Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 października 2017

Powrót do Lipowa


„Czarne narcyzy”

Katarzyna Puzyńska

Pewne sprawy wymykają się spod kontroli rozsądku, zwłaszcza gdy patrzy się na nie po czasie i z pozycji obserwatora. Prawda, jak zawsze zresztą, okazuje się o wiele bardziej skomplikowana i często niedopowiedziana, bo gdzieś tam kryje się jej drugie dno. Jedyną pewną rzeczą wydaje się śmierć, od niej zaczyna się wszystko, ale czy kończy?

Wcale nie tak trudno stracić wszystko na czym człowiekowi zależy, wystarczy być w nieodpowiednim miejscu w niesprzyjającej chwili i zostaje się z niczym. W takiej sytuacji nadzieja na lepsze jutro zostaje pogrzebana i nie pozostaje nic innego niż egzystencja na krawędzi. Daniel Podgórski po raz kolejny znalazł się na życiowym zakręcie, to czym do tej pory się zajmował zostało mu odebrane, pozostał niesmak i wiele podobnych odczuć. Dlaczego więc do niego właśnie zwraca się dziennikarka z informacjami mogącymi rzucić nowe światło na dawne śledztwo? To co odkrywa przy okazji w opuszczonym budynku okazuje się początkiem nowego dochodzenia, w którym zamierza brać czynny udział. Weronika Nowakowska i Klementyna Kopp również wplątują się w tę sprawę, wcale nie przypadkowo, wiąże się ona z niedawnym tragicznym wydarzeniem z okolicy. Lipowo i jego okolice znowu stają się sceną, gdzie gwałtowna śmierć wcale nie będzie pojedynczym przypadkiem. Tajemniczy, stary, dom pośrodku lasu kryje więcej sekretów, każdy mógłby być motywem zbrodni, ale jej korzenie znajdują się gdzie indziej i są splątane z wieloma osobami, nie podejrzewanych o jakiekolwiek zdrożne czyny. Związek z niektórymi jest niespodzianką dla Podgórskiego i reszty zaangażowanych w dochodzenie, a to co odkrywają ma  daleko idące w swych skutkach. No i pozostaje jeszcze sprawa czarnych kwiatów, wierzyć w ich historię czy nie traktować jej poważnie?

Powroty mają to do siebie, że wiemy czego się spodziewać, przynajmniej w teorii, odwiedzamy już znane miejsca, czasem z przyzwyczajenia, a czasem z ciekawości co nowego nas czeka. W przypadku ich literackich odpowiedników są oczekiwania, że w to co się już sprawdziło zostanie wplecione coś nowego, zaskakującego. Kiedy chodzi o cykl kryminalny zadanie jest jeszcze trudniejsze, bo nie tak prosto uwiarygodnić serię zbrodni, zwłaszcza gdy akcja osadzona jest z dala od metropolii, no i zaskoczenie odgrywa także ważną rolę. „Czarne narcyzy” to ósma książka o policjantach z Lipowa jakich już zdążyliśmy dobrze poznać, podobnie jak i okolice gdzie prowadzą śledztwa. Katarzyna Puzyńska poprowadziła fabułę tak, iż z jednej strony nie zabrakło elementów jakie w wcześniejszych częściach odniosły sukces, a z drugiej poprowadziła wątki tak by nie zabrakło niespodzianek. Lipowo jak się okazuje nic nie straciło ze swej mrocznej atmosfery, a nowe zbrodnie jak najbardziej pasują do okolicy. Pewne rzeczy okazują się niezmienne, na pewno jest nim poziom kryminalnej intrygi oraz ścieżki jakimi została poprowadzona. Autorka nadal nie daje wytchnienia swoim bohaterom, prowadzą śledztwa, zmagają się z osobistymi demonami i stawiają czoła rzeczywistości, w której jest wszystko oprócz spokoju. „Czarne narcyzy” to rasowy kryminał, w jakim nie zabrakło dochodzenia z więcej niż jednym znakiem zapytania, ślepych uliczek i rozwiązań zbrodniczych zagadek wydających się na wyciągnięcie ręki, lecz tak naprawdę mających swój finał zgoła inny przypuszczało się. 

Za możliwość przeczytania książki 


dziękuję portalowi


Czytajmy Polskich Autorów


oraz 


wyd. Prószyński i S-ka

 

niedziela, 2 kwietnia 2017

Tajemnice i sekrety

"Tajemnica dziesiątej wsi"
Agnieszka Olszanowska


Kiedy człowiek jest na dnie nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Dopiero gdy zaczyna się mozolnie wspinać by się z niego wydostać, dociera do niego jak nisko upadł i ile jeszcze drogi przednim zanim odzyska przynajmniej część tego co zostało utracone. Jednak czasem jest się zmuszonym stawić czoła nie tylko własnym grzechom, lecz i tym popełnionych przez innych, wbrew pozorom mają one bardzo długi żywot i nawet po latach dają o sobie znać.

Paweł nie poznał osobiście Zefiryna, ale po dziadku odziedziczył gospodarstwo, które miało być dla niego nowym początkiem. Dom na końcu świata, z daleka od wielkiego miasta, wcale nie jest dla niego uśmiechem losu, raczej bardziej karą, co zrobić ze spadkiem i przede wszystkim z sobą samym w takim miejscu jak Starszy Folwark? Miejska egzystencja ma się nijak do tego co czeka Pawła, jak ma sobie dać radę bez pomocy kogokolwiek z bliskich, zresztą czy jeszcze kogoś może tak nazwać? Ostatnie lata nie były udane, wręcz były drogą do zatracenia, teraz z daleka od wszystkiego co do tej pory stanowiło podstawę jego egzystencji wnuk Zefiryna musi stawić czoła swoim błędom. Nie wie, że oprócz nich są jeszcze winy z przeszłości, wciąż nie do końca zadość uczynione, a stary dom kryje w sobie pewne tajemnice nie zapomniane przez otoczenie. Paweł powoli zaczyna dostrzegać w swej nowej egzystencji zalety, decyduje się na krok, będący zaskoczeniem dla wszystkich. Ale wciąż cień przeszłości kładzie się na nim i jego poczynaniach. Czy uda mu się zamknąć tragiczny rozdział rodzinnej historii i napisać kolejne, szczęśliwsze, jej akapity? Zefiryna już nie ma, Paweł przetrwał już tak wiele, lecz wciąż wciąż pewne wydarzenia z przeszłości, jego i Zefiryna, nie pozwalają sięgnąć po szczęście. Prawda podobno wyzwala, ale czy powinno się ujawnić dawne sekrety?

Dwóch mężczyzn i dwie opowieści, dzieli ich i je czas, a łączą niewyjaśnione sprawy i Starszy Folwark. "Tajemnica dziesiątej wsi" to opowieść o rodzinie pokiereszowanej przez czyny jej członków i krzywdy wyrządzone innym oraz miłości, trudnej, nieodwzajemnionej, niedocenionej i dającej nadzieję, że być może w końcu da się odciąć od zła. Agnieszka Olszanowska sięga w swej książce do mrocznych zakamarków ludzkiej duszy i umysłów, nie stara się wybielić bohaterów, przedstawia ich takimi jakimi są z wadami i zaletami. Każdy z nich jest kowalem swojego losu, chociaż przeszłość nie pozostaje bez znaczenia, lecz to oni poprzez podejmowane decyzje kierują siebie na taką, a nie inną ścieżkę. "Tajemnica dziesiątej wsi" opowiadana jest przez Pawła i Zefiryna, w ten sposób przeszłość i teraźniejszość łączą się z sobą oraz nawzajem uzupełniają, chociaż wydają się być odrębnymi mają wspólne wątki. Autorka dała czytelnikom historię, w której miłość, wina i kara stanowią wierzchołki niezwykłego trójkąta zawierającego w sobie plątaninę czasem sprzecznych emocji, lecz niezwykle silnych i destrukcyjnych. 



