamiarów. Teraz kraj Bolesława jest pierwszym obrońcą przed poganami i jednocześnie stanowi granicę chrześcijańskiego świata, lecz taka rola to o wiele za mało dla ambitnego władcy. Najodważniejszy z odważnych wojów, wiodący swoje drużyny do kolejnych zwycięstw, równie oddany walce jak i idei zdobycia korony w miejsce książęcego tronu. Jedynie nieliczni mogą powiedzieć, że wiedzą do czego zdolny jest Bolesław, a i oni co najmniej dwa razy zastanowią się nim wypowiedzą co do książęcej osoby. Jak nikt inny umiejący oddać się zabawie, na polowaniach nie ustępujący w sile i drapieżności rysiom czy niedźwiedziom, a w polityce wytrawny gracz rozgrywający karty zgodnie z interesem państwa i swoim własnym. W wirze politycznych intryg książę czuje się doskonale, sam niejednej jest autorem, a w wielu brał i bierze czynny, chociaż zakulisowy, udział. Trzydziestotrzylatek wiedzący, iż wiele zależy od dwudziestoletniego młodzieńca - cesarza Ottona III, który dopiero poznaje świat i jego zawiłości. Ale czy cesarskie dziecko kiedykolwiek może pozwolić sobie na naiwność i brak zmysłu politycznego? Kto w tej grze jest pionkiem, a kto rozgrywającym? Gniezno ustępuje wiecznemu Rzymowi wspaniałością pałaców i kościołów, lecz pragnienie władzy wszędzie jest takie same. Jej smak upaja równie mocno w drewnianym grodzie jak i w cesarskiej siedzibie, Bolesław i Otto wiedzą co niesie ona ze sobą ...

"Gra w kości" to książka w jakiej historia jest punktem wyjścia dla opowieści o przeszłości Polski, lecz pierwszoplanową rolę odgrywają w niej ludzie - bohaterowie jak najbardziej rzeczywiści, chociaż przedstawieni nie jako posągowe pomniki. Elżbieta Cherezińska doskonale oddała ducha wczesnego średniowiecza, ale wyszła poza zwyczajowe ramy,w jakich autorzy starają się utrzymać historyczne postacie. Prawda została umiejętnie spleciona z fikcją, tak by czytelnik mógł zagłębić się w dziejowe mroki i swobodnie towarzyszyć bohaterom w ich poczynaniach. Intrygi, rozgrywki na szczytach władzy, ogromne ambicje i równie wielkie namiętności, pragnienie władzy, to wszystko jest udziałem głównych postaci - księcia Bolesława, późniejszego pierwszego króla Polski, oraz cesarza Ottona III. Jednak w "Grze o kości" nie są oni jedynie wspomnieniem dawnych ludzi, lecz żywymi istotami, którym nieobce są obawy i lęki, ale i marzenia zdobycia tego czego jeszcze nikt inny nie zdobył ...





Za możliwość przeczytanie książki dziękuję
portalowi Duże Ka i wyd. Zysk i S-ka

niedziela, 20 kwietnia 2014

Mord w świecie paragrafów

"Zbrodnia na boku"
Dorota Dziedzic-Chojnacka


Jakoś tak się utarło, że zbrodnia i prawnicy mają ze sobą coś wspólnego, czasem to jedynie luźne skojarzenie dotyczące sali sądowej, a czasem bardziej ściślejszy związek. Bywa, że ten drugi bierze się z ciekawości vel świeżo odkrytej żyłki detektywistycznej, w końcu akta sądowe nie zając - nie uciekną, a morderstwo to całkiem coś innego! Kiedy nadarza się okazja jak z powieści kryminalnej nie można jej nie wykorzystać, nawet gdy wszyscy pukają się w czoło ...

