niedziela, 11 stycznia 2026

Morderczy las

„Śnieg przykryje”

Michał Śmielak


Prawda bywa bardziej skomplikowana niż komukolwiek się wydaje. Kłamstwo nie zawsze ma krótkie nogi. A jeśli połączyć jedno z drugim powstaje coś, co dla jednych jest staje się koszmarem, drugim przynosi ulgę. To pierwsze usuwa się w cień, by zrobić miejsce dla swego alter ego. Jednak nic nie trwa wiecznie…


Dwadzieścia pięć lat temu Ryszard zrobił to, co zawsze od lat czyli pojechał do lasu po choinkę. Nie on jedyny, dzień przed Wigilią to nic nadzwyczajnego. No może miejsce ma dość specyficzną nazwę, lecz jakoś nie odstraszało to nikogo. Jednak tym razem nie wraca z drzewkiem, w ogóle nie ma jego powrotu. Zaginięcie zostaje zgłoszone na policję, dochodzenie nie daje rezultatu, zresztą rodzina także prowadziła poszukiwania, lecz di zlania wszystkich stron nie przyniosły efektów. Przysłowiowy kamień w wodę. Jednak po ćwierć wieku później zaginiony staje w drzwiach mieszkania… Jego syn Piotr został policjantem, ale i jemu do tej pory nie udało się wyjaśnić tajemniczego zniknięcia w Lesie Ponurym. Zresztą to nie pierwszy tajemniczy wypadek w tych stronach. Co naprawdę kryją leśne ostępy? A może pytanie powinno brzmieć kogo? Niektóre ślady zdają się być zatarte na zawsze, leczy czy na pewno tak jest? Do tej pory miejsce to owiane jest złą sławą, może nadszedł czas by wyjaśnić co tam się wydarzyło?


Gdyby punkt wyjścia dla książki było zaginięcie człowieka i nagły powrót po dwudziestu pięciu latach to jakoś kryminał sam nasuwa się na myśl. Jednak pomiędzy tymi dwoma punktami na skali czasu pozostaje ćwierć wieku do zagospodarowania. Nie można też zapomnieć o pytaniu dlaczego i to podwójnie zadanym. Dlaczego ktoś zniknął i znowu pojawił się? Michał Śmielak brawurowo nie tylko odpowiada na te dwa pytania, lecz i mistrzowsko wypełnia dwie i pół dekady fabułą, w jakiej niespodziewany zwrot akcji jest nieustannie. Ten, kto myśli, że można się do tego przyzwyczaić po lekturze „Śnieg przykryje” przekona się, że w tym przypadku każda kolejna wolta jest takim samym zaskoczeniem jak wcześniejsze i wcale nie przygotowuje na następną. Kryminalna fabuła zaczyna od samego epicentrum, by zataczać coraz większe kręgi i wciągać kolejne osoby. Krok za krokiem zagłębiamy się w historię, gdzie nie ma pewników i oczywistości, za to wraz z jej rozwojem pojawia się coraz więcej znaków zapytania, a odpowiedzi dalekie są od tych, jakich można było się spodziewać. Nie ma w nich nic z wyzwalających prawd, natomiast czy kłamstwa są usprawiedliwione? Zło zawsze jest złe? A może dobro też czasem musi ubrudzić ręce by zatriumfować, lecz czy jeszcze wtedy jest sobą?


                                                 Za możliwość przeczytania 

książki 

dziękuję:


poniedziałek, 5 stycznia 2026

Morderca jest jednym z nas


„Grzesznicy wśród nas”

Sofia Rütback Eriksson

 

To, że nie spodziewamy się gdzieś zła wcale nie oznacza, iż nie go tam. Wprost przeciwnie, ono jest, ale po prostu nie zostało jeszcze dostrzeżone. Nikt nie wpadł na jego trop lub po prostu zatarto za nim ślad. Zbrodnia doskonała istnieje do momentu kiedy ktoś połączy niezwiązane wydawałoby się z sobą punkty lub po prostu tym razem ślad.