Za możliwość przeczytania książki 

dziękuję portalowi

Czytajmy Polskich Autorów

oraz 

wyd. Prószyński i S-ka
 


środa, 15 marca 2017

XYZ czyli kim jest autor/ka?

"Kolejny rozdział"
Agata Kołakowska


Ile wiesz o swoich bliskich i znajomych? A co oni wiedzą o Tobie? Czy można być pewnym, że to czego nie chcemy wyjawiać pozostanie tajemnicą? Wydaje się, iż tylko bardzo wąskie grono osób zna nas naprawdę doskonale, ale czy rzeczywiście tak jest? Może to jedynie iluzja nie mająca nic wspólne z tym co dzieje się wokół nas? Co zrobisz gdy nagle zaczniesz czytać historię podobną do Twojego życia w każdym calu i to nie Ty będziesz jej autorem?

Życie pisarki wcale nie jest usłane różami, nawet największe sukcesy mogą szybko zostać zapomniane gdy ostatnia książka zamiast być bestselerem zostaje chłodno przyjęta. Egzystencja redaktora w wydawnictwie to także niezbyt łatwy kawałek chleba, w końcu na jeden hit przypada wiele słabych historii. Kalina Milewska właśnie powinna kończyć swoją najnowszą powieść, lecz jakoś weny brak, a w głowie wciąż niezbyt udany ostatni tytuł. No i pozostaje jeszcze Maciej Tarski, wciąż ponawiający pytanie kiedy do niego trafi plik z ukończoną powieścią. Autorka ma pisać, a redaktor kontrolować postępy i dodawać motywacji twórcy. Niestety jakoś ostatnio jedno z drugim nie idzie w parze, a termin nieuchronnie się zbliża. Jakby tego było mało Tarski otrzymuje e-mail z intrygującym fragmentem książki, kto jak nie Milewska mógłby być jego autorem? Jednak Kalina twierdzi, że to nie jej sprawka, a niedługo potem i do niej trafia podobna wiadomość. Ktoś zna doskonale obydwoje i nie waha się tego wykorzystać, kim jest on bądź ona jest i dlaczego na celownik wzięto tę dwójkę? Grono podejrzanych jest spore i wcale nie tak łatwo kogoś z niego wykluczyć, a trzeba jeszcze zmagać się z problemami jakie dostarcza codzienność i trudno nie zauważyć, że jakoś tak wiążą się z tymi nieszczęsnymi urywkami. Komuś chyba zależy by zasiać niepokój i niestety należy przyznać, iż tajemniczemu XYZ udaje się to znakomicie. Jego, jej, "twórczość" odsłania sekrety i punktuje ich wady, tajemniczy pisarz, pisarka, ma świetny zmysł obserwacji i wykorzystuje go w pełni. Co przyniesie kolejny rozdział Pana lub Pani XYZ? Tego nie wie nikt, a przynajmniej dwie osoby są więcej niż zainteresowane by odkryć tożsamość anonima. Ile jeszcze wie on bądź ona o Kalinie oraz Macieju i co jeszcze ujawni? Jak skończy się ostatni rozdział?

Pewnego dnia otwierasz e-mail, tak jak setki albo tysiące razy wcześniej, i po jego przejrzeniu okazuje się, że jest w nim coś znajomego. Ba, nawet więcej, ale przecież przypadki zdarzają się, lecz kiedy druga wiadomość znowu wydaje się kalką Twoich poczynań to już przestaje być śmieszne, szczególnie, iż autor ukrywa się pod enigmatycznym pseudonimem trzech liter. Kto może aż tyle o tobie wiedzieć? Taki pomysł na fabułę jest intrygujący czyż nie? A gdy towarzyszy mu dbałość o szczegóły, stopniowanie napięcia i cały szereg tajemnic plus bohaterowie, umiejący udźwignąć fabułę to w efekcie końcowym otrzymujemy taką opowieść jak "Ostatni rozdział" Agaty Kołakowskiej. Sensacja ma wiele twarzy, czasem dość nieoczekiwanych, i bywa dobrym punktem wyjścia do wątków z gatunku obyczajowych. Jedno z drugim dobrze współgra, a w tym przypadku autorka dołożyła starań by połączyć przysłowiowy ogień z wodą, dodatkowo jeszcze wzbogacając je o celne spostrzeżenie dotyczące emocjonalnej strony ludzkiej natury. "Ostatni rozdział" ma w sobie intrygę, nie dającą o sobie zapomnieć i będącą motorem kolejnych wydarzeń, które często zaciemniają obraz, tak, że rozwiązanie zagadki okazuje się dużym zaskoczeniem. Agata Kołakowska przygotowała czytelnikom niezłą zagwozdkę i nie ułatwiła jej rozwikłania, wprost przeciwnie postarała się by pogłowił się podczas lektury i przeprowadził własne dochodzenie.
Za możliwość przeczytania książki 

dziękuję portalowi

Czytajmy Polskich Autorów

oraz 

wyd. Prószyński i S-ka
 

niedziela, 22 stycznia 2017

Zbrodnia

"Druga strona miasta"
Karolina Szewczykowska


Przeszłość to czasem prawdziwa puszka Pandory, która tylko wydaje się być zamkniętą i doskonale ukrytą przed światem. Niestety to tylko iluzja, wcześniej czy później pękająca jak bańka mydlana i przynosząca wciąż ból. Gdy raz zostanie chociażby uchylona już nigdy nie da się zamknąć, a zło w niej zawarte nie pozwoli o sobie zapomnieć. Potem jedynie można stawić czoła temu co z niej wypełzło lub poddać się i patrzeć bezradnie jak zawłaszcza wszystko co znajdzie się w jego zasięgu.

Przy pewnych sprawach od samego początku wiadomo, że mogą przynieść spore kłopoty. Prokurator Aleksander Zawadzki właśnie z taką ma do czynienia, przekonuje się o tym prawie już na wstępie i tym razem nie może pozwolić sobie na błąd, Luiza Orłowicz to doskonale zapowiadająca się aktorka, matka, żona i córka oraz przede wszystkim ofiara morderstwa. Co do tego ostatniego nie ma żadnych wątpliwości, całą resztę pokaże dochodzenie, w jakim dużą rolę mógłby odegrać Modest Tokaj, były policjant i znajomy Zawadzkiego. W zabójstwie Orłowicz nie ma nic oczywistego, za to są same znaki zapytania oraz ślady prowadzące do przeszłości i to nie tylko zamordowanej. Podobno jeżeli nie wiadomo o co chodzi to na pewno pieniądze i w tym przypadku są one brane pod uwagę jako motyw, lecz potencjalnych powodów sprawca miał o wiele więcej. Uroda, majątek, sukces, udana rodzina, to wszystko mogło stać u podstaw zabójstwa, ale czy czegoś nie przeoczono? Wątków w dochodzeniu jest wiele i każdy brany jest pod uwagę, jednak Zawadzki i Tokaj poza ewidentnymi przesłankami dostrzegają mniej oczywiste podłoże zbrodni, od tego już krok by wskazać ewentualnego mordercę, lecz czy nie pomylili się w swoich przypuszczeniach? Emocje mogą być zaciemniać już i tak niezbyt jasny obraz sytuacji, w przeszłości wszystkich kryje się wiele tajemnic, a to śledztwo wiele z nich wyciąga na światło dzienne. Lęk o przyszłość też nie jest dobrym doradcą i niekiedy już podsuwał błędne rozwiązania. Jak będzie tym razem? No i czy odnalezione przypadkowo zwłoki drugiej kobiety mają coś wspólnego ze śmiercią Luizy Orłowicz? Dwie zbrodnie, pieniądze i sekrety, jak na jedne dochodzenie to dużo, zwłaszcza gdy przeciwnik wydaje się mieć w rękawie same asy.