Zabójcą mógłby być każdy w kancelarii mecenasa Magiery, zresztą kto przynajmniej raz nie czuł żądzy mordu na mniej lub bardziej znanym bliźnim? Dużo nie potrzeba by spokojny człowiek, niekiedy jedynie w swoim lub innych mniemaniu, zamienił się w krwiożerczą bestię. Na dodatek sensacyjne opowieści dają pożywkę spragnionym jakiś intryg umysłom, więc gdy nadarza się okazja, niektórym wiele nie potrzeba by detektywistyczne żyłka dała o sobie znać. Katarzynie Nowackiej - byłej aplikantce i będącej tuż przed zaprzysiężeniem adwokatce równocześnie, aresztowanie starszego kolegi po fachu i to z powodu zabójstwa nie mieści się w głowie. Po pierwsze podejrzany raczej mordercy nie przypomina ani z fizjonomii, ani z charakteru, no a zbrodnia, jak wieść prawniczo-gminna niesie, była dość krwawa. Po drugie jakaś koleżeńska solidarność przecież chyba powinna być, czyż nie? Domniemanie niewinności ginie gdzieś w natłoku plotek, domysłów i "faktów" nie potwierdzonych przez nikogo. Jedno jest pewne - ktoś zamordował i aresztowano podejrzanego, właśnie radcę Dudka, nic innego nikogo nie interesuje, chociaż każdy ma swoją teorię w tej sprawie. Jednak to, co dla innych jest jedynie tematem spekulacji, dla Kasi stanowi szansę by na własną rękę poszukać wyjaśnienia zabójczej zagadki. Kto mógł zabić i jaki był jego motyw? Dlaczego Dudek znalazł się w zakładzie karnym? Na każde z tych pytań trzeba znaleźć odpowiedź i to nie zważając na opinie otoczenia oraz bliskich osób, a przecież pozostaje jeszcze praca czyli podchody z mecenasem Magierą i klientami, życie towarzyskie - czasem nawet dość intensywne i zwykła codzienność typu korki i takie tam "drobnostki" z codzienności wielkomiejskiej. Jednak jaki prawdziwy detektyw pozostawiłby zbrodnię samą sobie z tak błahych powodów? Żaden, szczególnie, że coraz szczegóły zaczynają układać się w całość, tyle, że ta może obalić początkowe założenia Kasi ... Pod śledczą lupą coraz to nowe osoby trafiają, szczególnie niektóre mogły mieć lepsze motywy by "pozbyć" się ofiary z tego świata niż inni. Czas by w końcu skonfrontować wszystkie za i przeciw, przeczucia i podpowiedzi intuicji z faktami. Jaki będzie wynik amatorskiego dochodzenia adwokatki-detektywa? Niespodziewany dla wielu i odkrywający więcej niż ktokolwiek by chciał!

Kryminał wcale nie musi być krwawy, ze strzelankami w tle, czasem dodatek w postaci humoru i lekko puszczone oczko w kierunku rzeczywistości świetnie sprawdza się i w sensacyjnych opowieściach. Prawniczy światek okazuje się świetnym tłem dla zbrodni i to wcale nie w białych rękawiczkach. Kulisy pracy palestry okazują się doskonałym uzupełnieniem dla kryminalnej zagadki i prowadzonego dochodzenia, w jakim liczy się każdy detal. Plotki, przypuszczenia, świetnie działająca siatka znajomości i przypadkowe spostrzeżenia stanowią osnowę w jakiej główna bohaterka szuka odpowiedzi na podstawowe pytanie - kto zabił? "Zbrodnia na boku" to prawdziwa kryminalna historia w jakiej nie zabrakło ofiary, zabójcy, detektywa oraz intrygi,która jedynie na pierwszy rzut oka wydaje się nieskomplikowana. Autorka zadbała by czytelnik nie nudził się i wraz panią adwokat Kasią szukał sprawcy oraz motywów, a jednych i drugich nie brakuje. Szacowne grono prawników skrywa niejedną, mniej lub bardzie ciemną, sprawkę oraz odstępstwa od paragrafów, klienci również mają co nieco na sumieniu, więc podejrzanych jest wielu czyli materiału dochodzeniowego nie brakuje. Prowadzone "na boku" dochodzenie okazuje się intrygującą przygodą i to nie jedynie dla głównej bohaterki. Prawo i zbrodnia mają wiele wspólnego i nie są to jedynie paragrafy ...




Za możliwość przeczytania książki Dziękuję  wyd. Videograf

piątek, 18 kwietnia 2014

Stos świąteczny

Święta pod znakiem książki
czyli:


Dorota Dziedzic-Chojnacka "Zbrodnia na boku", 
wyd. Videograf

Agata Pruchniewska "I dobry Bóg stworzył AKTORKĘ", 
wyd. SOL

Piotr Rozmus "Bestia", 
wyd. Videograf

Jo Nesbo "Człowiek nietoperz", 
wyd. Dolnośląskie i księgarnie Matras

niedziela, 13 kwietnia 2014

"Brudny świat" od poniedziałku w ...