 

Śmierć to naturalna rzecz, chociaż nie zawsze ma takie przyczyny. Czasem okazuje się, że okoliczności wskazują na „pomoc” z zewnątrz, a to już skutkuje pojawieniem się policji. Nawet tak spokojne Glasviken może stać się miejscem zabójstwa, lecz odnalezienie tropów prowadzących do sprawcy nie jest łatwe albo raczej żadnych nie ma. Zbrodnia doskonała? Śledczy nie poddają się i zaczynają się przyglądać przeszłości ofiary, tej bliższej i dalszej. Gdzieś kryją się odpowiedź na pytania: kto i dlaczego, jedna prowadzi do drugiej. Jeszcze jeden problem pojawia się, kolejne zwłoki, co już podwyższa średnią przestępstw w Glasviken. Dwie osobne sprawy czy z sobą powiązane? Przypadek? Trudno w to uwierzyć, lecz jeśli nie to, co łączy oba zgony? Ktoś w miasteczku musiał coś widzieć, słyszeć, no i z pewnością sprawca jest wśród mieszkańców. Kim jest morderca i jak mu udało się swoje czyny dokonać nie stając się podejrzanym?

 

Spokojna miejscowość jak z pocztówki, dla turystów wypoczynkowy raj, a dla mieszkańców po prostu ich dom. W sezonie ruch, lecz zbytnio nie uprzykrzający egzystencji, natomiast reszta roku upływała bez większych ekscesów. Morderstwo w Glasviken nikt nie widział, a już zaplanowane to w ogóle ewenement. Tym razem skandynawski kryminał, w jakim dominuje słońce, błękitne niebo i małomiasteczkowość czyli nic co zapowiada się intrygująco. No cóż daliście się zwieść tej sielance i nie zauważyliście tytułowych grzeszników? Nic dziwnego, gdyż Sofia Rütback Eriksson doskonale wplotła wątek kryminalny w kilka innych i chociaż śledztwo jest na pierwszym planie to pozostałe są tuż za nim, czasem nawet wychodząc na prowadzenie. Warstwa po warstwie lub bardziej historia ludzka po historii ludzkiej odkrywamy wraz bohaterami co kryje się za sielankowym obrazkiem. „Grzesznicy wśród nas” to jak najbardziej kryminał, ale równocześnie studium wpływu przeszłości na teraźniejszość oraz odpowiedzialności za czyny i poczucia zadośćuczynienia krzywdom przez wymierzenie sprawiedliwej kary. Autorka sięga głęboko w lokalną społeczność, jej dzieje i dziedzictwo. Jednak podczas lektury czytelnicy przekonują się, iż autorka świetnie operują pozorami i często nie dostrzegamy tkwiących w niej haczyków, jakie nabierają znaczenia w odpowiednich momentach i dopiero wówczas widzimy ich znaczenie. Nieoczywistość wiedzie prym w tej kryminalnej opowieści, jaka tylko na pierwszy rzut oka zdaje się bć oczywista i przewidywalna.

  

                                              Za możliwość przeczytania 

książki 

dziękuję:



piątek, 2 stycznia 2026

Dziedzictwo

Nowość:

„Rakel”

Satu Rämö

 

Mrok nie zawsze musi być widoczny, czasem jest „tylko” lub raczej „aż” odczuwalny. Tak samo jest ze złem, nie zawsze widzianym, lecz pozostawiającym po sobie ślady. Niekiedy są one odkrywane po latach, przypadkiem. Wówczas nadchodzi czas naprawdę. Nie ma zbrodni doskonałej, bywają nieodkryte…

 

Spokój bywa często zwodniczy i usypia czujność. Hildur Rúnarsdóttir ceni sobie życie, jakie prowadzi, tak osobiste oraz zawodowe. Ostatnio wszystko toczyło się bez niespodzianek i nagłych wstrząsów. Dar, dzielony z pokoleniami kobiet w swojej rodzinie nie dawał o sobie ostatnio znać. Pojawiający się niepokój okazuje się wstępem do kolejnych wydarzeń, które jedynie początkowo zdają się być odrębnymi incydentami. Nic nie dzieje się bez przyczyny i Hildur doskonale zdaje sobie z tego sprawę, lecz nawet ona nie przypuszcza, iż czeka na nią wejście w przeszłość. Jej matka miała niejeden sekret, a rozmowa ze starą przyjaciółką rzuca trochę światła na nie. Nie zawsze sprawiedliwość jest taka, jaką chciałaby ją widzieć. Lecz niekiedy nawet namiastka daje poczucie, iż dobrze wykonuje się swój zawód, zwłaszcza, gdy nie da się już zmienić tego, co było, ale można pomóc zmienić przyszłość osoby poszkodowanej, która jest poza systemem. Pytanie tylko czy do kogoś, kto tego nie chce również powinno wyciągnąć się pomocną dłoń?