Kto zabił? By odkryć tożsamość zabójcy wystarczy znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego. Niby prosta zasada, lecz nie tak łatwa do zastosowania. Czasem przy okazji trzeba zmierzyć się ze złem zakamuflowanym pod tym co wydaje się już znane.

Upalne lato, trudne dochodzenie i związki z przeszłością, gdzieś w tle Warszawa, wielki biznes, kryminał oparty na takich elementach ma ogromny potencjał, ale łatwo go zmarnować. W "Drugiej stronie miasta" został on wykorzystany do najmniejszego detalu. Karolina Szewczykowska nie pozwoliła sobie na jakikolwiek słaby punkt w fabule, od tytułu po ostatnie zdanie trzyma czytelników w napięciu, dbając by po drodze jedynie je wzmacniać, nigdy nie zmniejszać. Podczas lektury autorka pokazuje czytającym co może się kryć w rzeczywistej puszce Pandory czyli umyśle człowieka i ludzkich czynach. Poszczególne wątki opowiadają wycinki historii, każdy jest ważny, kryje się w nim część odpowiedzi, która stanowi istotę śledztwa w sprawie,  pokazującej zło w czystej postaci o wielu twarzach. "Druga strona miasta" to starannie przemyślany kryminał, nie pozostawiono w nim miejsca na przypadek, wszelki szczegół jest ważny, żadna z postaci nie jest tylko rekwizytem, wprost przeciwnie ma odegrania konkretną rolę z określonym od samego początku punktem ciężkości dla całości. Karolina Szewczykowska zadebiutowała po mistrzowsku, teraz trzeba poczekać co przyniesie następna książka ...
Za możliwość przeczytania książki 
dziękuję portalowi
Czytajmy Polskich Autorów
oraz 
wyd. Prószyński i S-ka 
 





sobota, 17 grudnia 2016

Pierwszy, drugi, trzeci, dom czwarty ...

"Dom czwarty"
Katarzyna Puzyńska

Niedomknięte drzwi do przeszłości otwierają się zawsze w najmniej oczekiwanym momencie. Do teraźniejszości zaczyna się przedostawać to o czym chciano zapomnieć, starano się pogrzebać lub w ogóle wymazać. Niestety nie oznacza to triumfu prawdy, wprost przeciwnie, jeszcze bardziej jej obraz zostaje zniekształcony i wykorzystany do ukrycia prawdziwego zła.

Komisarz Klementyna Kopp zaginęła, nie zostawiając jakiegokolwiek śladu. Wiadomo jedynie, że miała dotrzeć do Złocin, ale nie dotarła. Nikt jej widział, nikt nie wie co się stało, tak jakby rozpłynęła się w powietrzu, aspirant Daniel Podgórski nie zamierza pozostawić tej sprawy bez wyjaśnienia. Małe miasteczka mają swoją specyfikę, a zdobycie w nich pomocnych informacji wcale nie jest aż takie proste jak by się wydawało. Dlaczego Kopp zdecydowała się odwiedziny miejsca, z którego wyjechała  czterdzieści lat temu i przez cały ten czas nie wróciła do niego ani razu? Co kryje się za tą bardzo niespodziewaną wizytą? Powód ten może być kluczem do całej sprawy, chociaż czy na pewno? Zbyt wiele znaków zapytania i żadnej odpowiedzi, czas ucieka zdecydowanie za szybko. Trudno nie zauważyć, że osoba Klementyna wzbudza emocje i to z kategorii tych skrajnych, nawet tyluletnia nieobecność nie ostudziła ich. Złociny okazują się mieć mroczniejszą stronę gdy się przygląda im z bliska. Niepokojące graffiti na okolicznych budynkach, martwe ptaki podrzucane na progi domów oraz zbrodnia sprzed lat nie pasują do stereotypu małomiasteczkowości. Ile jeszcze sekretów kryje się w tej okolicy? Jeżeli do tego dodać rzucane oskarżenia i niechęć do współpracy przy wyjaśnieniu zaginięcia Klementyny, to całość wydaje się mocno podejrzana. Daniel ze współpracownikami jednak nie poddają się, z gmatwaniny domysłów, słabych tropów i niesprawdzonych faktów starają się wydobyć coś co pozwoli wyjaśnić los Kopp, a przy okazji przyglądają się morderstwu sprzed kilku lat. Przeszłość niepokojąco zbliża się do teraźniejszych wydarzeń, co jest prawdą, co przekłamaniem, co sekretem, w imię, którego ktoś jest w stanie posunąć się do ostateczności? To co było wcale nie straciło na aktualności, wprost przeciwnie, Daniel Podgórski przekonuje się o tym prawie na każdym kroku i nie tylko w kontekście sprawy Klementyny.

Co wydarzyło się rzeczywiście w Złocinach i czy uda się przebić ścianę milczenia? Kilka dekad to czasem zbyt mało czasu by emocje straciły na swej intensywności, a fakty wreszcie ujrzały światło dzienne. Gdzieś niedaleko kryje się prawda, ale czy to ludzie są na nią gotowi? Dom czwarty ma większe znaczenie niż ktokolwiek przypuszcza, od lat wzbudza zainteresowanie i nie tylko ...

Duszna atmosfera, pełna tajemnic, przemilczeń, niekiedy aż klaustrofobiczna, rewelacyjnie podkreśla kryminalny motyw. Kolejna część cyklu jednocześnie stanowi kontynuację, lecz również odrębną historię. Katarzyna Puzyńska utrzymała najwyższy poziom i ponownie wciągnęła czytelników w intrygujące śledztwo w jakim nikt i nic nie jest takie jak się wydaje. Echa wcześniejszych tomów są widoczne i stanowią poniekąd podstawę "Domu czwartego", jednak jeżeli jest to pierwsze spotkanie z bohaterami nie ma problemu z odnalezieniem się w poszczególnych wątkach. Intryga kryminalna i motyw obyczajowy splatają się w historię w jakiej przeszłość, dalsza i bliższa, gra pierwsze skrzypce, i posiada drugie dno, nieoczekiwane i wodzące na manowce. Lektura trzyma w niepewności, zwodzi, kilka planów czasowych wydaje się początkowo przybliżać czytających do istoty intrygi, lecz okazuje się, że ma ona kilka twarzy i zaskakuje zawsze w momencie gdy wydaje się, iż już kolejna strona da nam odpowiedź, po raz kolejny  przekonujemy się, iż nie tak łatwo prowadzić dochodzenie. Katarzyna Puzyńska podsuwa tropy, alternatywy rozwiązań, ale w ostatecznym rozrachunku finał zaskakuje i pokazuje mistrzowsko autorki oraz stanowi punkt wyjścia do następnej niewiadomej.



Za możliwość przeczytania książki 
dziękuję portalowi
Czytajmy Polskich Autorów
oraz 
wyd. Prószyński i S-ka 
 






 





środa, 26 października 2016

Pomiędzy przeszłościai przyszłością

"Nefrytowa szpilka"
Joanna Miszczuk


Kto nie marzył by być kimś zupełnie innym? Chociaż na chwilę zostawić za sobą to co nas uwiera i po prostu stać osobą całkowicie inną od tej, którą byliśmy do tej pory. Nierealne? Być może, ale taka myśl potrafi dać impuls by marzenia urzeczywistnić. Nie każdy da radę stawić czoła przeciwnościom na drodze do spełnienia pragnień, niektórzy łatwo się nie poddają i walczą o swoją wizję. Czy gdy zdobędą swój szczyt będą zadowoleni z siebie i z wyzwania jakiemu sprostali?