                       Już od poniedziałku "Brudny świat" 
      Agnieszki Lingas-Łoniewskiej do nabycia  w sieci Lidl :)





Szczegóły tutaj

piątek, 11 kwietnia 2014

Bogowie w XXI wieku

"Bogowie też kochają"
Anna Włodarz


Dwudziesty pierwszy wiek to nie starożytność i to pod każdym względem, nie chodzi o technikę, ale o wiarę w bogów. Ludzie nie wznoszą już świątyń by czcić olimpijskie bóstwa, w ogóle wiara w cokolwiek więcej niż pieniądze przeżywa kryzys. W takich warunkach nie jest łatwo boskim olimpijczykom, a na pewno niczego nie ułatwia zamieszkanie w kraju nad Wisłą, tak różnym od słonecznej Grecji ...

Jak można zapełnić czas kiedy wie się, że będzie się żyło wiecznie? Nieśmiertelność ma oczywiście wiele plusów, trzeba przyznać, iż minusem jest nuda. W końcu po kilkunastu stuleciach, jak nie więcej, bóg wie już wszystko, a przynajmniej jest o tym święcie przekonany, dziwi go raczej niewiele, no i niespodzianki raczej nie wchodzą w grę. W takich okolicznościach życiowych nie pozostaje nic innego jak zacząć inwestować w siebie czyli ... zostać studentem, bo co jak co, ale lata spędzone na uczelni są jedyne w swoim rodzaju! Filologia klasyczna jest doskonałym kierunkiem by pokazać się światu i zaznać tego, co dane jest śmiertelnym - wykładów, mniej lub bardziej nudnych, wymagających nauczycieli akademickich, no i zabawy. Oczywiście wszystko byłoby łatwiejsze gdyby śmiertelnicy wiedzieliby z kim mają do czynienia i oddali stosowny pokłon. Jednak kto uwierzyłby, że Atena z pierwszej ławki to faktycznie TA Atena - bogini mądrości i wojny, a jej przyjaciółka Hebe również jest prawdziwie boską istotą? Oczywiście, że nikt, bo w czasach komórek, internetu i lotów w kosmos bogami są na przykład gwiazdy muzyczne czy też filmowe. Z drugiej strony nie trzeba ludźmi kierować, martwić się o nich czy też pomagać, po setkach lat boskich interwencji wreszcie nadszedł czas spokoju, tylko czy o to właśnie chodziło? Bratanie się ze śmiertelnikami wydaje się nieuchronne, ale do czego doprowadzi? Nawet bogowie nie wiedzą co przyniesie przyszłość, Mojry niezbyt chętnie dzielą się swoją wiedzą, zresztą studencka egzystencja zabiera dużo czasu i jeszcze więcej sił, nawet nieśmiertelni czasem muszą przyznać, iż wcale nie jest łatwo żyć w dwudziestym pierwszym wieku i to z daleka od Olimpu! Co to to nie, a jeszcze miłość pojawia się na horyzoncie, jakby mało było kłopotów na boskich głowach. Co kryje się za tym wszystkim? Czyżby ktoś intrygował za plecami Olimpijczyków?

Bohaterowie mitów greckich i rzymskich w odsłonie jaką rzadko się spotyka - teraźniejszej, jak najbardziej współczesnej. Zamiast gajów oliwnych - polskie parki i lasy, zwiewne szaty ustąpiły miejsca bardziej praktycznemu odzieniu, Egida odpoczywa w kącie, piorunami nikt nie rzuca, a Charon nie ma co oczekiwać na zapłatę, bo i kultura inna. Co więc pozostało z mitycznych opowieści? Postacie, ze swoimi wadami oraz zaletami, wcale nie odstające od współczesności i jak się okazuje pozostające wierne swoim zasadom. Bogowie nie są archaiczni, wprost przeciwnie - wtapiają się w świat śmiertelnych i chociaż nieraz wydają się być zdziwieni otaczającym ich światem, świetnie się w nim czują. " Bogowie też kochają" to dobra historia na poprawę humoru i momenty gdy chce się oderwać, przynajmniej na moment, od rzeczywistości :)