 

Skandynawski kryminał kojarzy się najczęściej z mrokiem, chłodem, surowy krajobrazem, nawet jeśli dzieje się w mieście. A gdyby tak „ocieplić” nieco klimat, dodać światła, złagodzić kontury tła? Klimat nordic noir wciąż jest odczuwany, może mniej widoczny, chociaż islandzkie Fiordy Zachodnie nadal pozostają sobą, ich surowości nie da się ukryć”. Satu Rämö jednocześnie pozostaje w nurcie gatunku i buduje swoją niszę w nim. Cykl o detektyw Hildur Rúnarsdóttir ma w sobie wszystkie cechy gatunkowe i pokazuje jego inne oblicze i w „Rakel” dostrzega się to znowu. Z jednej strony śledztwo, z drugiej przeszłość, kilka odrębnych wątków, połączonych osobą głównej bohaterki, jednak to pozory. Autorka mistrzowska je prowadzi by w końcu je spleść, ale to połączenie nie jest oczywiste i od razu widoczne. To byłoby zbyt proste i oczywiste, zamiast tego czytelnik otrzymuje historię wielowarstwową, z tajemnicami rodzinnymi, niedopowiedzeniami oraz sprawiedliwością, nie taką jedynie mieszczącą się w granicach prawa, lecz przede wszystkim rzeczywistą, daleką od schematu do jakiego przywykliśmy. Satu Rämö łączy realność, intuicję i pierwiastek dziedzictwa pokoleniowego z rasowym kryminałem, mocno osadzonym w północnej atmosferze.

 

                                                Za możliwość przeczytania 

książki 

dziękuję:

wtorek, 30 grudnia 2025

Podróż w czasie

„Płacz”

Marta Kisiel

 

Czas bywa pułapką. Biegnie zbyt szybko albo za wolno, niekiedy jest schronieniem demonów z przeszłości. Wciąż trwa i równocześnie rzadko kiedy staje w miejscu. Niewidoczny, lecz odczuwalny i znajdujący odbicie w ludziach, przedmiotach, naturze. Czy da się bezkarnie poznać jego tajemnice?

 

Podobno z rodziną najlepiej wypada się na zdjęciach, byleby nie stanąć gdzieś z boku, gdyż jeszcze da się nas wyciąć. No cóż rodzina Sternów mogłaby coś na ten temat powiedzieć. Klara, Eleonora i Dżusi od miesięcy nie widziały się i wiele, jak nie więcej, wskazuje na to, iż odpowiada im, lecz ich rozłąka właśnie dobiega końca. Sfatygowana pocztówka i porcelanowa filiżanka są powodem ponownego spotkania. Jedna z sióstr Stern zaginęła i druga z rodzeństwa oraz jej ciotka ruszają z pomocą. Demony z przeszłości dają o sobie znać i to dosłownie nie w przenośni, a to oznacza, iż coś zaburzyło linie czasu. Nomen omen tego ostatniego nie ma za dużo, znaków zapytania jest zbyt dużo, natomiast odpowiedzi na razie żadnych. Czy Eleonora przeżyje tę przygodę? Pomoc w postaci bliskich jest w drodze, ale nie można zapomnieć o jednym… czasie, jaki rządzi się swoimi prawami, surowymi i karzącymi każdego, kto go złamie zasady!

 

Podróż w czas, nie w czasie. Mała różnica? Kolosalna dla bohaterów i czytelników „Płaczu”, jak bardzo przekonają się o tym po raz kolejny. Czy nie uczą się na swoich i cudzych błędach? No cóż gdyby tak było to nie powstałby może cały Cykl Wrocławski, jednak to jego finał domyka wątki spektakularnie, lecz zanim to nastąpi czeka nas wielowarstwowa opowieść, w jakiej splata się przeszłość o teraźniejszość oraz czas z historią. Tu nie ma prostych ścieżek fabularnych, gdzie pytania znajdują szybko proste odpowiedzi. Zamiast nich są zagadki, będące kluczem do skomplikowanej łamigłówki, w jakiej naprawdę liczą się detale, brane za element tła, ale jak się okazuje stanowiące fragmenty niezwykłych puzzli. Oczywiście są i tajemnice, jakie tylko czekają by pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie. Marta Kisiel wykorzystała klimat Gór Sowich oraz legendy, jakimi obrosły i włączyła je w fabułę, tak, że z każdym rozdziałem rośnie zaintrygowanie, a nieprzewidywalność staje się jedynym stałym elementem. W „Płaczu” wszystko jest możliwe, czas i przestrzeń stają nieobliczalne, tak samo jak i bohaterowie, którzy tym razem przekraczają ostatnie granice. Zanim poznamy zakończenie odbywamy podróż w czas, w przeszłość i z bohaterami odkrywamy konsekwencje ludzkiej ciekawości oraz czynów.