Los rzadko bywa sprawiedliwy, za to lubi wymierzać ciosy w najmniej spodziewanych momentach, pozostawiając po sobie ból i rozpacz. Melania, patrząc wstecz, doskonale wie kiedy to jej udzielił brutalnej, życiowej, lekcji. Nikt z postronnych nie wie kim była kiedyś, za to podziwiają dzisiejszą pozycję kobiety. Ale ona nie zapomniała swej przeszłości, wprost przeciwnie pamięta ją doskonale. Jak każdy ma swoje słabe strony, lecz o nich wie tylko ona, przypominają o błędach, mniej lub bardzie zawinionych. Dawno temu wybrała ścieżkę, która pozwoliła na rozwinięcie skrzydeł i osiągnięcie ogromnego sukcesu, nic nie dostała za darmo, czasem płaciła bardzo wysoką cenę za to o czym nie marzyła. Jako nastolatka szybko zrozumiała co się liczy w życiu lub raczej co inni uważają za istotne, a ich uznanie miało duże znaczenie dla Melanii. Jednak splot okoliczności sprawił, iż dostrzegła coś więcej niż pozostali, z dnia na dzień musiała zmienić swoje plany. Ktoś kto powinien być wsparciem odwraca się od niej, co więcej rani ją dotkliwie. To co mogłoby ją załamać przynosi całkiem odwrotny skutek, dziewczyna przekuwa ból w zwycięstwo i to o wiele większe niż mogła przypuszczać. Nie tak łatwo wyrobić sobie renomę w hermetycznym światku sprzedawców i rzeczoznawców antyków, tylko nielicznym udaje się to, Melania wie o tym i zbytnio się nie łudzi wizją zagranicznej kariery. Jednak tak jak los rozdaje brutalne kuksańce, tak i czasem uśmiecha się gdy się tego człowiek najmniej spodziewa. Pobyt w Londynie zaskakuje młodą kobietę kilkukrotnie, pozwalając uwierzyć, że szczęście także jest i jej pisane, zwłaszcza kiedy nie czeka się na nie z założonymi rękami. Radość z osiągnięć zawodowych dorównuje tej w życiu prywatnym, na miłość Melania nie liczyła, ale i ona przyszła, pozostawiając po sobie słodko-gorzkie wspomnienia. To wszystko już wydarzyło się, teraz niespodziewanie znowu puka do niej przeszłość, czy warto do niej wracać? Przecież blizny wciąż przypominają o smutnym finale czegoś pięknego.

Niekiedy trzeba dać szansę temu co wydawało się już historią, zatrzymać się i zrobić nieplanowany krok, poświęcić trochę czasu nie tylko pracy, lecz pasji, która za nią stoi. Bywa, że przeznaczenie coś chce nam powiedzieć, odkryć kartę jaką docenić może niewielu, tak samo jak wyciągnąć z niej naukę.

Tajemnicze Chiny, ekskluzywny krąg znawców i kolekcjonerów dzieł sztuki oraz dziewczyna znikąd. Bajka? Nie, to historia zwyczajnie niezwyczajna, w której dużą rolę odgrywają sekrety, siła marzeń i emocje. "Nefrytowa szpilka" jest opowieścią w jakiej ściera się kultura zachodu i wschodu, szczególnie ta druga stanowi ważny wątek wraz z dziejami Państwa Środka w ostatnich stu latach. Joanna Miszczuk oddaje z detalami klimat Pekinu, co pozwala czytelnikom na przeniesienie się podczas lektury w egzotyczne dla nas miejsca i towarzyszenie bohaterom w ich perypetiach. Most przerzucony pomiędzy przeszłością i przyszłością jest jednym z motywów "Nefrytowej szpilki", na jego tle rodzi się miłość i ból oraz dokonuje się rozrachunek z tym co było i od czego nie można się odciąć. Podczas czytania obserwujemy dojrzewanie bohaterki i zmiany jakie w niej zachodzą, finał być może i nie zaskoczy, chociaż pewne jego elementy nie są oczywiste. Czas spędzony z tą książką to nie przelotne chwile, nie pozostawia ona po sobie obojętności i łatwo się o niej raczej nie zapomni.

Za możliwość przeczytania książki

dziękuję 
 
portalowi CPA
i
wyd. Prószyński i S-ka
 

sobota, 22 października 2016

Grozi śmiechem :)

"Granat poproszę!"
Olga Rudnicka


Wiadomo, że grom z jasnego nieba zawsze pojawia się wtedy gdy się go nikt lub prawie nikt nie spodziewa. Taka jego natura i urok, chociaż dla wielu bywa on sprawą co najmniej kontrowersyjną, pozostawia po sobie niezapomniany ślad. Czasem jest impulsem do niecodziennych działań i początkiem niezwykłych wydarzeń, a potem już nic nie jest takie jak było, na szczęście dla jednych i niestety dla drugich. Po prostu trzeba nauczyć się egzystować w nowej rzeczywistości, gdzie co i rusz pojawiają się niespodzianki, niekiedy dość kontrowersyjne.

Los bywa niesprawiedliwy, powiedzmy sobie to jasno jest nawet zjawiskiem bardzo złośliwym obdarzając pewne osoby słusznym wzrostem innym dając go o wiele mniej. Nic dziwnego, że potem człowiek patrzy na innych przez pryzmat tych nieszczęsnych centymetrów, brakujących lub nadmiarowych. Jednak przychodzi moment kiedy schodzą one na ciut dalszy plan, bo okazuje się, iż szanowny małżonek zrejterował z rodzinnego gniazda i jak gdyby tego było mało, głośno jeszcze oznajmia swoje plany na przyszłość. Nie ma w nich miejsca oczywiści na dotychczasową małżonkę, nie jest ono ,też wakatem gdyż cichaczem zostało zajęte przez nieznaną femme fatale, młodszą i wyższą na dodatek. Co jak co, ale Emilia Przecinek takiego scenariusza nie przewidziała, a wyobraźnię ma ogromną, w końcu jest autorką romantycznych powieści. Jak do tego mogło dojść? Pewne szczegóły wiarołomny zdradził, reszty trzeba się domyśleć, niestety czasu na rozważania zbytnio nie ma, bo rodziną należy się zająć i jeszcze nową książkę napisać! Z obłoków trzeba na ziemię zejść i zająć się ogarnianiem całego tego chaosu, zadanie to nie jest proste, szczególnie gdy tuż obok jest wygadana córka i syn, obaj w wieku nastoletnim oraz własna matka i osobista teściowa. Czym zająć się w pierwszej kolejności? Tu służy radą latorośl, nader rozsądna i bezkompromisowa, tudzież nie kryjąca swoich opinii i dobrych rad. No i są jeszcze dwie starsze panie, które nie zamierzają stać obok i się nie wtrącać, jak by nie było ich życiowa "mądrość" może być "przydatna". Dotychczas Emilia żyła w błogiej nieświadomości co do zbyt wielu spraw, nadszedł czas by się zabrać do pracy czyli przede wszystkim rozmówić się z nie tak już osobistym małżonkiem, w międzyczasie oczywiście dbając o karierę pisarską. Jak by tego było mało przyplątał się jeszcze trup, nie taki z przysłowiowej szafy, lecz najprawdziwszy z prawdziwych i policja na dodatek, czyli również dochodzenie spada na głowę Emilii i jej bliskich. Przyplątuje się ponadto zdradziecki mąż i wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, a tu na dodatek  pisać powinno się o sercowych perypetiach nieistniejących, nie licząc głowy autorki, postaci. Czy tego aby nie za dużo na jedną osobę, nawet gdy ma do pomocy dwie, dość upiorne, matki, nastolatków i węszącą parę policjantów, że o pewnym zdrajcy się nie wspomni się?

Podobno od przybytku głowa nie boli, jednak nie dotyczy to raczej tego chaosu, który właśnie jest udziałem pani Przecinek. Co nas nie zabije to nas wzmocni, a to czego nie powie się stróżom prawa tylko pomoże w egzystencjalnych porządkach. Emilia jako autorka chwytających za serce opowieści radziła sobie dobrze, lecz przed nią pojawiło się zadanie całkiem innego kalibru, czy da sobie radę tam gdzie liczy się spryt, zimna krew i odporność na "dobre" rady rodzicielek?

Na okładce książki "Granat poproszę" powinno być ostrzeżenie, że lektura tej historii powoduje bardzo częste wybuchy niekontrolowanego śmiechu. Co na przykład może skutkować dziwnymi spojrzeniami współpasażerów, bliskich nie, bo widząc na obwolucie imię i nazwisko autorki wiedzą dlaczego humor rzeczonego czytelnika jest aż tak pozytywny. Talent komediowy Olgi Rudnickiej znowu dał o sobie znać, oczywiście doprawiony nutą sensacji i niesamowitymi bohaterami. Zbrodnia, zdrada i zamieszanie, te trzy słowa nie oddają w pełni fabuły, ale przybliżają ją moim zdaniem doskonale, chociaż ich prawdziwe znaczenie poznaje się w trakcie czytania. "Granat poproszę" to jeden z najlepszych leków na jesienne wahania nastroju, skuteczniejszy niż czekolada, zresztą sprawdzi się także w czasie innych porach roku i sytuacjach, kiedy trzeba podnieść sobie poziom serotoniny i to w szybkim czasie. Perypetie Emilii Przecinek są jedyne w swoim rodzaju, chociaż niektóre pewnie przydarzyły się niejednemu z nas. Kibicowanie głównej bohaterce rozpoczyna się bardzo szybko i trwa do ostatniej kartki, oprócz niej są też i inne postacie zapadające w pamięć, pomimo drugoplanowej roli są dopracowane w każdym szczególe. Pozostaje jeszcze wątek kryminalny, jaki nie został ot tak sobie dołączony fabuły, lecz zręcznie wpleciono go w poszczególne wątki tak by zaskoczył efektem końcowym. Olga Rudnicka pokazała po raz kolejny, że posiada wcale nie tak częsty dar opowiadania z ogromną dozą humoru o sprawach kojarzonych raczej nie ze śmiechem.

Za możliwość przeczytania książki

dziękuję 
 
portalowi CPA
i
wyd. Prószyński i S-ka
 
 



środa, 11 maja 2016

Powróćmy do dawnych lat

"Sfinks
Wizjonerzy 
i skandaliści kina"
Izabela Żukowska
Faustyna Toeplitz-Cieślak


Kino towarzyszy nam od ponad stu lat, bez niego słowo rozrywka byłoby dość mocno uszczuplone i trudno sobie wyobrazić, że mogłoby nie istnieć. Nim jednak stało się powszechne i takie jak znamy obecnie przeszło prawdziwą ewolucję. Od niemego, kilkuminutowego, pokazu wjazdu pociągu na kolejowy dworzec po pełne efektów specjalnych widowiska, przeszłość i teraźniejszość różnią się bardzo, lecz łączy je także wiele, między innymi widzowie żądni nowych filmów oraz artyści, przekładający kartki scenariusza na grę aktorską utrwaloną na taśmie filmowej. Rzadko kiedy zastanawiamy się nad początkami X muzy, zwłaszcza w Polsce. Obrazy nagrodzone międzynarodowymi nagrodami i te nie utytułowane mają swych poprzedników sprzed kilkudziesięciu lat, a niektóre z nich powstały w pewnej wytwórni filmowej po jakiej wspomnieniem są tylko nieliczne taśmy celuloidowe.

Sfinks, nie ten egipski, ale rodem z Warszawy zapisał się również w historii rozdziałem pod tytułem kinematografia polska. Na filmowej scenie przed tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym triumfy święciły produkcje wychodzące właśnie z tej firmy producenckiej, zresztą pamiętane są do dziś, chociaż raczej tylko z tytułu. Kto uznałby polskiego Sfinksa za prowincjalną namiastkę Hollywood byłby w wielkim błędzie, w latach swego największego rozkwitu jego produkcje nie schodziły prawie z afiszów, a sale kinowe zapełnione były więcej niż do ostatniego miejsca. Komedie, dramaty, kryminały bawiły, doprowadzały do łez i intrygowały równie mocno jak amerykańskie filmy. Z ekranu uwodziły najprawdziwsze femme fatale w osobie niezrównanej Hanki Ordonówny oraz debiutującej Poli Negri, natomiast damskie serca podbijał między innymi Eugeniusz Bodo. Dawne gwiazdy i gwiazdorzy nadal błyszczą z czarno-białego celuloidu, za nimi w tle napisów końcowych pojawia się Sfinks, znany nielicznym. Jego twórca - Aleksander Hertz jak przystało na prawdziwego pioniera, nie bał się nowości, wykorzystywał to co już się sprawdziło i dawał szansę rewolucyjnym pomysłom, chociaż nie zawsze spotykały się one z pozytywnym odzewem, zwłaszcza ze strony krytyków filmowych. Jednak przede wszystkim liczyło się to co w ogóle mówi się czy też pisze o nowym filmie wchodzącym na ekrany kinowe, w końcu widzowie byli najważniejsi i rzadko kiedy brakowało ich na widowni. Ale zanim premiera zostało wyświetlona niekiedy opinią publiczną wstrząsały skandale, kontrolowane "przecieki" prasowe, mniejsze i większe wojenki pomiędzy konkurentami. Entourage produkcji filmowej Sfinksa nie ustępował zagranicznym, towarzyszyły mu i wielkie sławy i plotki, ploteczki oraz wspaniałe fety. Bywało i tak, iż rzeczywistość wyprzedzała niejeden scenariusz atmosferą sensacji, przygód i awantur.

Z upływem lat to co było nowatorskie stawało się normą, powstawały nowe wytwórnie, a jak radził sobie Sfinks? Na to pytanie i inne odpowiedzi kryją się w pewnej książce.

Przeszłość ma wiele tajemnic, zapomnianych wątków i skarbów do odkrycia. Te ostatnie odszukały w dziedzinie kinematografii polskiej Izabela Żukowska i Faustyna Toeplitz-Cieślak, chociaż wydaje się nam, że "stare" kino znamy co najmniej dobrze, dzięki między innymi wspaniałemu cyklowi programów Pana Stanisława Janickiego, to zagłębiając się w lekturę "Sfinksa. Wizjonerzy i skandaliści kina" przekonujemy się ile nam umknęło. Autorki zasypują czytelników wieloma ciekawostkami, smaczkami i sekrecikami w temacie nie tylko tytułowej firmy producenckiej, ale i całego ówczesnego środowiska filmowego i nie tylko. Obszerna monografia daje wgląd w przeszłość przedwojennej Polski od strony, dzisiaj powiedziałoby się kultowych, teatrów rewiowych i restauracji, przytacza anegdoty związane z powstawaniem filmów i z życia gwiazd. Należy także wspomnieć, że pomimo dużej liczby informacji nie przytłaczają one podczas lektury. Wprost przeciwnie zaprezentowane są one w sposób wzbudzający zainteresowanie rozwojem poszczególnych wątków jak i nie pozwalający na odłożenie lektury z powodu znudzenia. "Sfinks. Wizjonerzy i skandaliści kina" przypomina wielkie kinowe przeboje sprzed lat, kulisy ich powstawania, a także mniej znane produkcje, które zaginęły w wojennej zawierusze.

Za możliwość przeczytania książki

dziękuję 
 
portalowi CPA
i
wyd. Prószyński i S-ka

środa, 23 marca 2016

Wisteria Lane może się schować

"Były sobie świnki trzy"
Olga Rudnicka


Życie nie jest sprawiedliwe, a przynajmniej takie odczucie ma wielu. Zamiast spokojnie sobie egzystować człowiek musi wciąż mieć się na baczności, spełniać oczekiwania otoczenia - mniej lub bardziej, no i oczywiście skarżyć się na swój los nie może. Za to innym podsuwa się wszystko pod nos, nie liczą się z uczuciami i jeszcze mają pretensje o byle drobnostkę. Niestety los bywa przewrotny, nadzwyczaj złośliwy i głuchy na ludzkie prośby, groźby, lecz czasem spełnia życzenia - oczywiście w najmniej spodziewanym momencie.

Leżeć i pachnieć, to wcale nie jest łatwe zajęcie, co więcej jedno i drugie wymaga ogromnego samozaparcia, żelaznej dyscypliny, taktu na poziomie dyplomacji międzynarodowej oraz przede wszystkim nieustannego gryzienia się w język. Martusia, Kama i Jolka posiadają doświadczenie w tym zakresie ogromne, mogłyby pewnie napisać bestsellerowy poradnik, ale niestety twórczość literacka wymaga czasu, a tego u nich jak na lekarstwo. W końcu są żonami swych mężów, co jest zajęciem pełnoetatowym i to jeszcze z nielimitowanymi nadgodzinami. Oczywiście z daleka, czasem nawet z bliska, nie widać wkładanego przez małżonki trudu w utrzymaniu zdobytego status quo. Szkoda, że lata lecą tak szybko, ostatnio aż za szybko, ponieważ pojawia się problem z ewentualnym nowszym modelem połowicy przy małżonku. Czyżby wszelkie wyrzeczenia były na nic i przede wwygodne życie miało się skończyć? Co to to nie! Po prostu nie wchodzi w rachubę, nie jest brane pod uwagę, w ogóle to przerażająca myśl. Ta ostatnia jednak zdążyła zakiełkować w trzech umysłach, od tego krok do pewnego pomysłu, równie brutalnego jak idea wymiany żony. Panie nawykłe są do działania, szczególnie gdy idzie o coś tak fundamentalnego jak utrzymanie stadła małżeńskiego, i od razu zaczynają przygotowywać odpowiedni plan, a raczej plany, bo drani jest trzech. Zmiana stanu cywilnego na wdowi wcale nie jest przecież złą opcją, zwłaszcza kiedy trzeba mieć na uwadze życiowy błąd w postaci intercyzy - niekorzystnej naturalnie dla płci żeńskiej. Poniesione nakłady osobiste są o wiele większe niż pozyskane zasoby, więc panowie drżyjcie. Jak to bywa los wtrąca swoje trzy grosze czyli Kama, Jolka i Martusia chcąc nie chcąc są zmuszone do korekty swoich zamierzeń, co rodzi ferment, chaos i przede wszystkim improwizację godną Oskara. Po prostu przeznaczenie zawzięło się na trzy przyjaciółki, ściągając na ich dość niewinne głowy "spełnienie" wypowiedzianych marzeń. No i bądź tu kobieto mądra kiedy trzeba ciągle dostosować się do co i rusz pojawiających się niespodzianek. Ile można grać bez porządnego scenariusza? Zostać bogatą wdową wcale nie jest tak łatwo, o nie! Co się trzeba nakombinować, poodkręcać pewne sprawy, nagimnastykować umysłowo i fizycznie, nawymyślać by w ostatecznym rozrachunku ... dalej musieć kombinować. Skaranie boskie z tymi mężami i tyle!

Książki Olgi Rudnickiej zawsze są dla mnie lekturą, którą mogę polecić w tak zwane ciemno. Tym razem autorka oddała w ręce czytelników komedię kryminalną pod tytułem "Były sobie świnki trzy" i zagwarantowała ogromną porcję komizmu oraz niezwykle celnych spostrzeżeń dotyczących współczesnego społeczeństwa oraz kontaktów międzyludzkich. Nie można nie wspomnieć o wątkach satyrycznych, wcale nie ukrytych i dobrze dobranych do fabuły, współgrających z kolejnymi perypetiami postaci. Pozostaje jeszcze kwestia motywu głównego oraz bohaterek i bohaterów. Ten pierwszy dla mnie jest spod znaku czarnego humoru kryminalnego, zręcznie spełniającego funkcję kanwy dla historii może i wydającej się niektórym dość nieprawdopodobnej, lecz wcale nie aż tak rzadkiej. Panie z Wisteria Lane mogłyby się nauczyć tego i owego, a nawet o wiele więcej od Jolki, Kamy i Martusi. Trzeba przyznać, że panie zostały obdarzone nieograniczoną wyobraźnią i pomysłowością oraz nadaniem nowego znaczenia słowom "po trupach do celu". Olga Rudnicka potrafi rozbawić oraz pokazać pewne sytuacje z całkiem nowej perspektywy.
Za możliwość przeczytania książki

dziękuję portalowi CPA 

                                                            oraz 

                                               wyd. Prószyński i S-ka

sobota, 6 lutego 2016

Mordercza rozgrywka

"Nie patrz w tamtą stronę"
Marcin Grygier



Każda historia ma swój wstęp, rozwinięcie oraz koniec, pierwszy element najszybciej ginie gdzieś pomiędzy szczegółami, a ostatni najlepiej zapada w pamięć. Jednak to właśnie początek nadaje charakteru temu co dzieje się dalej, chociaż wydaje się często mało istotny w nim kryje się motyw. Kolejne wydarzenia budują wokół niego mur, a upływ czasu wcale go nie kruszy, czasem tylko przez przypadek można dojrzeć skrawek tego co jest źródłem teraźniejszości.

Kim jest człowiek, który dokonuje bestialskiej zbrodni na niewinnej dziewczynie? Nawet najbardziej doświadczeni policjanci są zszokowani tym co ujrzeli w Puszczy Kampinoskiej. Intuicja nadkomisarza Romana Waltera podpowiada, że ta niedziela jest zapowiedzią trudnego dochodzenia. Ze względu na charakter morderstwa wyniki pracy zespołu Waltera powinny jak najszybciej znaleźć się biurkach zwierzchników, jednak pozostawione ślady nie rokują zbyt prędkiego rozwiązania. Zabójca daje o sobie znać w okrutnej wiadomości, ale czy była skierowana tylko do jednej osoby? Jak należy ją rozumieć? Roman Walter odkrywa coś co jest niepokojące i może skierować śledztwo w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Zostaje uczestnikiem makabrycznej rozgrywki, nie do końca wie jaka rolę wyznaczył mu psychopata, ale przeszłość ma w niej znaczenie, pytanie tylko czy zdąży odkryć w porę sieć powiązań. Dlaczego wybrał właśnie jego? Ma być jedynie biernym obserwatorem? Nadkomisarz znany jest ze swej nieustępliwości i prowadzenia śledztwa, bez względu na cenę jaką przyjdzie mu za to zapłacić. Jaki tym razem będzie koszt?

Każda zbrodnia ma swoje źródło, czasem jest ono banalne, a czasem sięga głęboko w ludzką przeszłość. Od niego wszystko się zaczyna, nim pierwsza śmierć stanie się brutalnym faktem, a człowiek bestią. Później zacierają się ślady początków, pozostaje w pamięci tylko rzeczywistość, w której część scenariusza pisze morderca, jak długo będzie mógł to czynić zależy od tropiących go śledczych.

Kryminał to czasem spokojna opowieść, a czasem wprost przeciwnie - akcja zdaje się mknąć szybciej niż światło. Jedni wybierają zagmatwane wątki z spektakularnym zakończeniem, inni wolą dobrze widoczny motyw z finałem, w którym zbrodnia zostaje ukarana. Jednak w każdym przypadku fabuła musi intrygować, bez tego detalu sensacyjna historia traci na swej atrakcyjności. Marcin Grygier w swojej książce nie boi się szybko następujących wydarzeń i momentów gdy akcja zwalnia, ale w obu sytuacjach czytelnik na pewno nie będzie się nudzić. Krótkie rozdziały intrygują, wprost zmuszają do snucia domysłów, a równocześnie odsłaniają kolejną część zbrodniczej układanki tak by nie wyschło źródło przypuszczeń. Brutalność zbrodni i narodziny lęku łączą się ze sobą nieraz w czasie ludzkiego życia, lecz czy jedno można tłumaczyć drugim? "Nie patrz w tamtą stronę" jest kryminalną historią z gatunku gdzie każdy detal ma znaczenie, chociaż uwidacznia się to dopiero gdy przeczytana zostanie ostatnia strona. Autor nie używa niedopowiedzeń, kolejne obrazy opisane słowami nie ukrywają zła, bólu, rozpaczy i szaleństwa, czytelnicy widzą kolejne sceny z pozycji naocznego świadka, nie czytają relacji, są jej uczestnikami. Dochodzenie prowadzone jest przy ich udziale, a kawałki przeszłych zdarzeń są wskazówkami, lecz nie od razu wskazującymi zakończenie. Sam tytuł również jest istotny, można go odnaleźć prawie w każdym wątku i bywa wieloznaczny. Debiut Marcina Grygiera to mocny akord w kryminalnej balladzie i jest może zapowiedzią kolejnych, intrygujących, książek tego autora.

Za możliwość przeczytania książki

dziękuję portalowi CPA 

                                              oraz 

                                    wyd. Prószyński i S-ka




czwartek, 21 stycznia 2016

Dziewczyna, chłopiec i obraz

"Dziewczyna z kabaretu"
Manula Kalicka


Najpierw był pomysł "okopania" się mieszkaniu, ale niestety kolejne bomby ostudziły zapał Irenki Góreckiej. Okazja ucieczki z płonącej Warszawy niejako pojawiła się sama, żal byłoby jej nie wykorzystać. Tego co czekało artystkę kabaretową w drodze nawet nie podejrzewała, plan był całkowicie inny, niestety został dosłownie zbombardowany, a gruzy wokoło podkreślały niezbyt korzystne i tak już położenie dziewczyny. Jednak przy "odrobinie" dobrej woli, i z dość nieoczekiwanymi towarzyszami, kontynuacja eskapady wydawała się całkiem możliwa, ale los chyba miał całkiem inne plany wobec Irenki i dał jej to wyraźne do zrozumienia, a może zwyciężył rozsądek bądź po prostu brak możliwości dotarcia do  punktu docelowego? Nieważne co, istotniejszy okazał się efekt końcowy - powrót do stolicy, w ciut zmniejszonym gronie i z nadprogramowym bagażem, jaki od początku był dość uciążliwy. Ale nie tak łatwo zwyciężyć Irenkę, oczywiście zniechęcenie jej nie ominęło, lecz kto jak kto, ale ona zahartowana jest. Gdyby tylko nie Władzio i Rembrandt, chłopiec i najprawdziwsze dzieło sztuki, obaj dość kłopotliwi biorąc pod uwagę historyczny moment, w którym dołączyli do panny Góreckiej oraz ich pochodzenie. Jednak jakoś trzeba stawić czoła kłopotom, te zaś przybierają postać dość szemraną i na dodatek mają twarz niemieckiego okupanta. Ale nie ma co rozpaczać, mleko rozlało się, to znaczy dziecko i obraz są przy artystce kabaretowej i raczej ich miejsce pobytu nie zmieni się, a zagrożenie staje się coraz bardziej realne. Jak w takiej sytuacji wyjść obronną ręką? Niestety trzeba po raz kolejny zaryzykować i zagrać w sztuce pod tytułem "Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma". Czy tym razem dopisze szczęście pannie Irence i jej nowym znajomym? Stawką jest Rembrandt, pewne prywatne dochodzenie oraz życie, niekoniecznie w tej kolejności. Wojna sprawiła, iż to co jeszcze wczoraj wydawało się całkowicie niemożliwe i nieprawdopodobne zbyt szybko staje nie tylko realne, ale i codziennością.

O wojnie pisano i pisze się dużo w różnych kontekstach, historyczne opracowania, obyczajowe opowieści, biografie bohaterów tamtych lat, perspektyw również jest wiele. W takim entourage`u łatwo naruszyć tabu, urazić uczucia, pisanie w lżejszym tonie wymaga od autora poczucia humoru i jednocześnie taktu. "Dziewczyna z kabaretu" to książka w jakiej czytelnik odnajdzie komedię i tragedię, czasem w tym samym momencie. Wojenna pożoga nie jest maskowana, przekazana z punktu widzenia naocznych świadków lub co więcej uczestników odkrywa całą grozę, ale z drugiej strony życie toczy się nadal, niekiedy trzeba przejść obok, nie ujawniając swoich emocji, z powodu strachu lub sprawy większej wagi. W takiej scenerii Manula Kalicka umiejscawia nieszablonowych bohaterów, którzy nawet w pojedynkę wyróżnialiby się, a w grupie tworzą prawdziwą, że tak by rzec, mieszankę wybuchową. Tytułowa postać zrazu może kojarzyć się dość niepoważnie, lecz pod tą starannie wypracowaną maską kryje się zupełnie ktoś inny, podobnie rzecz zresztą ma się z pozostałymi osobami. Pełne humoru wątki łączą się z tragicznymi momentami, śmierć przeplata się ze śmiechem przez łzy, wojna nie daje o sobie zapomnieć, lecz trzeba myśleć o przyszłości. "Dziewczyna z kabaretu", w niektórych chwilach przypomina mi film "Zakazane piosenki", jest to oczywiście w pełni subiektywne odczucie. Perypetie Irenki Góreckiej oraz jej towarzyszy doli i niedoli bawią jednocześnie nieustannie przypominając o grozie wojny, bohaterstwo nabiera całkiem innego wymiaru - mniej pomnikowego, a bardziej ludzkiego, ze skazami, za to prawdziwszego. Awanturniczy klimat, humor i groza okazują się doskonale do siebie pasować i stanowią doskonałe tło dla historii gdzie śmiech i łzy nie wykluczają się, wprost przeciwnie są symbolem tak samo jak teatralne maski tragedii i komedii.

Za możliwość przeczytania książki

dziękuję portalowi CPA 

                                                          oraz 

                                                wyd. Prószyński i S-ka



poniedziałek, 18 stycznia 2016

Siła kobiet

"Kobiety z ulicy Grodzkiej
Wiktoria"
Lucyna Olejniczak


Stare fotografie nie przedstawiają ludzi innych od nas, chociaż ich ubiór i pozy wydają się niedzisiejsze lub po prostu staroświeckie, kiedyś byli tacy sami jak my. Nienawidzili, kochali, przyjaźnili się, bywali zmęczeni i cieszyli się, życiowe koleje losów czasem wiodły ich manowce, a czasem nim urzeczywistnili swoje marzenia los odkrywał przed nimi boleśniejszą stronę egzystencji.

Paryż niekiedy przynosi rozczarowania, Wiktoria Bernat miała zamiar odnaleźć swoją utraconą miłość. Gdzieś tam właśnie był Filip, nieświadomy tego co mogło zmienić tak wiele w jej i jego życiu. Jednak miłość nie zawsze wystarczy by dwoje ludzi mogło być ze sobą. Czy to o sobie dała znać rodzinna klątwa, czy też swoje trzy grosze wtrąciło przeznaczenie, tego nikt nie wiedział, tylko jedno było pewne, że podróż do francuskiej stolicy zmieniła na zawsze młodą krakowską aptekarkę. W bardzo krótkim czasie musiała przełknąć gorycz jaka pozostaje po nieszczęśliwym uczuciu oraz przygotować się do całkiem nowej życiowej roli. Najbliższe osoby w tych trudnych chwilach stały za Wiktorią murem, chroniąc ją przed ludzkimi językami, lecz przecież nie można odciąć się od otoczenia, trzeba nadal żyć i dzień po dniu odbudowywać swój świat. Aż w końcu nadchodzi moment, że znowu dostrzega się słońce oraz kogoś kto być może jest zapowiedzią szczęścia, nie tego wymarzonego, ale dojrzałego, dającego oparcie wtedy gdy się go najbardziej potrzebuje. Wspomnienia związane z klątwą zdają się blednąć, wydaje się, iż w końcu przeszłość została za Wiktorią, lez czy to nie jedynie pobożne życzenia? Wojenna zawierucha wystawia na próbę uczucia, testuje trwałość więzów dają o sobie znać nie tak dawne rozterki, ktoś podkopuje wiarę w przyszłość i przypomina to co wydawało się, że przeminęło. Rozsądek podpowiada jedno, serce zaczyna wahać się, a Wiktoria musi wybrać nie tylko to co najlepsze dla niej.

Historia o kobietach, ale nie tylko dla kobiet, miłości o wielu barwach, przyjaźni jaka daje siłę, bezinteresowności i przede wszystkim o nieprzewidywalności ludzkiego losu. Klątwa też jest, rzucona w chwili gniewu i rozpaczy, dla jednych to nic nieznaczące słowa, drudzy widzą w niej źródło swych kłopotów. Pozostaje jeszcze Kraków i Paryż u progu I Wojny Światowej, oba miasta są ważne dla losów postaci i będą milczącym świadkiem ich życiowych perypetii. "Kobiety z ulicy Grodzkiej. Wiktoria" to dalsza część krakowskiej sagi, opowiadającej losy kobiet z rodziny Bernatów oraz ich bliskich. Lucyna Olejniczak nie zaskoczyła mnie tym, iż jej kolejna książka wciągnęła mnie bez reszty, a bohaterki ożyły w mojej wyobraźni. Życiowe koleje losów toczą się na tle historycznej zawieruchy, autorka oddała wspaniale atmosferę Krakowa i Paryża tuż przed wojną, tak bardzo zmieniającej świat, nie zapomniano również o detalach w postaci obowiązujących konwenansów i obyczajów. Wiele szczegółów składa się na niezwykłą opowieść ukrytą w losach Wiktorii Bernat, silnej kobiety, która musi zmierzyć się z przeszłością własnej rodziną i swoją osobistą oraz stawiającej czoła przyszłości, jaka przynosi chwile szczęścia, długie momenty zwątpienia i przede wszystkim kolejne niespodzianki od losu. "Kobiety z ulicy Grodzkiej" to prawdziwa saga, gdzie kolejne wątki z życia bohaterek splatają się z ówczesnymi wydarzeniami, są ich integralną częścią, lecz o tym wiedzą tylko ich najbliżsi, dla ogółu kobiety te pozostają bezimienne.

Za możliwość przeczytania książki

dziękuję portalowi CPA 

                                               oraz 

                                   wyd. Prószyński i S-ka

sobota, 7 listopada 2015

Piękny drań i jego sprawki

"Diabli nadali"
Olga Rudnicka


Diabeł jest bezczelny, sprytny, za nic ma jakiekolwiek zasady, zmusić go do czegokolwiek nie sposób, wszystko robi po swojemu i nie przejmuje się nikim i niczym ... Na dodatek w pewnych konkretnych przypadkach jest szatansko przystojny i wykorzystuje to w każdej sytuacji. Jedni go nienawidzą, inni kochają lub wręcz pożądają, są zaciekawieni i zaintrygowani jego osobą, ale obojętność nie wchodzi w grę. Po prostu Diabeł jest jedyny w swoim rodzaju i nawet po śmierci sprawia kłopoty!

Po prostu nie żyje, ot tak sobie z dnia na dzień "pozwolił" sobie opuścić ziemski padół, a na dodatek nadal stwarza problemy drań jeden. Pomyślałby kto, że w końcu zapanuje błogi spokój i zwykła codzienność, nic z tego. Łotr nadal jest w centrum uwagi i powoduje zamieszanie wcale nie mniejsze niż za życia. Monika Kapuśnik odczuła to na własnej skórze, chociaż po tym osobniku można spodziewać się wszystkiego i właśnie teraz owo "wszystko" skumulowało się właśnie na niej. Dagmar Różyk vel Diabeł został znaleziony martwy w swoim biurze, przez własną sekretarkę i to w dość zaskakujących, by nie rzec kompromitujących, okolicznościach. Policja bierze się dziarsko za dochodzenie w sprawie morderstwa, bo szybko okazuje się, iż pan Różyk dobrowolnie ze śmiercią się nie spotkał. Pytanie więc rodzi się samo - kto zabił? Podejrzanych jest dużo: po pierwsze cała rzesza pań, którymi wdziękami cieszył się denat, po drugie zazdrośni mężowie, kochankowie, ojcowie, bracie, itede oraz itepe, tychże przedstawicielek płci pięknej, ale tak po prawdzie to idealny kandydat zostaje odnaleziony w o wiele bliższym otoczeniu zamordowanego. Jednak Monika ma własną przypuszczenia i nie zamierza czekać na efekty pracy policjantów, jako asystentka Dagmara znała go "ciut" lepiej niż cała reszta. Oczywiście była to znajomość całkowicie służbowa, chociaż przy takim szefie praca wykraczała poza ramy typowej relacji, a plotki biurowe nie zawsze mają pokrycie w rzeczywistości, by gdyby wierzyć im aż strach by się bać. Jednak w tym momencie najważniejsza jest sprawa morderstwa Różyka, a Kapuśnik ma własnego podejrzanego numer jeden, Zdzira lub jak kto woli pewna pani dyrektor pasuje do tej określenia jak mało kto. Niejedno ma na sumieniu Zdzi ... to znaczy Magdy W., lecz jak na razie brak twardych dowodów przeciwko niej, ale poszlak jest wiele, no a nagłe zniknięcie również nie działa na korzyść tej kobiety. Niestety Dagmar zawsze sprawiał problemy i nic w tej kwestii nie zmieniło się po jego "ostatnim" występie. Czy Monika da sobie radę z policją, prywatnym dochodzeniem i przede wszystkim z szefem z piekła rodem oraz jego tajemnicami?

Dziewczyna wplątała się w coś czego nie była do końca świadoma, a to dopiero początek jej perypetii z Diabłem, stróżami prawa - zwłaszcza z Mateuszem Jankowskim, przystojnym adeptem policyjnego fachu oraz ... własną rodziną i pewną Zdzirą! Ale od czego zapał, doświadczenie zdobyte podczas pracy z diabelskim szefem w korporacyjnym piekiełku i dobre rady seniora rodu Kapuśnika. Panna Monika zaprawiona w bojach stawi czoła wszystkim i wszystkiemu co spotka na swej drodze, a niespodzianek i to dość dramatycznych los nie zamierza jej oszczędzić.

Po pierwszej przeczytanej książce Olgi Rudnickiej każdą kolejną biorę w ciemno, bez wahania i chwili zastanowienia. Z "Diabli nadali" nie było inaczej i okazało się, iż lektura znowu pochłonęła mnie bez reszty, chociaż z powodów mało ode mnie zależnych musiała być rozłożona na raty - bo praca, bo trzeba było wysiąść na przystanku (poczucie obowiązku niestety czasem odzywa się w najbardziej intrygującym momencie czytania), bo ... No, ale dawkowanie również ma jakieś dobre strony - na przykład wzrost apetytu na to co będzie dalej, a dalej było niezwykle ciekawie i pomysłowo oraz diabelnie śmiesznie. Autorka nie zawiodła pod względem rozwoju fabuły oraz doboru bohaterów, zaskakująca akcja dorównywała postaciom, które wiele miały w zanadrzu, w szczególności pewien Diabeł i jego wierna wspólniczka. Czekam już na kolejną książkę Olgi Rudnickiej i chociaż zakończenie "Diabli nadali" raczej nie zapowiada kontynuacji, to gdyby takowa powstawała byłabym jej niezwykle ciekawa ;)

Za możliwość przeczytania książki
dziękuję portalowi CPA 
                                                               oraz 
                                                 wyd. Prószyński i S-ka