                                      Za możliwość przeczytania książki

 dziękuję:
 

sobota, 27 grudnia 2025

Tajemnice Albionu

Nowość:

„Wrak Albionu”

Leszek Herman

 

Pewne tajemnice bardzo długo pozostają w ukryciu. Może nie bez przyczyny? Co wydarzy się, gdy ujrzą światło dzienne? Jedne z nich mają drugie dno i czas działa na ich korzyść, lecz niekoniecznie sprzyja tym, którzy wpadli na trop tego, iż istnieją. A od tego krok do niespodzianek, w liczbie mnogiej i o niebezpiecznym charakterze.

 

Skarby zawsze budzą zainteresowane, a te zaginione niejednokrotnie powodują wprost gorączkę podczas ich poszukiwań. Problem w tym, iż rzadko kiedy są wyciągnięcie ręki, zazwyczaj trzeba włożyć niemało trudu by je zdobyć. Właściciele Sedinum Exploration wiedza o tym doskonale, lecz pewna informacja nie daje im spokoju, chociaż bardziej zdaje się być legendą, w jakiej prawda faktycznie ma rozmiar ziarna. Jednak zaginione bezcenne szafiry są zbyt cenne aby o nich zapomnieć. Wrak statku, gdzie ostatnio były widziane spoczywa najprawdopodobniej w morskiej rozpadlinie Morza Irlandzkiego niedaleko małego miasteczka w Szkocji. Mało co stoi na przeszkodzie podmorskiej eksploracji poza złą sławą tego miejsca, jakie już niejednokrotnie przyczyniło się do katastrof statków i śmierci ludzi. Czy klejnoty faktycznie tam znajdują się? Minęło dwieście lat, dwie wojny światowe, no i da się zapomnieć o tym, co dzieje się wokoło. Na brzegu zostają znalezione ludzkie zwłoki, potem kolejne. Jakie sekrety skrywa ciemna toń Rowu Beaufourta oraz mieszkańcy urokliwego Portpatrick? Nie jedynie skarby można znaleźć tutaj…

 

Pewnie sądzicie, że wiecie, czego spodziewać się w książce „Wrak Albionu”, bo wcześniej przeczytaliście opis. No cóż to jedynie zapowiedź nawet nie ułamka tego, co czeka czytelników podczas lektury. Zaginiony skarb z dziewiętnastego wieku, katastrofa morska, międzynarodowy zespół poszukiwaczy, malownicze szkockie miasteczko z naprawdę wybuchowym sekretem. To tak tytułem wstępu albo jak to chce w iście telegraficznym skrócie. Jednak podczas czytania przekonujemy się jak wiele jeszcze pozostało do odkrycia, poznania i przede wszystkim odnalezienia. Leszek Herman doskonale wie jak wpierw zaciekawić czytelnika, a później to już on sam podąża za bohaterami śledząc ich przygody i nie wiadomo kiedy zaczyna sam eksplorować tajemniczy wrak, kojarzyć detale, czy właściwie to okaże się finale. Nim on nastąpi zagłębiamy się w odmęty Morza Irlandzkiego i tego, co kryją jego mroczne głębiny. To też jeszcze nie wszystko, bo pozostaje historia, jaka jak wiadomo jest skarbnicą pomysłów i autor doskonale ją wykorzystał do napisania pełnego zagadkowych zdarzeń i tajemnic „Wraku Albionu”. Prawda i fikcja literacka nawzajem przenikają się, do tego jeszcze trochę miejscowego kolorytu i w efekcie końcowym otrzymujemy fabułę jak z najlepszego kinowego hitu. Zamiast taśmy filmowej i kadrów utrwalonych na niej są kolejne rozdziały i oddane w detalach sceny, odtwarzające w szczegółach atmosferę tego, co mamy przed oczami podczas czytania.


                                             Za możliwość przeczytania

 książki 

dziękuję: